Czyli wpis o podłościach Kościoła Rzymsko-Katolickiego i mojej walce z niesprawiedliwościami, jakie spotykają ludzi żyjących w katolickim kraju.
Pewnego lata, jeszcze na początku podstawówki spędzałam wakacje z rodzicami na letnisku na wsi. Nudziłam się, więc jak zwykle rozmawiałam ze wszystkimi i próbowałam się dowiedzieć wszystkiego o ludziach ze swojego otoczenia (nawet tymczasowego). Pewna młodsza ode mnie drobna dziewczynka siedziała zapłakana. Dowiedziałam się, że rozpacza, bo musi zostać zakonnicą, bo zarządała tego katechetka. Nie wiem, czym jej to dziecko podpadło, ale widać była za szczera i zbyt otwarta. Ogarnęło mie przerażenie, bo byłam wychowana wolnościowa i wierzyłam, że każdy ma prawo sam kształtować swój los. Więc nie ma miejsca na aranżowane małżeństwa, ani na wybieranie komukolwiek wbrew jej czy jego woli kariery kościelnej. Stwierdziłam, że muszę temu dziecku pomóc.
Powiedziałam jej, jakie ma prawa i że coś takiego nigdy w życiu nie powinno się było wydarzyć. Porozmawiałam z moim ojcem, ale rodzina u której wynajmowaliśmy pokoje była zastraszona przez księdza i zakonnice. Psychoterapeuci wiedzą, że praktycznie wszyscy z Kościoła są zdemoralizowani, bo są przyzwyczajeni groźbami osiągać wszystko, co tylko sobie wymarzą. W podobny sposób – czyli terrorem – wchodzą w posiadanie dóbr poczesnych, którymi oficjalnie gardzą. Znam te metody, bo stosowano je także na mnie – są opisane jako zbrodnicze w podręczniku o sektach. Naprawdę kościół Rzymsko-Katolicki powinien być zdelegalizowany, bo są groźniejszy od mafii, która Kościoła i Opus Dei się boi. Przestępcy się ich boją, chociaż sami przestępcy potrafią nieźle zniszczyć ludzi za odmowę współpracy. Ale nie potrafią zrobić człowiekowi takich rzeczy, jakie potrafią zrobić zatrudnieni przez Kościół schizofrenicy, którzy są szczuci na niepokornych, którzy kontestują całkowita i absolutną władzę Kościoła.
Nie jestem osobą, która się łatwo poddaje, więc zaczęłam myśleć, jak dziewczynce pomóc. Poprosiłam tatę, żeby jej dał trochę pieniędzy na autobus do Warszawy i dostała też telefon do ojca Piotra, żeby w rezydencji zatrudniła się jako pokojówka. Oczywiście mogła to zrobić dopiero jako osoba pełnoletnia. Dowiedziałam się później, że pozwolono jej skończyć tylko podstawówkę i oddano w niewolę do zakonu. Zakonnica, którą niby obraziła, torturowała ją i kazała pracować ponad siły. Pewnego razu dziewczyna w zakonie musiała szorować podłogi oraz kible przez bite dwadzieścia cztery godziny. Na całe szczęście nauczyła się różne informacje i swoje opinie zachowywać tylko dla siebie. Odczekała do swoich osiemnastych urodzić i nad ranem wymknęła się z budynku zakonu.
Mój tata i ojciec Piotra znali się jeszcze z czasów francuskich, obaj już wtedy byli przyjaciółmi. Piotr został przeze mnie ostrzeżony, że ktoś taki jak ta dziewczyna będzie szukała pomocy. Na całe szczęście była na tyle potulna, że nie zrobiono jej tego, co zrobiono mnie i nie straciła pamięci, bo katowano ją tylko fizycznie i odmawiano jedzenie. Ma niecałe metr czterdzieści i przeszła w dzieciństwie piekło.
Mam z nią tylko tyle wspólnego, że moja katechetka też się na mnie uwzięła, bo poczuła się obrażona, bo ją poprawiłam i zaczęła opowiadać o mnie kłamstwa, a także poszczuła na mnie swoich znajomych „świętych” – czyli schizofreników, którzy zgodnie z prawem mogą nawet bezkarnie kogoś zabić. Kościół to nie jedyni przestępcy, którzy posługują się chorymi psychicznie ludźmi, aby kogoś zastraszyć lub sobie podporządkować. Czy też zemścić się za odmowę współpracy.
Moja katechetka miała tego pecha, że moi rodzice to wielkomiejscy ateiści i nie zamierzali spełniać jej żądań. To że wyznaczyła schizofreników na moich „zastępczych rodziców” wcale jej wiele nie pomogło. Nie da się mnie nawrócić, bo jedyną religią, jaką szanuję jest Wicca. Oprócz tego jestem ateistką i kieruję się nauką we wszystkim, co robię. I nie jestem zbuntowaną pokojówką, więc bardzo proszę się ode mnie odpierdolić.