Zakochany schizofrenik

Jednym z typowych schematów prosto z podręcznika psychoterapeuty jest zakochany schizofrenik. Człowiek taki niestety przeżywa bardzo silne urojenia, w których jest mężem lub żoną swojego obiektu obsesji i przekonuje swoje otoczenie o prawdziwości swoich twierdzeń.

Potrafi zaszczuwać swoją ofiarę aż do jej śmierci. Przenika do każdego środowiska i miejsca pracy i szuka pomocy u kolegów i koleżanek ofiary jego urojeń. Rozgłasza swoją wersję, według której jego ofiara jest chora psychicznie, bo nie potwierdza jego urojeń, a przy okazji schizofrenik rzutuje na nią swoje własne problemy psychiczne.

Spotkało mnie to też. WIele osób było święcie przekonanych, że bardzo dużo łączy mnie z Romanem i go popierali, a nawet szykowali nasz ślub ku mojemu przerażeniu. Absolutnie nic mnie z nim nie łączy, najwyżej jego psychoza. Nie jesteśmy małżeństwem, nie mamy dzieci. Nigdy nie chciałam z nim być. Razem z innymi schizofrenikami zniszczył mi całe życie oraz spowodował ocean cierpienia.

W odruchu rozpaczy zaczęliśmy z przyjaciółmi zastanawiać się, co można zrobić, aby go leczyć. Jest za głupi, aby sam się zdecydował na leczenie, pomimo powtarzanych nalegań i udziału biegłych sądowych w tych rozmowach. Jedyne, co mi przyszło do głowy, to wykonać pewną ekwilibrystykę i zwabić go do kraju, gdzie obowiązują inne przepisy i ofiara może takiego człowieka wyrokiem sądu skazać na pobyt w psychiatryku. Tak się składa, że ten pomysł wyciekł i Roman się o nim dowiedział. Uznał, że w kraju, który miałam na myśli, to on mnie wsadzi do psychiatryka, bo tam ważniejsi są mężczyźni.

No, ja myślę, że jednak ważniejsze będzie moje zaświadczenie o stanie cywilnym i brak zdiagnozowania mnie jako schizofreniczki. Jeszcze się nie spotkałam z taką jednostką chorobową, której kryterium by było, że ktoś „odczuwa niechęć do przyznania, że ktoś jest mężem”.

Alzheimera też nie mam. A na całym świecie obowiązują te same podręczniki psychologii, więc wiem, co biegli z innych krajów orzekną. Tym bardziej, że amnezja po zaszczuciu przez schizofrenika mi się cofa. Więc jestem w stanie się skutecznie bronić, po raz pierwszy od dłuższego czasu.

Nie, to nie on mnie będzie leczył. Najwyżej ucieknę do jakiegoś kraju, gdzie mnie nie znajdzie. Bo niestety nieleczący się schizofrenik wraca jak bumerang. I zawsze zrekrutuje sobie pomocników, którzy zaczną mnie od nowa terroryzować i przekonywać, że jego urojenia to prawda i muszę sobie „przypomnieć, że jest mężem”.

Tylko że dokumenty mówią, co innego. I chociaż schizofrenik obraca sobie wszystko w głowie i zniekształca. to istnieje jedna poznawalna prawda, którą podzielają moi najbliżsi krewni i nie ma znaczenia, kogo jeszcze schizofrenik wciągnie w swoje intrygi, czy zmowę przeciwko mnie.

Najwyżej na moim grobie napiszecie „tu leży wolny elf”.

Przestępczość

Jako psycholog społeczny specjalizowałam się w kryminologii. Więc zachowanie wielu osób zamieszanych w zaszczucie mnie skłoniło mnie do pewnych refleksji.

Jeden ze schizofreników zaczął bełkotać w pewnym momencie, że metale nie zawiadamiają Policji, tylko wszystko załatwiają we własnym gronie. Muszę zaprotestować. Samowystarczalność jeśli chodzi o śledztwo, „dochodzenie do prawdy”, czy też wymierzanie sprawiedliwości lub raczej „sprawiedliwości”, to cecha subkultury przestępczej, a nie metalowej. Co najwyżej gangi motocyklowe mogą tak działać, a nie 99 % uczciwych metali czy motocyklistów.

Bardzo zabawne i możliwe, że znaczące jest to, że schizofrenik Roman i inne zdemoralizowane osoby (samosądy dla psychologa są oznaką demoralizacji, bo łamią zasady społeczne) uważają, że nigdy o niczym nie należy informować Policji. Oczywiście jako uczciwa obywatelka, która nie pochodzi ze świata przestępczego, mam całkowicie odwrotne zdanie.

Przy czym osoby zaszczuwane przez schizofreników bardzo szybko i łatwo tracą pamięć, tak schizofrenicy potrafią zestresować swoje ofiary. Więc warto zadzwonić na telefon alarmowy w kilku celach. Takie napady są łamaniem przepisów i patrol ratuje osoby zaatakowane przez wariatów. A do tego warto zgłosić też treści wbijane do głowy, bo w przypadku syndromu sztokholmskiego psychoterapeuta musi wiedzieć, jak schizofrenik zaprogramował swoją ofiarę. W moim przypadku schizofrenicy zostali przy mnie przesłuchani przez psychoterapeutę. Tak więc biegli wiedzą, co mi zrobiono. Te rozmowy nie miały nic wspólnego z tym, że ja powinnam się leczyć. Próbowaliśmy też przekonać wariatów do leczenia, nie tylko zorientować się rozmiarach szkód, jaki mi wyrządzono. Niestety kolejne ataki do reszty mnie wykończyły, a przyczynił się do tego także udział moich durnych koleżanek.

Przy czym „programowanie” wcale nie jest przesadnym słowem, jest pojęciem prosto z podręcznika. Niestety ofiary zaszczucia podporządkowują się terrorystom i zaczynają wypełniać ich polecenia. A przy utracie pamięci bardzo łatwo można wtłoczyć komuś do głowy fałszywe wspomnienia i przekonania. A także sprawić, że ofiara wypełnia zadania, bo kieruje nią lęk przed prześladowcą. Można kogoś w ten sposób zabić i schizofrenicy już mnie kilka razy próbowali w ten sposób zabić.

Obiecuję trzymać się z dala od ludzi, którzy mnie tak potraktowali.

Mam dosyć już barbarzyństwa z fandomu.

I przypominam – nie ma żadnych automatycznych przelewów po mojej śmierci. Nikt też nie przejmie mojego mieszkania. Jest całkowicie moją i wyłącznie moją własnością.

Schizofreniczka Anna i jej postępy w nauce

To. nieprawda, że uczyłam się angielskiego, mieszkając w Stanach. Za jakieś amerykańskie naleciałości odpowiada wyłącznie Bret i jego koledzy. Z nim jeździłam samochodem, więc części samochodu mam wbite do głowy zgodnie z wersją amerykańską angielskiego. Schizofreniczka Anna nie powinna tryumfować. Ciekawe, gdzie jest jej wiza dla narzeczonej, skoro uważa, że Bret był jej narzeczonym? Pewnie w dupie, bo moja została mi ukradziona razem z paszportem przez schizofrenika Romana.

Annę wywalono ze studiów, bo przestała brać leki. Bez leków – chociaż i z nimi była wyjątkowo tępą i wredną suką – zaczęła swoje intrygi. które sprawiły, że jak już wyleciała, to wiele osób odetchnęło z ulgą. Jak to często robią schizofrenicy zaczęła cierpieć na bardzo silne urojenia, według których „zdawałam za nią egzaminy” i moją winą miało być, że te egzaminy nie były zapisywane na jej koncie. Nikt nie mógł nic poradzić na to, że nie raczyła pokazywać się na jakichkolwiek egzaminach. Nie wiem, jak ta schizofreniczka wyobrażałaby sobie, że mam za nią zdać jakiś egzamin.

Ręczę, że Anna w moich oczach nie jest żadną szlachcianką, a Krystyna nie jest hrabianką. Z takimi tytułami łączy się odpowiedzialność oraz nakaz bycia wzorem, a nie odgrywanie królowych i zaszczuwanie ludzi przy demonstrowaniu skrajnego narcyzmu. Krystyna nie ma prawa rządzić fandomem. Uzurpuje to sobie bezprawnie i trzeba ją za to ukarać. Nie będzie mówić, kto jest kim, mając na poparcie swoich uprzedzeń tylko słowa schizofreników. Anna nie jest norweską szlachcianką. Jest jednym z największych szkodników w fandomie, także światowym.

O ile mi wiadomo, Anna nie ma żadnego dyplomu Anglistyki i prowadzi kursy, posługując się tym, czego się już nauczyła wcześniej. Podejrzewam, że obecnie jej zniszczony nieleczoną schizofrenią mózg mógł stracić umiejetność uczenia się. Ideałem by było ustawić tę tępą sukę na lekach i umożliwić jej ukończenie studiów, ale gang wiernych idiotek, które wierzą w jej wszystkie urojenia, wcale jej nie pomaga.

Anna, nie posiadając dyplomu, nie miała szansy zatrudnić się w SJO. Za to moje koleżanki widziały jej wyczyny durnej schizofreniczki z jej urojeniami, że u nas pracuje, pobieraniem nielegalnie kluczy i próbami wdzierania się do komisji egzaminacyjnych. Ale wierzę, że nie wszyscy doświadczają negatywnych skutków psychozy Anny. Niestety schizofrenicy odsłaniają się w pełni tylko przed swoimi ofiarami, bo to one celami bezsensownych i nielogicznych żądań takich idiotek, co się nie leczą. Ofiary takich schizofreniczek mają też wiedzę, jak bardzo od rzeczywistości się takie schizofreniczki oddaliły i jak bardzo bzdurne jest to, co opowiadają.

Mam już dosyć zaszczuwania mie całe życie i niszczenia mi wszystkiego po kolei. W życiu prywatnym czy zawodowym. Niech Anna się leczy – nie jest ani byłą Breta, ani byłą Kristiana (nie-Vikernesa), nie jest też skrzywdzoną wokalistką heavy metalową. Nigdy nie była też z Adamem. Metale dobrze wiedzą, jak bardzo jest chora i jak bardzo nie zasługuje na przypinkę. Niech sobie przypomni, kto wyrwał jej przypinkę z torby, którą mi ukradła.

Mam też dosyć wszystkich jej kradzieży. Szczególnie tych, których dokonała udając przed moją mamą moją przyjaciółkę. Przychodziła za moimi plecami do mojego mieszkania i po rozmowie z moją matką (podczas której strasznie ją dezinformowała, czym też mnie i moją mamę niszczyła), wychodziła z moimi rzeczami, które przylepiły się jej do łap. Ta kobieta to zło wcielone.

Mam już dosyć tej schizofreniczki-kleptomanki, która ma urojenia, że wszystko do niej należy. Gdy tylko na coś spojrzy, to zaczyna mieć urojenia, że jest jej własnością. Najzabawniejsze jest, że kiedy zaczęłam planować kupno HomePods Apple’a, zaczęła rozpowiadać, że Siri w tym sprzęcie jest zaprogramowana na jej glos, bo były w mieszkaniu (które podobno jej ukradłam). Gówno prawda. Kupiłam te głośniki niedawno, jeszcze spłacam raty. Gwarantuje, że wcześniej ich w moim mieszkaniu nie było i reagują tylko na mój głos. Mam ciuchy, które kupowałam w sklepach internetowych. Z duża satysfakcja pokażę tej idiotce, najlepiej przy wszystkich, konta w aplikacjach z kupionymi przeze mnie rzeczami. Które są tylko i wyłącznie moje. Może w końcu znowu zacznie się leczyć, a nie doprowadzać do kolejnej zmowy środowiska przeciwko mnie.

Mam dosyć takiego fandomu i tego, że nikt mnie nie bronił. Nawet przyjaciele mojego ojca, Mariana, brali udział w zmowie przeciwko mnie i jakoś nie interesowało ich nigdy moje zdanie.

Wilki nie ludzie.

Przeraża mnie stan szlachty w fandomie, dla której źródłem informacji o szlachcicach i szlachciankach są schizofrenicy, a nie księgi z drzewami genealogicznymi. Szlachta ma obowiązek wszystko sprawdzać. Schizofrenicy tacy, jak Renata, Anna czy Roman to niestety codzienność i wszystko trzeba weryfikować.

Mój krewny, do którego drzewa genealogicznego należę, obiecał, że sam się do Anny zgłosi i dokładnie wyjaśni, kto jest kim.

Niech się tępa dziwka w końcu ode mnie odpierdoli i zacznie leczyć, bo szkoda jej mózgu.

Szkoda, że posłuchała Nycza i przestała brać leki. Kolejny schizofrenik, którego zniszczył Kościół, bo „nie wolno blokować ducha”.

Ja pierdolę.

„Bo Barbara mu powiedziała…”

Według tego, co mi Michał powiedział, kopia konspektów, które u niego zostawiłam wraz z listem zakazującym prodarowywania ich komukolwiek, jest nienaruszona i na całe szczęście nadal jest w jego posiadaniu. Zamierzam je wykorzystać, bo miał to być mój debiut wstrzymany przez ataki na mnie i moją amnezję. Zamierzam doprowadzić świat – na ile się da oczywiście – do takiej postaci, jaką by przyjął bez ataków schizofreników na mnie. A beztalencie nic ode mnie nie dostanie, bo nie można korzystać z owoców przestępstwa, jest to zasada prawnicza. Oświadczenie Michała, że on nadal posiada swoją kopię, oznacza, że konspekty wypłynęły od Andrzeja.

W życiu nie spodziewałam się takiej zdrady i to ze strony kogoś, kogo mój tata uważał za przyjaciela. Człowiek zignorował wszystkie moje prośby i zaprzeczenia. I nadal chyba uważa Romana za mojego męża. Co gorsza, każda osoba, która poznała moich rodziców, słyszała ostrzeżenia przed tym groźnym schizofrenikiem z mojej podstawówki, który już wtedy miał urojenia, że był moich chłopakiem. Jest to człowiek, który o mało co mnie nie zabił, tak samo jak Anna, która była prowodyrem pobicia mnie i skopania na przyszkolnym lodowisku. Wiem lepiej, kto mnie kopał, od ludzi winnych zmowy przeciwko mnie.

A właśnie, definicja zmowy przeciwko komuś. Sorry, not sorry, ale jeśli nic nie weryfikujesz u osoby najbardziej zainteresowanej i kompetentnej, a za to rozmawiasz na jej temat z ludźmi, których nie uważa za przyjaciół i wykonujesz ich polecenia, które szkodzą twojej – nie bójmy się tego słowa – ofierze, to jesteś winny zmowy.

I jedyne, co mogę powiedzieć, przy tym braku kontaktu i przeprosin, że z kilkoma osobami będę się widzieć już tylko w Sądzie w czasie rozprawy cywilnej. Na inne działania jest już za późno.

Barbara jest bardzo groźną schizofreniczką, a dobre maniery i zasady społeczne nakazują weryfikowanie wszystkiego u najbardziej zainteresowanych, a nie działanie na podstawie plotek i urojeń wariatki.

Dochodzenie do prawdy

Tak się składa, że zostałam zakatowana psychicznie w ramach czegoś, co księża nazywają „dochodzeniem do prawdy”. Bo rozumiecie, po zakatowaniu i egzorcyzmach powinnam zacząć zdaniem kleru „mówić prawdę” czyli potwierdzać słowa schizofreniczek. Moja amnezja, która wynikła ze strachu i przerażenia, został okrzyknięta zwycięstwem i „wyleczeniem z urojeń”. Chociaż za mało potwierdziłam moim prześladowcom, więc mieli ochotę zorganizować mi wyjazdowe egzorcyzmy, podobne do tych, w czasie których wielokrotnie zgwałcono przyjaciółkę mamy Michała i doprowadzono do jej śmierci. Kościół Rzymsko-Katolicki powinien zostać zdelegalizowany, bo to wylęgarnia samych patologii i powodem jest ich kult „świętych”, czyli według większości osób z kleru „sedno wiary katolickiej”.

Bardzo mi jest przykro powiedzieć, ale urojenia leczą tylko leki. To co mnie spotkało było bestialstwem i nie mam sił wymieniać wszystkich przestępstw, jakie na mnie popełniono. Celowe wywoływanie syndromu sztokholmskiego i mordowanie mi psychiki oraz sabotowanie wszystkich planów zawodowych i osobistych, tylko dlatego, że zadowolić schizofreników jest czymś za co kler już dawno trafić do więzienia. I podobnie kilka osób, które zbyt aktywnie opowiedziały się po stronie schizofreników oraz Opus Dei.

Nie mogę milczeć, bo tylko aktywne opowiadanie prawdy sprawi, że uznana zostanę za osobę pomówioną i niewinną. Bo rozumiecie – cynicznie wywołany syndrom sztokholmski, w czasie którego zaczyna się potwierdzać nieprawdę, to „dojście do prawdy”, a jak usłyszałam, terror i zaszczucie to regularne i typowe metody, jakimi posługuje się Kościół.

Wariatka Barbara nie ma prawa mówić w moim imieniu. Nigdy nie miała.

Nie zabiłam sama siebie i nie udaję kogoś, kim nie jestem, a i takie zarzuty już słyszałam. Tak się składa, że K. i jej gang zrobili cancelling całego mojego życia, nie tylko zawodowego ale też prywatnego i nie mam obowiązku pomagać tej plagiatorce.

Wszystko, co jest moje, musi do mnie wrócić i nie interesuje mnie, ile pracy włożyła w swoje plagiaty. Nawet gdybym miała tego cyklu nie napisać, to osoby, które mnie skrzywdziły, nie mają prawa wykorzystywać moich pomysłów.

Przy czym jest to osoba, która okłamała Adama, robiąc ze mnie wariatkę i mężatkę i zniszczyła w ten sposób kolejny ważny dla mnie związek. Musi się pogodzić z tym, że Barbara nie może „dać jej Adama” (jak to określili wariaci), bo Adam nigdy nie był nią zainteresowany. A dla wszystkich ważniejsze jest zdanie Adama, który zna mnie od dziecka, a nie fandomowej wariatki.

Przy tym wszystkim, co zrobiła, nie mam innej możliwości, jak tylko wypowiedzieć zdzirze wojnę. Andrzej był i jest po mojej stronie, bo znał moich rodziców i mnie od dziecka. A także odwiedzał mnie, gdy jeszcze żyli rodzice, w naszym mieszkaniu przy Puławskiej. To jest, kurwa, moje mieszkanie, a nie schizofreniczki Anny. Adam też mnie odwiedzał w tym mieszkaniu, gdy byłam dzieckiem. Michał, gdy byłam studentką. I jeszcze kilka innych osób.

Jedyne, co mogę zaproponować K., to aby poszła w końcu się leczyć. Najlepiej w zamkniętej instytucji.

Może moi prześladowcy zechcą sami oddać swoje mieszkania Annie, skoro tak łatwo moim postanowili dysponować. Jeśli uważają, że jakieś mieszkanie jej się należy, to niech wyskakują z własnych. Niech K. odda swoje.

Do momentu, aż to zrobią, mogą się odpierdolić.

Nazwiska

Tak się składa, że nie nazwisko decyduje, czy ktoś jest szlachcicem. Mój dziadek ze strony ojca został przyjęty do stanu szlacheckiego, ale warunkiem było, aby zerwał więzi ze swoją rodziną. Dlatego też nie mam w Polsce krewnych o nazwisku WIeczorek. Dziadek nie chciał przyjąć nazwiska żony, taki był uparty. Dla odmiany dziadek mojej przyjaciółki przyjął szlacheckie nazwisko swojej żony.

Szlachcice wiedzą, że o szlachectwie decyzuje coś innego niż nazwisko. Jest to genealogia. Drzewo rodzinne jest najważniejsze, kto od kogo pochodzi. Można być przyjętym do szlacheckiej rodziny, jak mój dziadek, ale można też ze stanu szlacheckiego wypaść. Według tego, co usłyszałam w dzieciństwie, zarzuty karne i pobyt w więzieniu sprawiają, że człowiek traci szlachectwo. Nie ma w Polsce króla, który by decydował o przyjmowaniu lub wyrzucaniu ze stanu szlacheckiego, ale kryminalista traci przywileje szlacheckie. Które akurat w Polsce, dodajmy, zostały zniesione konstytucją z dwudziestolecia międzywojennego. To tylko tradycja pewnych rodzin, która nie ma znaczenia prawnego.

W krajach, w których panuje monarchia konstytucyjna, członkowie rodzin królewskich oraz ich krewni mogą zostać powołani do pełnienia różnych funkcji reprezentacyjnych. W Polsce od szlachty w zasadzie nic się nie wymaga i obserwuję degrengoladę środowiska, objawiającą się bezzasadnym narcyzmem i głupotą.

Nie należy demonizować nazwisk i na siłę doszukiwać się krewnych wśród ludzi o tym samym nazwisku. Moi krewni o nazwisku WIeczorek mieszkają we Francji. Dziadek po narodzinach najstarszego syna wraz z rodziną wyjechał do Francji, bo jego żona chciała być z siostrami, które wyszły za Francuzów. Do tego mój dziadek Wieczorek pochodził z Poznania. I jak wspomniałam, zerwał więzi rodzinne ze swoimi krewnymi.

Jeśli spojrzymy na historię, to nazwiska są dosyć niedawnym wynalazkiem. Wcześniej używano przydomków, lub w inny sposób identyfikowano ludzi o tych samych imionach. W pewnym momencie państwa zaczęły przymusowo wprowadzać używanie nazwisk. Wiele osób używało tylko imion, a w spisach potrzebne były też nazwiska. Ta reforma wiąże się z rozwojem współczesnej państwowości. Wiele osób wymyślało sobie samodzielnie nazwiska, ale też funkcjonowały listy z propozycjami, takie same w całym kraju. Nie dziwmy się więc, że można spotkać osoby o tym identycznym nazwisku, które nie są ze sobą spokrewnione. A jeśli twierdzą, że są moimi krewnymi, to powinni coś wiedzieć o mnie lub o moim tacie. Osoba z Avangardy, która twierdzi, że jest moim krewnym, nic o mnie, czy o moim tacie, nie wie. Jest też za głupi, aby być moim krewnym.

Nie wszystko złoto, co się świeci, nie każdy błądzi, kto wędruje.

„Leczenie seksem”

Jak bardzo na niskim poziomie jest świadomość psychologiczna w narodzie (szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę tą część, którą nazywam religijną prawicą) widać w oczekiwaniach, że psycholog może kogoś „leczyć seksem”. A z takimi oczekiwaniami się spotkałam. Możliwe, że wynika to z kontaktów ze schizofreniczkami, które podają się za „psychoterapeutki”.

Postawmy sprawę jasno, psychoterapeuci mają obowiązek zachowywać profesjonalny dystans przy jednoczesnym życzliwym traktowaniu pacjentów. Bardzo możliwe, że w życiu pacjentów kontakt z psychologiem jest jedynym pozytywnym kontaktem z kimś, kto nie ocenia, za to traktuje życzliwie i stara się tłumaczyć różne prawidła i zasady psychologii, a także mówi, co może powodować, że komuś coś nie wychodzi w życiu. Kontakty seksualne są oczywiście zabronione i psychoterapeuci, mając świadomość, że pacjent może się zakochać, są zobowiązani utrzymać profesjonalizm tych kontaktów. Czyli przypomina się, że relacja wyklucza kontakty przyjacielskie czy romantyczne. Pacjenci są zniechęcani do formowania więzi innych niż te, które wynikają z sytuacji pacjent-psycholog.

Za to moje znajome schizofreniczki, z tego co usłyszałam, „leczą seksem” i podobne zachowanie było mi reklamowane, jako coś co ja też powinnam robić. Powiedzmy sobie szczerze, nie interesuje mnie to. Przy czym wierzę, że faceci wciagnięci do wyra przez schizofreniczki (i na odwrót, babki sypiające ze schizofrenikami) czują się świetnie i pozbywają się wątpliwości. Ale powodem nie jest psychoterapia, ale zalanie mózgu endorfinami. Taki seks działa jak łapówka, więc „pacjent” przestaje być obiektywny i bez problemu przyjmuje chorą perspektywę schizofrenika, gotowy we wszystko uwierzyć bez jakichkolwiek problemów.

Schizofrenicy mają podkręcone libido na maksa, można wręcz powiedzieć, że przeżywają schizofreniczną ruję. Chcą seksu, lubią seks, w odróżnieniu od zwykłych ludzi nie potrzebują do seksu odpowiedniego nastroju, czy zabiegów drugiej strony, czy też atrakcyjnego partnera. Niedoświadczeni faceci, raczej prymitywni w łóżku wpadają w pewną pułapkę, bo przeżywają takie uniesienie ze schizofreniczkami, że uważają je za żywe Boginie na Ziemi.

Wyjaśnię, co się dzieje od strony seksuologii. Tak naprawdę nie tylko kobiety potrzebują dłuższej stymulacji do odczucia prawdziwej satysfakcji i sam wytrysk nie oznacza monumentalnego orgazmu. Ten następuje dopiero po którymś wytrysku podczas miłosnej nocy. I tutaj napotykamy problem. Religijna prawicą z katolickimi seksualnymi zahamowaniami posiada tak niską wiedzę o seksie, że panowie nie tylko nie zadowalają swoich żon, ale sami też nie przeżywają prawdziwego orgazmu. W efekcie zbyt łatwo wpadają w sidła schizofreniczek-prostytutek, które bardzo szybko są gotowe bez żadnej dodatkowej stymulacji odbyć pod rząd kilka stosunków. Za to legalne małżonki potrzebują kwiatów, zabiegów, odpowiedniego nastroju i czegoś, co nazywa się kulturą i ars amandi. Czyli tych rzeczy, do których kler zniechęca, bo ma być szybko i bez grzechu. Panowie, porównując małżonki ze schizofrenicznymi kochankami, szybko dochodzą do wniosku, że ich żony są oziębłe, szczególnie jeśli zastosowali się do rady księdza i „nie bali się zgwałcić żony” w noc poślubną. Ja powiem, że nie ma oziębłych kobiet. Gwarantuję, że z kobietami zdrowymi można też osiągnąć spełnienie w łóżku, co więcej one też osiągną maksymalną satysfakcję. Ale trzeba się starać i myśleć o drugiej stronie. A także poszerzać wiedzę, chociaż to jest zabronione przez katolicki zabobon i poczucie wstydu.

Z Michałem świetnie dogadywaliśmy się w łóżku, oczywiście dopóki nie wtrącili się schizofrenicy i całkowicie poza moją wiedzą nie zaczęli instruować Michała w taki sposób, że seks przestał być, czymś, co nas łączyło. Podejrzewam, że Barbara i Ryszard, kierując się katolickim poczuciem, co wypada, postanowili przerobić nas na osoby, które nie mają przyjemności z seksu, za to cierpią i harują ponad siły. No bo trzeba by było zarobić na te dzieci urodzone zaraz po dwudziestce, do czego planowali nas zmusić. I chuj by studia strzelił, nie mówiąc o dobrej płacy później.

Najzabawniejsze, że teraz gdy mam dyplom wyższej uczelni, największym problemem schizofreników, jak usłyszałam, jest „skąd ona ma pieniądze”. Wcale nie mam aż tak dużych pieniędzy, jak na kogoś, kto skończył studia. Ale bardzo warto było skończyć studia na dwóch wydziałach. Mam też absolutorium, oprócz magistra Anglistyki. I nie muszę się kurwić.

Katolicki kler wydziela ludziom seks na kartki i dba o to, aby nie było z niego radości. Jest to sposób kontrolowania ludzi i podporządkowywania ich sobie. Padliśmy tego ofiarą z Michałem. Nie mylę się tej kwestii, pamiętam „nauki” mojej katechetki. Wiem, że ideałem jest seks bez przyjemności, do którego dochodzi wyłącznie w celi spłodzenia dzieci. I najlepiej, aby liczba stosunków była identyczna z ilością dzieci. Byliśmy przerabiani na takie osoby. Miałam też ochrzcić Michała. Zamiast tego kler widzi moją bardzo publiczną apostazję i pokazywanie moich ran na blogu.

Nigdy się z katolickim podejściem do seksu nie zgodzę. Ludzie mają prawo do szczęścia. I dobry seks jest też możliwy w małżeństwie, a nie tylko ze schizofrenicznymi katolickimi kurwami. Które są wręcz wyszukiwane i wdrażanie do zawodu. Mnie też chciano tak urobić już w dzieciństwie, ale opowieści o kosmopolitycznym pochodzeniu moich rodziców naprawdę nie były moim urojeniem. I nie byłam łatwą schizofreniczną ofiarą naganiaczy.

I bardzo mnie bawią przerażone westchnienia schizofrenika, który – gdy usłyszał lata temu, co zamierzam napisać na blogu, – jęczał, że „jeśli ona to napisze, to będzie po Chrystusie w fandomie”.

Nigdy nie udało mi się dowiedzieć od któregokolwiek z tych schizofreników, co to znaczy „Chrystus w fandomie”, ale spodziewam się czegoś w rodzaju ochrzczenia i nawracania metali i pogan (chociaż, jak mi powiedzieli, nie wierzą w istnienie pogan, ale ja muszę odpowiedzieć, że wiem, że istnieją). Ja osobiście nie dam się ochrzcić, ani nawrócić. Chociaż spotkały mnie wszystkie opisane w podręcznikach metody kontroli i zaszczucia, jakie stosują sekty, przy czym absolutnie ani razu nie wyraziłam chęci przystąpienia do Opus Dei. Nigdy nie byłam religijna. Nie ma takiej możliwości, abym cofnęła apostazję. Nie mają znaczenia kłamstwa schizofreników w tej kwestii. Wszystko, co trzeba wiedzieć o moich poglądach na kwestie religijne, znajduje się na blogu i nie trzeba sięgać do bełkotu schizofreniczek.

Bardzo niezabawne za to jest, że wystarczyły urojenia schizofrenika, aby wiele osób uznało, że nie mam żadnych praw i że jestem tego schizofrenika własnością i że ten kutas może nie tylko mną, ale też moimi rzeczami swobodnie dysponować.

Nie da się cofnąć tego, co ludzie zrobili pod jego wpływem i pozostaje tylko żałować, że nawet dla prawników religijnej prawicy prawo i prawa człowieka to coś, czego absolutnie nie rozumieją. Bo nawet zakładając, że zostałabym legalnie ubezwłasnowolnienia (chociaż tak nie było) to ubezwłasnowolnienie nie oznacza niewolnictwa. Osobowa ubezwłasnowolniona naprawdę ma szereg praw. I przede wszystkim nie może być ubezwłasnowolniona osoba, która jest niezależna i samowystarczalna. Nie może być też zmuszana do zawarcia małżeństwa wbrew jej woli. Również sama różnica zdań nie wystarcza do tego, aby kogoś ubezwłasnowolnić.

Nie należy też wierzyć, że ubezwłasnowolnienie oznacza, że można kogoś bezkarnie okradać z własności intelektualnej, bo „opiekun” pozwolił, szczególnie jeśli w pomieszczeniu pełnym ludzi okradana osoba powiedziała, że nikt nie może korzystać z konspektów przechowywanych przez Michała. To, że wyłudził je od niego schizofrenik, nie oznacza, że plagiatorka ma prawo ich używać, a potem zaszczuwać osobę, którą okradziono, i okazywać rażącą niewdzięczność. Nie dostała tych konspektów ode mnie. Absolutnie nie ja powinnam przepraszać. Tym bardziej, że ani Roman nigdy nie był moim mężem, ani nigdy nie zostałam ubezwłasnowolniona.

Przy czym oczywiście, ani Roman, ani Barbara czy Ryszard nigdy nie byli moimi bliskimi, więc z całą pewnością nie mogli wystąpić do Sądu Opiekuńczego i przejąć pode mną pieczy. Przy czym to co zrobili, to typowe akcje schizofreników z ich typowymi urojeniami. Nikt nigdy nie powinien aż tak bardzo przejmować się ich kłamstwami i urojeniami, aby łamać obowiązujące w Polsce prawa, także te medyczne.

Niestety takie osoby, jak ojciec Michała, gdy znajdą się w środku jakiejś schizofrenicznej intrygi, mają minimalne szanse na zrozumienie, co się dzieje. Najlepiej pomagają ludzie z zewnątrz, tak ja mu pomogłam poradzić sobie z gangiem schizofreników, który go nękał od dzieciństwa. Popełnił ten błąd, że myślał, że mówiąc o schizofrenikach, którzy mnie prześladują, odnoszę się do „jego” schizofreników. Nic dalszego od prawdy nie było. Niestety ludzie zostali zaszczuci i stracili życie, bo nie dostałam pomocy. Schizofrenicy z mojej podstawówki, którzy znaleźli sobie miejsce w fandomie, są jednymi z najgroźniejszych schizofreników, jakich ojciec Michała widział. I dostają zbyt dużo pomocy.

Zawiodłam się bardzo. Ojciec Michała i on sam, gdy chcieli mi pomóc, bo zorientowali się w sytuacji, też bardzo się zawiedli na kilku osobach. No cóż, fanatycy religijni, to fanatycy religijni, a idiotki wychowane od dzieciństwa przez schizofreników, to idiotki wychowane na wariatki i wściekłe tępe suki.

Jednym słowem, nikt kim trzeba się przejmować.

O tym, jak „rzucił” mnie Michał

Wiem, że po fandomie krąży zupełnie inna wersja rozstania z Michałem, więc muszę przedstawić swoją. Zresztą Michał poprosił mnie o to, bo to nie on mnie rzucił, tylko ja byłam tą osobą, która stwierdziła, że nie może z nim już być.

Nasz związek stał się ofiarą schizofrenicznych intryg Barbary i Michała. Za moimi plecami dotarli do rodziców Michała i przekonali ich, że są moimi adopcyjnymi rodzicami, czyli sprzedali kłamstwa, które kolportują wśród wielu osób. Cały czas nie mogłam się dogadać z rodziną Michała i wybić im z głowy przekonanie, że są to moi rodzice. Ze swojej strony ja nadal czekałam na rodzinną imprezę, oni byli przekonani, że wszystkich z mojej rodziny już poznali. Ja zaś Barbarę, Renatę oraz Ryszarda brałam za jakiś dziwacznych znajomych rodziców Michała, z którymi nie chciałam rozmawiać.

Oczywiście za to, że są moimi rodzicami i że należy im wierzyć, ręczył skurwysyn Nycz, jak usłyszałam, który prześladuje mnie od dzieciństwa i jest ostatnią osobą, którą należy o mnie pytać. Ma najniższą wiarygodność w fandomie, jeśli o mnie chodzi.

Schizofrenicy, którzy udawali moich „rodziców” zaczęli mnie reprezentować i mówić rodzicom Michała, jakie są „moje” pragnienia. Z powodu swoich różnych psychotycznych jazd uważają, że studia są tylko dla katolików. Albo najlepiej nikt nie powinien studiować, ani okazywać ambicje. Dlatego ja miałam bardzo szybko pobrać się z Michałem i zacząć rodzić dzieci, co miało niby być moim marzeniem. Michał miał zabrać do roboty, oczywiście miał rzucić medycynę.

Także wszystkie morderstwa schizofrenika Ryszarda są motywowane fanatyzmem religijnym, kieruje się tym nie tylko przy wpierdalaniu się ludziom w życiorysy. Uważa (podejrzewam, że Nycz też), że ateistki to kurwy i powinny się tym zajęciem zajmować. Nie mówiąc o przedstawicielkach niższych raz. Więc mam bardzo złe wiadomości dla Nycza – nie będzie mnie miał w łóżku, bo nie jestem schizofreniczką, którą bez leków da się skurwić.

Zostałam przez to towarzystwo tak obrażona i pomówiona, że mogę bez ogródek walić, co myślę o nich obu. Byłam o to też poproszona wprost. I nadal odczuwam skutki i efekty wprowadzenia w syndromu sztokholmski. Nie mam wyboru, muszę pisać prawdę, jak to ode mnie zażądano. A prawda jest zupełnie inna od urojeń Barbary.

Gdyby tylko skończyło się na moich fałszywie przekazywanych „marzeniach” o wczesnym macierzyństwie, to jeszcze nie byłoby tak dużego problemu, bo to nasza dwójka o tym decydowała. I Michał mnie posłuchał w tej kwestii. Więc mnie nie zapłodnił bez mojej zgody.

Niestety Michał zaczął być terroryzowany i instruowany, co ma robić, przez „przyszłych teściów”. Barbara jako kobieta (ten kobieton nie zasługuje na to określenie) zaręczyła, że bardzo ostry seks sprawia, że kobieta nigdy nie odejdzie i że Michał ma robić to z całej siły, bez względu na to, co ja mówię.

Skończyło się to tak, że moja ginekolog chciała go wsadzić do więzienia za gwałt. Ja go zaczęłam bronić, ale zniszczyło się między nami tak, że stwierdziłam, że mogę go co najwyżej traktować jak głupiego brata, a nie faceta, z którym chcę spędzić życie. Tak więc po dyskusji z moją kotką (która przestała lubić Michała i dawała temu wyraz, sikając na niego w nocy, bo lepiej od niego orientowała się, co się stało) wróciłyśmy obie do mojej prawdziwej mamy i do mieszkania, które do chwili obecnej legalnie zajmuję, bo je odziedziczyłam.

Rodzice Michała i on nadal wierzyli w urojenia Barbary i Ryszarda i traktowali ich, jak moich adopcyjnych rodziców, więc do reszty mnie z nimi zniszczyli. Także na uczelni.

A kolejne bardzo ważne dla mnie związki zniszczyła mi schizofreniczka Anna. Ludzie, którzy jej bronią, są skazani na moją pogardę i nie mają prawa nazywać się moimi przyjaciółmi. Muszą zdać sobie sprawę, że tylko jej zaszkodzili, a nie pomogli. Ten wariatce pomoże tylko grzeczne branie leków. Nigdy nie powinna była z nich rezygnować.

Chicago Tylenol Murders

Nie mam siły wiele pisać na ten temat, ale wariaci czy fanatycy którzy mordują jak leci, to nie jest nieznane zjawisko w kryminologii. Zaznaczę tylko, że Paracetamol, który wykorzystał wariat do trucia ludzi cyjankiem, był w formie łatwo otwieranych kapsułek, więc mógł podmienić zawartość. A upublicznienie tych morderstw spowodowało pojawienie się naśladowców.

Dziennikarze w takim momencie balansują pomiędzy ostrzeganiem opinii publicznej, a reklamowaniem przestępców, którzy przez innych zjebów mogą zostać uznani za idoli wartych naśladowania.

Morderstwa z użyciem Tylenolu (czyli Paracetamolu) spowodowały, że leki bez recepty nie mają formy kapsułek z proszkiem. Wszystko co jest sprzedawane w drogeriach z łatwo dostępnych półek to tabletki, z którymi niewiele można zrobić.

Jeśli ktoś daje wam lub sprzedaje kapsułki, to zawsze jest podejrzane.

https://en.wikipedia.org/wiki/Chicago_Tylenol_murders

Pomówienie

Jednym z zabawniejszych pomówień Anny i jej gangu (a każdy schizofrenik tworzy wokół siebie gang ludzi przekonanych, że jego urojenia to prawda i że schizofrenika trzeba „chronić” oraz „ratować”) jest, że utrzymuję swoje miejsce w Studium, ponieważ ze wszystkimi sypiam.

Muszę zaznaczyć, że nie jestem lesbijką, a wszystkie kolejne szefowe Studium, ich zastępczynie oraz kierowniczki zespołów lektorów to kobiety. I to takie, które absolutnie nigdy na mnie nie leciały. Też są całkowicie hetero. A mężczyźni profesorowie nie mają wpływu na politykę kadrową Studium.

Muszę zaznaczyć, że pracuję w Studium, bo jestem dobrą lektorką. Nawet, gdy walczę z syndromem sztokholmskim, to jestem całkiem niezła. Owszem są rzeczy, które mi gorzej wychodzą, bo – jak to się mówi – brakuje mi łyżek, ale znam angielski. Emma wykonała bardzo dobrą robotę, a ja nie jestem kimś, kto nie lubi czytać po angielsku. Wielu z moich znajomych nejtiwów bierze mnie za zamieszkałą w Warszawie Brytyjkę. Owszem mogą mi się podlizywać, ale twierdzą, nie czują bariery językowej. Zresztą uważam, że wszyscy w Studium są świetni i wiem, że Anna do nas nie pasuje.

Proszę o jedno, niech Anna w końcu znowu zacznie się leczyć, bo nieleczona choroba degeneratywna zje jej mózg do reszty i straci umiejętności uczenia się. Schizofrenia to wredna, dziedziczna choroba.