Termin affluenza ma wiele definicji, mój były narzeczony rozumiał ten termin jako smutek, wynikający z tego, że posiadając wszystko, nie musi o nic walczyć, a i tak nie ma tego, na czym mu najbardziej zależało. Moim zdaniem jego affluenza widoczna była najlepiej w przekonaniu, że jest niepokonany i że nie ma powodów, żeby się bać czegokolwiek. Kochał prędkość i prowadził samochód w sposób, który bardziej byłby na miejscu na torze na wyścigowym, a nie w mieście. Już na początku znajomości przepowiedziałam mu, że zginie w wypadku. Miał potem lekką stłuczkę (jak to określił) i potłukł się tak dotkliwie, że zaczął zapinać pasy w samochodzie. Ale tylko w samochodzie.
Zerwałam z nim, bo się zakochałam w kimś innym. Nie był aż tak uparty i był długowłosym anarchistą, studentem medycyny, co było dobrze widzianą odmianą, chociaż dla otoczenia moja decyzja była całkowicie niezrozumiała. Bo kto wymienia zamożnego i przystojnego faceta na grubasa o cienkim portfelu? Co ja mogę powiedzieć. Poleciałam na seks, po tym gdy niebieskooki grubas spojrzał mi głęboko w oczy i zaciągnął na spacer nad Wisłę.
Gdy zerwałam z narzeczonym, usłyszałam, że to „tylko ciało” i że będę mogła wrócić.
Wróciłabym, gdybym nie została zaatakowana przez wariatkę – oraz osoby, które uwierzyły w jej urojenia – na Anglistyce. Zostałam nakarmiona morzem kłamstw i zaszczuta aż do próby samobójczej. Delikatnie mówiąc, nie wspominam okresu studiów zbyt dobrze.
Przez całą resztę życia mój były i ja byliśmy ofiarami skomplikowanych intryg schizofrenicznego przyrodniego rodzeństwa wspieranego przez ich przyjaciół. Ja miałam problemy z pamięcią z powodu traumy, a mój dawny narzeczony wierzył, że nie chcę z nim rozmawiać.
Zaczęliśmy się dogadywać wiele lat później i tłumaczyć sobie, co się naprawdę wydarzyło. Przede wszystkim, że naprawdę nie jestem żoną Rafała. Mój były miał się wszystkim zająć i obronić mnie przed kolejnymi atakami schizofreników, ale postawił wyjechać nad swoje ukochane jezioro.
I tak jak przepowiedziałam, zginął w wypadku.
Mam jeszcze innych adoratorów. Na całe szczęście dla mnie są zdrowi psychicznie i nie nazywają się Rafał.