Archiwum kategorii: Różne

Coś się kończy…

Często przychodzi ten trudny moment, kiedy trzeba się przyznać do porażki. Rozmiar mojej porażki widać na zrzutach ekranu – jak widać zarobiłam grosze, chociaż wcześniej zainwestowałam tysiące. Podeszłam do sprawy solidnie – kiedy nie chciały mnie wydawnictwa, postanowiłam wydać sama. Z jakim efektem, sami widzicie.


Postanowiłam napisać tę powieść z powodu nalegań pewnego człowieka, ale projekt okazał się byś katastrofą, jak i ta znajomość. Gość miał w pewnym momencie katastrofalny wpływ na moje życie, bez niego nie popełniłabym różnych błędów już w latach dziewięćdziesiątych. A i później wtrącał się nieproszony w różne sprawy z gracją słonia.
Straciłam na ten projekt literacki całe lata, zamiast zajmować się innymi rzeczami – przede wszystkim czymś, co było moją olbrzymią pasją już w dzieciństwie (nie będę pisać dokładniej, bo nie chcę zapeszyć).


Bardzo przepraszam osoby, które liczyły na kontynuację, ale z przyczyn osobistych nie dam rady tego napisać.
Bardzo również proszę wszystkich o nieskładanie kondolencji czy też wyrazów współczucia z powodu zdechnięcia kariery literackiej. Przede wszystkim nigdy nie powinnam w ten sposób marnować czasu, którego już nikt mi nie zwróci.

Blog będzie istniał dalej, ale pewnie wpisy będą pojawiać się rzadziej i skoncentruję się na tematyce bieżącej.

Barbara

Publiczne podstawówki to zło, na które są skazane dzieci ludzi niemogących sobie pozwolić na prywatną szkołę. Większość z dzieci przechodzi przez tę mieszaninę wszystkich warstw społecznych bez większych problemów, ale ja nie miałam takiego szczęścia i córeczki „gangstera” (sam tak o sobie mówił) i sam ich ojciec sprawili mi piekło na ziemi. (Opisałam ich dokładniej tutaj, a i tak to jest czubek góry lodowej.) Nękali mnie później również w średniej szkole. Wydaje się niemożliwe, ale jednak tak było, ponieważ mieli pomoc durnych ludzi, uprzedzonych do mnie z powodu ateizmu.

Największym moim przekleństwem, chyba nawet większym niż sam gang z mojej szkoły, była niejaka Barbara. Łączy w sobie głupotę, fanatyczny katolicyzm i brak samokrytycyzmu. Nigdy nie była przyjaciółką mojej mamy, czy też kogokolwiek innego. Poznałam ją – jakby to powiedzieć na ulicy. Szłam do domu ze szkoły – był to początek pierwszego mojego roku podstawówki – i minęłam na ulicy Wiktorskiej w Warszawie księdza. Prawdę mówiąc, nawet go nie zauważyłam, zresztą dlaczego miałabym się przejmować obcym mi mężczyzną? Więc minęłam go bez słowa. Wywołało to furię Barbary, która stwierdziła, że nie ukłonienie się katolickiemu księdzu świadczy o moim zdeprawowaniu. Pech chciał, że tą samą ulicą przechodził ów „gangster” ze swoimi podopiecznymi. Wykorzystała to Barbara i poszczuła tę rodzinę na mnie. Ludzie, którzy się z nimi zetknęli znają mniej więcej te opowieści, więc je tylko streszczę. Sam się przedstawiał jako bardzo religijny człowiek, który porzucił seminarium (lub zrzucił sutannę, wersje opowiadane się różnią) dla kobiety, ale nadal żyje bardzo po bożemu. Niestety Barbara wykorzystała jego słabość i dalej sterowała jego poczynaniami. Był wtedy chory. Jego córki też. Więc dali się wciągnąć w machinacje Barbary. Kierowana nienawiścią do ateistów wymyśliła na miejscu praktycznie całą fikcyjną biografię mojej rodziny, twierdząc, że nas zna. Moja rodzina miała składać się z byłej prostytutki i ojca pedofila. Ja miałam być dziecięcą prostytutką. Bzdura, bzdura, bzdura. Wmówiła Annie, jego córce, że jest moją ofiarą i że tak się ma sama przedstawiać, żeby mnie „nawrócić”. Później dalej wmawiała ludziom, że zniszczyłam wielką przyszłą gwiazdę łyżwiarstwa. Przypisywała mi też chorobę umysłową. Cytując Barbarę – „ona nie może być szczęśliwa, bo jest ateistką. Niech się nawróci, to jej wszystko dam.” Tak jakby wszystko, czego w życiu pragnęłam było jej i mogła mi dać. Oczywiście samo „nawrócenie” nie wystarczyłoby – wymagała ode mnie kłamania, żebym potwierdziła wszystkie jej kłamstwa, aby ona i Ryszard wyszli na niewiniątka. Prawda nie obchodziła jej nigdy. Ta pani i Ryszard mają manię religijną, więc potrafią wychodzić na całkiem normalnych, jeśli tego chcą, ale w oczy zawsze rzucali się schizofrenicy, których wykorzystali.

Nie zliczę już ile razy tłumaczyłam tej oślicy, że j a i moi rodzice byliśmy całkowicie uczciwi i otwarci, i że nie powinna kierować się uprzedzeniami. Niestety katolicy są uczeni, że jeśli kogoś – szczególnie „upadłego” – „nawrócą” to mają zagwarantowane miejsce w niebie. Tak samo zachęca się ich do uwodzenia i „poślubiania” (w sensie duchowym) niewiernych. Padłam tego ofiarą. Barbara i Ryszard prześladują mnie do tej pory opowiadając bzdury i kłamiąc w żywe oczy, rozbijając moje związki oraz rozpuszczając nieprawdziwe plotki o mnie w moich miejscach pracy, a także zniechęcając do mnie wszystkich zainteresowanych ludzi. Barbara zmusiła mnie do rezygnacji z łyżew swoimi intrygami i kłamstwami (ja zostałam pobita przez gang głupich dzieci, nie ktoś inny). Muszę się przed nimi jakoś bronić. Mam nadzieję, chociaż przez jakiś czas cieszyć się życiem bez zagrożenia, jakie oni stanowią. „Gangstera” już nie ma, on i jego córki zaczęli się leczyć. Pozostali fanatyczni katolicy niszczący poza mną również wszystkich wokół mnie. Kierują ludźmi tak, że wychodzą w moich oczach na psychopatów. Więc jeśli macie o nich jakieś informacje, bardzo proszę przekażcie policji. Numer telefonu zidentyfikuje ich dokładnie, bo noszą dosyć pospolite nazwisko – Barbara ma nazwisko po mężu, Ryszard jest jego krewnym.

To jest święta wojna, którą toczę o możliwość bycia sobą i nie wyznawanie znienawidzonej religii, której produktem są Barbara i Ryszard. Jeśli możecie, pomóżcie i zakapujcie ich na policji. Inaczej przyjdzie mi sprzedać mieszkanie, zmienić nazwisko i zacząć uczyć w innym miejscu. Nie widzę innej możliwości, żeby się od nich uwolnić. Potrafią „niewiernych” zaszczuć, aż do mniej lub bardziej udanej próby samobójczej. Mają na swoim żołdzie medycznych imbecyli, którymi opiekuje się Kościół (czyli, jak rozumiem, Barbara), a ci są w stanie posunąć się do wszystkiego bez najmniejszej moralnej refleksji.

High heels

Nadszedł czas na trochę mniej poważny, a trochę bardziej prokulturowy wpis. Niektórzy z moich drogich czytelników pewnie pamiętają serial „Sex and the City”. Nie do końca poważny traktował o uczuciowych perypetiach Carrie Brawdshaw, felietonistki pewnej nowojorskiej gazety. Opisywała uczucia i seksualne perypetie – jakbyśmy to niedawno nazwali – hipsterów z Manhattanu (nie wiem, czy nadal pewną grupę społeczną określa się hipsterami, więc dokładny opis demograficzny zostawmy na boku i tak podobne opisy są umowne). Pomińmy także dokładny opis kim byli szkalowani przez nią przyjaciele, ważniejsze było z kim się spotykała. A wielką miłością Carrie był Mr. Big, businessman, z którym łączyła ją relacja bardzo skomplikowana. Schodzili się i rozchodzili, żeby na końcu serialu zejść się na dobre (przepraszam za spojler). Niewiele już pamiętam z samego serialu, oprócz tego że Mr. Big obiecywał Carrie „walk-through closet” (lub coś w tym rodzaju), czyli garderobę, przez którą można było przejść, bo z obu stron miała drzwi.

Pozostawmy jednak detale architektoniczne na boku, ważniejsze teraz są sprawy modowe. Słabością Carrie były buty, szczególnie te od Manolo i na wysokich obcasach. Wychowałam się w domu pełnych szpilek, które nosiła moja mama, chociaż w niczym nie przypominały dwunastocentymetrowych „sztyletów”, jakie można znaleźć w Zarze. Nie przeszkadzało mi to jednak w niczym i jako mała dziewczynka uwielbiałam buszować w szafie i przymierzać te buty, z których nieodmiennie spadałam i cudem nie skręcałam sobie kostki. Była to zabroniona przyjemność i byłam za to karcona. Takie rzeczy wynosi się z domu, więc pomimo tego, że na codzień noszę się na sportowo, nie potrafię przejść obojętnie obok pięknej pary szpilek. Są po prastu magiczne, chociaż zupełnie niepraktyczne. Są lepsze buty do chodzenia. Powiedzmy sobie szczerze, że szpilki są butami, które wymagają poruszania się taksówkami. Na dłuższe trasy pieszo się nie nadają. Za to emanują czymś nieziemskim. Stworzyłam sobie własną teorię na ich temat. Nie wiem, czy słyszeliście o chińskim zwyczaju krępowania stóp? Sama nazwa wydaje się dosyć niewinna, ale kryje się za nim barbarzyński proceder łamania palców i podwijania ich pod stopę, aby nadać stopie kształt trójkąta o dosyć krótkiej podstawie. Wszystko w celu zwiększenia erotycznego powabu młodej damy. Jest to podobny kształt, w jaki wygina się stopa zachodniej fashionistki w butach na niebotycznie wysokich obcasach. Krótka stopa, wysokie podbicie, problemy z chodzeniem na dłuższe odległości, wszystko się zgadza. Zachodnie modnisie dostają jednak coś więcej od mody – te dodatkowe centymetry wzrostu, dzięki którym mogą patrzeć z góry na dużą część populacji.

Tak więc, sorry-not sorry, witajcie kolejne buty w mojej kolekcji. (Chociaż balerinki tez lubię.)

I znów o aborcji

A w Sejmie i telewizji ponownie awantura o aborcje. Ludzi z mojej klasy to nie rusza – potrafią zadbać o odpowiednią antykoncepcję, albo potrafią opłacić odpowiednią klinikę w jednym z bardziej przyjaznych kobietom ościennych państw. Albo tak im się tylko wydaje, czy też w ogóle o tym nie myślą i witają niepożądaną ciążę jako przypadłość, z którą trzeba się pogodzić. Obserwuję dyskusje nad aborcją od początku lat dziewięćdziesiątych i mam wrażenie, że dyskutanci mają w głowie coś, co nazywa się w językoznawstwie wyidealizowanych modelem kognitywnym. Myślą z reguły o szczeniakach, którym przydarzyła się wpadka i reakcja pewnie jest taka – no cóż, młodzi, zakochani, ale to ślub się przyśpieszy i chłop wydorośleje, weźmie się do roboty. No cóż, w przypadku, o jakim ja słyszałam, ojcem został początkujący pisarz, który zapłodnił po pijaku równie pijaną fankę. A przynajmniej taki chyba był przebieg wydarzeń. Nie wiem, po co zostałam poinformowana o tej ciąży (mam swoje podejrzenia, że to trochę tak było na złość, że widzisz, jakie mam branie, ale mniejsza o to). Nie powstała z tego żadna rodzina, był ślub, o ile mi wiadomo, po jakimś czasie się rozstali. Zresztą pewnie lepiej, po co poczętemu pośpiesznie dziecku dwoje niedojrzałych, nieszczęśliwych, nienawidzących się rodziców, którzy każdy dzień kończą karczemną awanturą. Ale i tak pewnie zniszczyło obojgu rodzicom różne plany osobiste i zawodowe. Naprawdę należy dzieciom tłumaczyć obsługę prezerwatywy i dlaczego należy ją mieć przy sobie, jeśli się idzie razem pić.

Przeciwnicy aborcji na żądanie krzyczą w takiej sytuacji „ale przynajmniej nie zabili”. Większej manipulacji w tej dyskusji nie słyszałam. Dorównuje jej tylko „medycyna udowodniła, że człowiek zaczyna się od zapłodnienia”. Gówno prawda. Zaśniad groniasty też się zaczyna od zapłodnienia, to żadne kryterium. Moim kryterium jest działający układ nerwowy. Pojawia się od około dwunastego tygodnia życia. Jestem ateistką w kwestiach medycznych (a nie poganką czy satanistką), ale lubię patrzeć na różne kwestie od przeciwnej strony. Popatrzmy się więc na pisma z historii Kościoło. Kodeks Gracjana z XII wieku penalizował aborcję jak zabójstwo, jeśli dokonano jej, kiedy płód był już ukształtowany, zaś św. Augustyn nauczał, że płód dostawał duszę, czyli „uczłowieczał się” w czterdziestym dniu ciąży w przypadku chłopców, a w osiemdziesiątym w przypadku dziewczynek. To osiemdziesiąt dni to całkiem blisko moich dwunastu tygodni, zresztą nawet czterdzieści wystarczy w przypadku nowoczesnych testów i szybkiej farmakologicznej aborcji (w cywilizowanym świecie nie wykonuje się praktycznie krwawych „skrobanek”, możecie je sobie jako straszak wetknąć tam, gdzie słońce nie dochodzi.) Aborcja nie zabija, gdy nie ma układu nerwowego (chociaż pewnie nieucy gardłujący za pełnym zakazem aborcji pewnie nawet nie zdają sobie sprawy z jego znaczenia). Poza tym jakoś Kościołowi nic nie przeszkadza i pomimo zakazu zabijania z dekalogu błogosławią żołnierzy idących na front. Wolno też zabić w samoobronie. Tak więc ten argument też wsadźcie sobie w dupę.

Przejdźmy jednak do bardzie drastycznych przykładów niż niespodziewana (chyba wiedzą, skąd się dzieci biorą?) ciąża u wielkomiejskich hipsterów. Mniejsza o to, kto mi to powiedział (jakby co powołam się na tajemnicę dziennikarską, blog to też prasa), ale historia wydarzyła się w jednej z podwarszawskich wsi w bardzo religijnej rodzinie bardzo prostych ludzi, dla których słowo księdza dobrodzieja jest prawem. I tenże ksiądz dobrodziej pochodził z podobnego chowu, co moja katechetka z dzieciństwa. Był przekonany, że z dzieckiem to nie grzech (pewnie dlatego, że ciąży nie ma, ale ja w dzieciństwie słyszałam też inne racjonalizacje, np. że dzieci są czyste). No i gwałcił ksiądz to dziecko od jakiegoś czasu, przygotowywał ją tak do zakonu i spotykał się pod pretekstem rozmawiania o jej powołaniu. Rodzina dziewczynki miała z tym problem tylko taki, że dziecko niegrzeczne, bo nie chce z księdzem rozmawiać. Wtrącili się w to wielkomiejscy hipsterzy (chociaż inni niż wspomniani powyżej) i dziewczynce wykonano po kryjomu test ciążowy. Wyszedł pozytywnie ku przerażeniu wszystkich, bo dziecko nigdy wcześniej nie miesiączkowało. Ot, wstrzelił się ksiądz w jakieś pierwsze jajeczkowanie w okresie pokwitania. Zdąża się. Szczęśliwie wystarczyła jedna nielegalna tabletka (dzięki jednej z proludzkich fundacji) i uratowano dziewczynce życie. Aborcja farmakologiczna ratuje życie, a nie zabija.

Odpierdolcie się od dzieci i kobiet, to nie wy ponosicie koszta ciąży i porodu. Wiele chorób zaostrza się w ciąży lub pojawia się z powodu ciąży. Połóg też jest niebezpieczny. Obraźliwe jest, że mężczyżni, którzy nigdy by nie zostali zmuszeni do walk na froncie, mają najwięcej do powiedzenia w sprawie życia kobiet. Dane na temat liczby kobiet konający w połogu lub w ciąży w Polsce są przerażające, gdy weźmie się pod uwagę, że pod topór rządzących poszły programy „rodzić po ludzku”. Ginekologia nie jest – wbrew poglądom ignorantów, szczególnie kościelnych – „łatwą” specjalizacją. Ciąża nie jest stanem „naturalnym” ani „błogosławionym” (dla gatunku ludzkiego z naszą ewolucją i olbrzymimi głowami noworodków nie ma w tym już dawno nic „naturalnego”, a „błogosławienie” jest terminem kościelnym, nie naukowym). Kobiety wcale nie rodzą „same”. Nie są przedmiotami, które są łatwo zastępowalne, a tak są traktowane przez beton kościelny. Więc bardzo grzecznie proszę naszych katoli w sutannach – przestańcie pchać najwierniejsze lub najgłupsze dzieci na studia medyczne i potem na ginekologię, żeby zapewniły, że na tym odcinku dzieje się „po bożemu”. I dlaczego kobiety na oddziałach ginekologicznych muszą znosić namolność księży? Musicie pilnować naszych <piiiiiiii>? Czy też zaspokajacie swoją potrzebę podglądactwa? Zdążało mi się bywać w szpitalach, na innych oddziałach, również przed operacją, i jakoś księży nie interesowało, jak ktoś się czuje i czy potrzebuje pocieszenia…

O Ella One napiszę może kiedy indziej. Ale też ratuje życie.

Izaak

Jednym z powodów dlaczego nie jestem chrześcijanką jest Biblia i katolicy. Z wykształcenia jestem historykiem literatury i nie potrafię podchodzić do Biblii inaczej niż do innych tesktów literackich, odmawiam więc traktowania jej na kolanach i zawieszania na kołku wszystkich narzędzi badawczych. Miałam z tego powodu scysje z katechetką z dzieciństwa, miałam na karku koleżankę ze studiów, która próbowała mnie „leczyć” i naprawiać pod dyktando szalonego księdza. Co gorsza, w odróżnieniu od luteran katolicy są zniechęcani do samodzielnego czytania Biblii (a widziałam jak robił to pastor Pilch) za to obowiązuje ich wykładnia świrniętej katechetki czy księdza łamiącego wszystkie kanony (czyli przepisy) Kościoła Rzymsko-Katolickiego. W każdym razie takie wyniosłam wnioski z kontaktów z podobno wybitnymi przedstawicielami Kościoła.

Biblia jest tekstem literackim, napisanym przez ludzi. Chrześcijan obowiązuje wykładnia wedle której napisana została w sposób natchniony i przedstawia objawienia, w które nie wolno wątpić. I jest to moment, w którym rozjeżdżamy się w przeciwne strony. Zakładając nawet, że nastąpił jakiś „przekaz z góry,” nie jestem w stanie uwierzyć, że ułomne ludzkie mózgi i umysły byłyby w stanie przelać na papier owe objawienia w sposób bezbłędny, bez zniekształceń wprowadzonych przez kulturę sprzed ponad dwóch tysięcy lat. Dla przypomnienia – były to czasy, kiedy dominującym modelem życia było pasterstwo, kobiety były traktowane jak inwentarz, a bełkot osób chorych psychicznie był traktowany z szacunkiem, na jaki nigdy nie zasługiwał. Do Biblii więc trafiły opowieści snute przez dosyć prymitywne plemiona. Piszę to z całą świadomością, że w naszym niedoskonałym kraju za podobne wypowiedzi można zostać skazanym za obrazę uczuć religijnych, sięgnę tutaj po przykład Doroty Rabczewskiej. Uważam, że Dorota nigdy nie powinna dać się zastraszyć, tylko prosić o konsultację biblisty. Dla naukowca oczywistym jest, że nie wolno dławić wolności dysputy naukowej, literaturoznawczej lub kulturoznawczej.

Jedną z ważnych postaci w Biblii (i nie tylko w Biblii, jest podporą trzech wielkich religii) jest Abraham. Dla przypomnienia – jest to ten człowiek, który usłyszał w głowie głos Boga, nakazujący mu złożyć w ofierze swojego pierworodnego syna Izaaka na górze Moria. Wyobraźmy sobie to dziecko i jego przerażenie, gdy jest ciągnięte na rzeź, która ma nastąpić po długiej i męczącej wędrówce. Na całe szczęście Abraham „słyszy” inne instrukcje i egzekucja zostaje odwołana. Powtórzę, historia traumy Izaaka, niemal zamordowanego przez – jak sądzę na podstawie tekstu – chorego psychicznie ojca, stanowi podwaliny trzech religii, chrześcijaństwa, islamu i judaizmu. Tkwi w tym olbrzymi paradoks. Legiony teologów i filozofów rozkładają na czynniki pierwsze relację Abrahama i Boga. Opiewają poddanie się owej „woli Boga” i prześlizgują się bez słowa nad postacią Boga żądającego bezmyślnego posłuszeństwa i krwawej ofiary. Z drugiej strony klasyczną krytyką europejskich pogan i argumentem za potrzebą kulturowego ich podbicia jest rzekomy pogański zwyczaj składania ofiar z ludzi. Chciałabym zobaczyć jakiś materialny dowód na te twierdzenia. Na razie są to same pomówienia, za to chrześcijańskie płonące stosy są historycznym faktem. Przypomnę, kobiety i mężczyźni płonęli na stosach z powodu pomówień o czary w liczbie haniebnej. Palono również naukowców i wolnomyślicieli. Dlaczego? Podejrzewam, że czyjeś tak cenne również dzisiaj uczucia religijne były tak silnie urażone, że wymagały całopalnej ofiary z ludzi dla przebłagania złego Bóstwa – a raczej zaspokojenia chęci zemsty i nakarmienia pychy oskarżycieli.

Rett Butler

Jedną z trochę już zapomnianych powieści jest „Przeminęło z wiatrem”. Niegdyś otoczona takim kultem, że castingiem do roli głównej bohaterki fascynowały się wszystkie amerykańskie media, obecnie razi współczesnego odbiorcę z powodu rasizmu i wybielania niewolnictwa i jest łabędzią pieśnią dawnego Południa USA. Dawniej dwory właścicieli plantacji otaczał mit romantyzmu, obecnie organizowanie ślubów w podobnych miejscach uchodzi za coś nagannego z powodu wspierania niewolnictwa. Ale zawsze można znaleść coś ciekawego nawet w takiej ramotce. Dla jednych będzie to obraz upadającego świata dużych posiadłości ziemskich i walka ich właścicieli o przetrwanie po Wojnie Secesyjnej, dla innych romans, ja czasem myślę o tym tekście od strony psychologii postaci.

Dzisiaj zajmę się Rettem Butlerem, czyli pierwowzorem wszystkich męskich postaci z romansideł, w których bohater musi koniecznie być skurwielem o złotym sercu (co do tego złotego serca Retta mam pewne wątpliwości, sądzę że szczodre gesty były na pokaz), gościem którego otaczają wszystkie możliwe „czerwone flagi”, ale bohaterka wie, że potrafi go zmienić. Na plus należy policzyć Scarlett O’Harze, że dzięki swojej inteligencji nie ma złudzeń co do Retta. Dzieje się tak pewnie dlatego że kocha Ashleya, więc nie daje się tak łatwo owinąć dookoła palca.

Powiedzmy sobie szczerze, Rett Butler nie ma prawidłowej osobowości. Co o nim wiemy? Pochodzi z dobrego domu, ale wyparła się go jego własna rodzina. Bezpośrednim powodem była niefortunna wieczorna wyprawa z młodą panną powozem. Powrót był bardzo spóźniony, a panna skompromitowana. Scarlett słysząc plotkę o tym, pyta, czy dziewczyna urodziła dziecko. Szczęśliwie nie, ale Rett się pojedynkował z jej bratem. Na swoją obronę Rett twierdzi później, że nie zamierzał się żenić z głupią gęsią tylko z powodu wypadku na drodze. Nie jestem fanką tego wyjaśnienia. Z powodu samej wycieczki powozem nikt by się nie pojedynkował, tym bardziej że Rett znał konwenanse swojego środowiska i najwyraźniej celowo postanowił je złamać. Podejrzewam, że mógł w grę wchodzić gwałt. Bez względu, co się tam wydarzyło, powrót do świata wyższych sfer jest dla Retta Butlera długi i szacunek społeczny odzyskuje dopiero po małżeństwie ze Scarlett i spłodzeniu córki. Co się stało, że podobno bardzo inteligentny młody człowiek wypada ze swojego środowiska, a własna rodzina zamyka przed nim drzwi? Powinien przecież umieć przewidzieć konsekwencje swoich działań i brylować w swoim środowisku. Niektórzy widzą w nim zbuntowanego liberała, który słusznie nie przestrzega skostniałych norm swojego świata, ale nie mogę się z tym zgodzić. Nie zależałoby mu tak na odzyskaniu pozycji, gdyby był postacią wyprzedzającą swoje czasy, jest za to przestępcą i manipulantem. To Scarlett jest buntowniczką, której się wiele wybacza, bo jest uczciwa i odpowiedzialna, chociaż w świat wojenny wchodzi jako żywiołowa nastolatka, której w głowie tylko bale i niewinne romanse.

Rett Butler gwałci także Scarlett, dzieje się to przy końcu opowieści i jest to dobrze przedstawione w książce, zapomnijcie o filmie, ponieważ zniekształca relacje pomiędzy bohaterami i jego scenariusz został stworzony w duchu kultury gwałtu. Rett gwałci żonę w ramach zemsty za poniżenie, ponieważ pomimo lat wygodnego dla Scarlett małżeństwa nadal kocha Ashleya, który za chwilę może stać się wdowcem. Każdy gwałt niszczy psychikę, szczególnie jeśli następuje po latach podstępnego oplątywania i przebywania z gwałcicielem cały czas, gdy nie można od niego uciec. Na tym polega syndrom sztokholmski, pojawia się podporządkowanie i ofiara zaczyna postępować i czuć, to co chce napastnik, nawet jeżeli to nie jest zgodne z jej prawdziwymi przekonaniami i uczuciami. W efekcie Scarlett stwierdza, że Ashley jest już blady i nieinteresujący, chociaż obiektywnie nadal stanowi ideał mężczyzny.

Rett jest tak odmienny od swojego środowiska, że jego psychika stanowi zagadkę. Musiał go wychować ktoś inny niż rodzice. Bogacze z wyższych sfer mają piastunki, ale i mniej zamożni ludzie zatrudniają nianie. Bardzo ważne są pierwsze lata życia dziecka, wtedy właśnie wpajane są dziecku wszystkie nieuświadomione przekonania na całe życie i można w sposób niezauważalny zaprogramować dziecko na pewne reakcje. Można wyobrazić sobie, że piastunka pochodząca z półświatka wpaja dziecku przekonanie, że rodzice są chorzy psychicznie, nie należy się ich słuchać, i że gdy ktoś mówi, że trzeba rodzica leczyć, to się trzeba zaangażować i pomagać, niszcząc własną rodzinę i dokonując destabilizacji psychiki (lekceważąc fakt, że nie istnieją takie metody terapeutyczne jak te, którymi posługują się przestępcy). I trzeba robić tak, jak się chce, bo się wie najlepiej. Mam wrażenie, że pamiętam podobnie niebezpieczną opiekunkę z własnego dzieciństwa, babcia miała jakieś lewe przyjaciółki, za to bardzo zachwalane przez księdza, był to jeden z powodów, dlaczego mój ojciec wziął urlop tacierzyński. Na całe szczęście miał już prawo do emerytury resortowej i mógł zawiesić pracę.) Na trop dalszej demoralizacji i ataku świata przestępczego na rodzinę może nas naprowadzić pewien zwyczaj Retta oprócz gwałtów – korzysta z usług prostytutek i twierdzi że są uczciwsze niż panie z dobrych rodzin. Nie jest to norma teraz, nie była to norma społeczna w XIX wieku w wyższych sferach Charlestonu, gdzie młodzi ludzie pobierali się wcześnie i wierzono w romantyczne uczucia po grobową deskę. Sam nie znalazł swojej pierwszej prostytutki, to ona musiała znaleść swoją ofiarę i uwieść go, najprawdopodobniej na polecenie alfonsa, gdy był jeszcze dzieckiem, w momencie kiedy nie zdawał sobie z tego, że w pada ofiarą gwałtu i nie mógł też poradzić sobie z przedstawianą mu normalizacją płatnego seksu i seksualnej przemocy. Jakby nie było, nie bronił się przed demoralizacją i został wychowany przez kogoś innego niż jego właśni rodzice. Nie myślicie chyba, że chłopiec z porządnego domu sam uczy się przemycania kontrabandy i lekceważenia potrzeb innych ludzi? Stał się w efekcie nieszczęśliwym, zgryźliwym oraz cynicznym psychopatą i mordercą. Chociaż – o ironio – cały czas stara się wrócić do swojej sfery, czyli rodziny, którą niszczył.

Ale oczywiście dla psychiatry Rett też wariat, co mogło wynikać z tego, że piastunka usypiała berbecia alkoholem i zatrucie uszkodziło mu mózg. A ja chyba za dużo rozmawiałam z psychoterapeutą w dzieciństwie.

Chińska wiza

Bardziej szczegółowy komentarz poniżej.

Mam nadzieję, że zdjęcia mojej wizy i jej przedłużenia (na których widać, kiedy wjechałam do Chin) rozwieją do końca fandomowe plotki o tym, że kłamię na temat swojego wyjazdu do Chin, bo widać dokładnie, kiedy byłam lub nie byłam w Polsce w 2002. Oczywiście przedłużyłam w Chinach, bo ambasada w Polsce nie wydawała wizy, o jaką polecono mi wystąpić, na dłuższy okres. Tak więc, ten tego, zdychajcie, kłamcy…. 🙂

Chińska ambasada zastosowała amerykański system zapisu daty na pierwszej wizie – 13 to dzień miesiąca, rok 2002. Cancel został wbity przy wystawieniu wizy przedłużającej pobyt. Przedłużenie zostało wydane w Chinach, jest wizą na zero wjazdów oczywiście i miesiąc jest określony angielskim skrótowcem.

I już jako wisienka na torcie – pieczątki z datą wjazdu i wyjazdu:

(Zapis daty też amerykański, oczywista oczywistość, że nie istnieje miesiąc oznaczany jako 28.)

Ks. Pilch

Mniejsza już o to, w jakich okolicznościach poznałam pastora Pilcha, który później zginął w katastrofie Tupolewa, grunt, że odbyłam wiele interesujących rozmów z tym luterańskim duchownym (oraz byłam światkiem, jak ludzie Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego bywają atakowani przez różnych wariatów).

Interesowałam się religioznawstwem (i ogólnie kulturoznawstwem) już jako dziecko. W tamtych czasach główny dyskurs w studiach humanistycznych zakładał pewien zbyt optymistyczny model, według którego rozwój społeczeństw postępuje ku jasnej przyszłości i oświeceniu, od form prymitywnych do skomplikowanych, odrzucających zabobony i przesądy. Religioznawstwo omawiało szamanizm jako wczesną formę religii, potem miał następować okres religii politeistycznych, które zostały zastąpione przez religie monoteistyczne, które z kolei już miały nie zawierać w sobie żadnych elementów szamanistycznych. Pozostaje mi tylko ubolewać nas naiwnością badaczy lub raczej autorów książek publicystycznych, z którymi się zapoznałam jako dziecko!

Zacznijmy od tego, czym jest szamanizm. Występuje wszędzie na świecie, od lodów Syberii, poprzez azjatyckie stepy, aż po prerie równin amerykańskich, nie mówiąc o interiorze afrykańskim. Zakłada, że pewne jednostki, najczęściej całe rodziny pełnią rolę szamanów czyli kapłanów, twierdzących że są w kontakcie z duchami, które zsyłają im wizje ważne dla danych społeczności. Współczesny człowiek wychowany w naszej kulturze bez wahania nazwie kogoś takiego albo oszustem, albo wariatem. Ja nazywam schizofrenikiem. Szamanizm to jest religia wzniesiona na braku edukacji psychiatrycznej, zabobonie i niemożliwości ocenienia, czy żądania wariatów mają jakikolwiek sens. Szamani znani są z terroryzowania swoich współplemieńców, prania umysłów, przeklinania nieposłusznych. Więc jeśli szaman chce, żeby zapłonęły stosy, stosy płoną i duchy dostają swoje całopalne ofiary, skazane na śmierć, żeby przebłagać złe mzimu.

Następnym etapem w rozwoju społeczeństwa miał być politeizm. Kasta kapłańska się rozrosła, więc pewnie stąd pomysł, że nastąpił jakiś postęp. Ale czy rzeczywiście zerwano z szamanizmem? Ależ skąd! Instytucja wieszczek świątynnych temu przeczy. Nadal mamy grupę osób przeżywających swoje objawienia, które mówią innym „jak mają żyć.” Nie lepiej bywa w religiach monoteistycznych – weźmy na przykład katolicyzm. Co chwila napotykamy się na jakąś świętą, twierdzącą, że ma kontakt z bóstwem i próbującą zastraszyć społeczeństwo swoimi wizjami zagłady, jeśli ludzie nie będą wypełniać jej żądań. Jest to wygodny sposób na życie, o wiele atrakcyjniejszy niż bycie pogardzanym świrem.

Stąd też wynika moja ostrożna sympatia do luteran. Pozbyli się kultu świętych, więc nikt, tylko dlatego, że ma urojenia, nie może zastraszać współwyznawców. Nie dissują nauki, więc każda taka chora psychiatrycznie osoba jest odsyłana do odpowiedniego specjalisty. Luterańscy duchowni są ordynowani, a nie wyświęcani, za czym idzie, że nie mają szczególnie uprzywilejowanej pozycji w świecie luterańskim, a ich autorytet opiera się na autentycznej wiedzy, a nie zabobonie – „bo ksiądz się obrazi, potępi i nie da rozgrzeszenia.” Właśnie, rozgrzeszenie – luteranie nie mają spowiedzi usznej, więc żaden lubieżny ksiądz nie prowadzi spowiedzi dzieci czy dorosłych, zaspokajając swoją chorą ciekawość. Luteranie spowiadają się Bogu i tylko w swoich sumieniach przeprowadzają swój rachunek tego, jak dobrymi lub złymi ludźmi się okazali. Są w mojej opinii dojrzalsi od katolików.

Przy całej mojej sympatii dla poznanych luteran, nie jestem luteranką, chociaż można nazwać mnie anty-papistką 😉 Jestem Rodzimowierczynią, co oznacza, że lata temu świadomie wpisałam się na listę osób wnioskujących o rejestrację jednego z polskich kościołów pogańskich. Jest to nie w smak kilku osobom prześladującym mnie od dzieciństwa, ale taka jest prawda o mnie – wierzę we Wszechświat, który nas stworzył, i który dał nam mózgi, dzięki którym stworzyliśmy naukę, nasze narzędzie do poznawania naszego Stwórcy.

Przyjaźnię się z każdym rozumnym człowiekiem, szczególnie prześladowanym przez schizofrenika, więc żal mi ogromnie, że ksiądz Adam Pilch zginął w katastrofie pod Smoleńskiem. Jest mi również przykro, że ta katastrofa była – i pewnie jeszcze jest – rozgrywana politycznie i że tyle pieniędzy poszło już w błoto w ramach zapłaty dla ludzi, którzy w życiu nic nie mieli wspólnego z badaniem jakichkolwiek katastrof lotniczych.

Rysio

Ten człowiek jest chory psychicznie i niestety tak wyglądała czasem konwersacja z nim. Zadowolone z siebie schizofreniczne prosię.

Mam na imię Ryszard i jestem schizofrenikiem. Jestem chory od dzieciństwa i jest to jedyna interesująca rzecz we mnie, więc nie mam zamiaru się leczyć, inaczej stracę poczucie boskości, bo wiecie, Bóg do mnie przemawia i mówi mi o rzeczach i osobach, o których w inny sposób nie mógłbym się niczego dowiedzieć.

Jak na przykład o mojej żonie. Oczywiście nie jest moją żoną formalnie, ale spotkałem ją w mojej głowie i potwierdziła, że jest moją żoną i mam ją ratować przed groźnym smokiem, heavy metalem, który zniszczy świat. W realu ona powiedziała mi, że to absurd, bo to tylko rodzaj muzyki i nie może zniszczyć świata, ale wolę to, co mówi w mojej głowie, bo to prawda i wiem, że w czasie koncertów wzywają szatana – mają na twarzach znaki szatańskie i wiem, że są opętani. Moja żona w realu twierdzi, że mam się leczyć, bo mam umysłowość dziecka i nie odróżniam przedstawienia i bajki od rzeczywistości, ale nieprawda – dobrze wiem, że jeśli w filmie jest scena egzekucji to ci ludzie są rzeczywiście zabijani, i że jeśli ktoś pisze fantastykę, to nic nie wymyśla, tylko diabeł mu szepcze do ucha i pisarz przelewa na karty powieści diabelskie objawienie.

Mówiła mi, że mam się leczyć, ale wolę tę osobę, z którą się spotykam w mojej głowie, obcujemy wtedy bez grzechu i wiem, że trzeba doprowadzić do tego, żeby zawsze już tak było, i wiem jak, bo mówiła mi, że mam ją zabić i w ten sposób uwolnić od bólu i szaleństwa, jakim jest brak wiary w Boga.

Rozmawiam o tym z księdzem, a nie psychiatrą, bo ksiądz jest mądry i wie, że ponieważ jestem katolikiem, to moje objawienia w mojej głowie pochodzą od Boga i mam im wierzyć i doprowadzić do tego, żeby była moją żoną realnie, nie tylko w mojej głowie. Ma być mi wdzięczna, bo wiem, że została zgwałcona i nikt jej nie chce, a jeśli nie będzie się starać, to rozpowiem wszystkim, że została zgwałcona i zostanie wyrzucona z pracy z tego powodu, bo jest złą kurwą, bo uczciwych katoliczek nikt nie gwałci. I ma mówić o gwałcicielu, ż był jej pierwszym chłopakiem, bo przecież ludzie ją zniszczą, jeśli będzie wiadome, że była zgwałcona i nie chce mieć męża. Pyskuje mi, ale wiem, że się prostytuuje, bo nie ma pracy, bo przecież nikt by jej w pracy nie trzymał, bo w Boga nie wierzy. I jest kurwą. I była zgwałcona.

I ma cierpieć za to, co zrobiła, a raczej czego nie zrobiła, bo powinna wiedzieć, że skoro ktoś ma objawienia, to to jest prawda, i nie zaprzeczać, bo wiemy, że to jej ojciec był pedofilem, ale nie jakiś ksiądz. Księdzu wolno, bo cierpi za nas, walcząc z szatanem. Ja też cierpię, jak Chrystus, niosąc swój krzyż, więc trzeba mi wszystko dać, o co proszę, bo moje objawienia są od Boga i walczę o to, żeby świat nie zginął. Więc dajcie mi jeszcze więcej kasy i to mieszkanie, które oddam księdzu i dzieciom z podstawówki mojej żony, bo należą się im za pomoc. I ten gwałt. Nie ważne, że moja kurwa mówi w realu, że to dzieci z półświatka i poprawczaków. Chodzą do kościoła i są święte jak ja, tak mówią. I będę im nadal dawać pieniądze, bo są święte. I będę im wierzyć, bo mówią prawdę, czyli to co wiem od Boga.

Łyżwiarka

Jednym z kłamstw jakie o sobie słyszałam, jest historyjka jakoby zniszczyłam właśnie pewną Annę z mojej podstawówki (oczywiście żadnego związku z Anią Brzezińską) z czasów mojej podstawówki, która gdyby nie ja zostałaby wielką łyżwiarką i pisarką. Jest to totalna bzdura, ale mniejsza o to, bo to jest coś, co gang z mojej podstawówki wmawiał mi głównie w ramach robienia mi wody z mózgu i zastraszania, i żebym nie wyszła nigdy z amnezji pourazowej. Elementem dodatkowym tego kłamstwa jest wmawianie, że jestem straszliwie chora psychicznie od dzieciństwa i muszę brać leki, bo inaczej atakują niewinne osoby (bo rozumiecie gangusy są niby tymi niewinnymi osobami). Bzdura straszliwa, Anna I Dorota (nie Dorota z Anglistyki, tylko z mojej podstawówki) nigdy nie były niewinne.

Większym i o wiele groźniejszym kłamstwem jest, że zgwałcił mnie kolega z klubu sportowego. Absolutna nieprawda, za gwałt odpowiadają osoby z grupy przestępczej, której dzieci chodziły do mojej podstawówki. Winię za zorganizowanie tego przestępstwa między innymi Annę i jej przyrodnią siostrę Dorotę. Wedle tego, co mówiły ich ojcem był alfons, a matkami prostytutki. Gwałt na mnie był karą za to, że nie przyjęłam ich propozycji zarabiania dla ich ojca sprzedawaniem usług seksualnych. Napuszczenie na mnie osób inteligentnych inaczej oraz schizofrenika to dalszy ciąg tej samej kary – zostali urobieni w taki sposób, że uwierzyli, że obie – wtedy – małoletnie prostytutki i zawodowe oszustki mnie ratowały przed prostytucją i zostały przeze mnie zniszczone i że ich ojciec mnie adoptował. Dla innych moi biologiczni rodzice mnie adoptowali, a byłam córką prostytutki, a ojciec alfonsem. Częścią ich zemsty było też zniszczenie mojej kariery sportowej. Po gwałcie i kłamstwie o osobach, które się tej zbrodni dopuściły, rodzice zabronili mi jeździć na lodzie. Niestety oboje bardziej ufali informacjom od obcych ludzi niż własnej córki (tacy byli delikatni, że nie chcieli mnie traumatyzować rozmową na temat gwałtu – uważam, że zostali w takie podejście do mnie wrobieni przez kogoś z gangu, który udawał psychologa lub jakąś urobioną przez nich idiotkę). Wmówili też moim bliskim i chyba wszystkim komu się da, kłamliwa wersja o tym, kto dokonał gwałtu i że nie mogę jeździć na lodzie, bo się zabiję, jeśli sobie przypomnę, kto się tego dopuścił. Byłam w matni, zniszczona przez swoich najbliższych, którzy nie chcieli widzieć, że zostali zrobieni w chuja przez przestępcę i zawodowe już mimo młodego wieku oszustki, posługującymi się łatwowiernymi idiotkami. Oszustki udawały moje przyjaciółki i łgały, że im wskazałam sprawcę. Nie wiem, jak to było możliwe, że dorośli uznali, że już mój protest, moje zeznania i prawda się nie liczą. Przed moim prawdziwym przyjacielem zamknęły się drzwi naszego mieszkania, za to przestępcy i prawdziwi gwałciciele wchodzili zadręczać mnie o dowolnej porze. Nic dziwnego, że w końcu psychika mi się poddała i po kolejnym praniu mózgu straciłam pamięć.

Próbowałam zrobić wszystko, żeby wrócić do sportu. Wybłagałam w szkole, żeby wylali lodowisko na boisku (takie były wtedy zimy, że było to możliwe). Oczywiście przestępcom to nie było w smak, usłyszałam, że jakbym się zgodziła na ich niemoralną propozycję, to by zrobili wszytko, żebym jeździła. Uznali, że muszą mnie ponownie ukarać, żeby wybić mi z głowy myśli o jakimkolwiek udziale w zawodach. Nie chciałam się poddać, więc małoletni – całkiem duzi – przestępcy napadli na mnie na lodowisku. powinni pójść wszyscy do poprawczaka. Jako dziecko nie wiedziałam, dlaczego policja nic nie zrobiła, czyżby moja rodzina uwierzyła, że sama upadłam i się zakatowałam prawie na śmierć? Ach nie, oczywiście wszyscy debile uwierzyli w kłamstwa gangstera, że to ludzie z klubu. Dochodzenie sprawiedliwości nie było zajęciem dla cierpiącego dziecka. Miałam wstrząśnienie mózgu i po skopaniu na lodowisku i praniu mózgu straciłam chęć życia. Koledzy pomagali mi nosić książki z powodu połamanych żeber, które wciąż bolały. Oczywiście po tylu latach bez utrwalania umiejętności nie potrafię już zrobić na lodowisku nawet małej części tego, co kiedyś. Lub mówiąc wprost, nie potrafię już jeździć. I nie wróciłam do sportu, ponieważ po praniu mózgu przez Barbarę, podobno wybitnego pedagoga („twoja mama nie chce żebyś jeździła” i tak dalej), nie potrafiłam znaleźć już w niczym sensu. I tak krok po kroku odbierają ci przestępcy i ich przyjaciele mi całą radość życia. O kolejny gwałt rok później oskarżyli ojca mojego przyjaciela z klubu, chociaż oczywiście był to sam główny alfons ojciec dziewczyn z mojej podstawówki.

Kolejnym elementem, który gangsterzy postanowili mi wtedy zabrać, żeby mnie ukarać za odmowę wspłpracy, jest szczęście osobiste. Zrobili wszystko, żebym nigdy nie wyszła za mąż i nie miała dzieci, rozpowszechniając plotki albo o tym, że mam dziecko i że widzieli mnie z wózkiem i rozmawiali o tym ze mną. Napuścili na mnie schizofrenika, który zaczął uważać się za mojego męża i wszystkim wmawiali, że jest faktycznie moim mężem, tylko straciłam pamięć, więc lepiej ze mną nie wiązać planów i mnie nie podrywać. W latach dziewięćdziesiątych o trzeci gwałt zbiorowy zostali oskarżeni moi przyjaciele i mój narzeczony. Co z tego, że na prośbę zrobili badania DNA, które ich wykluczyły? (A w każdym razie poprosiłam ich o to, nie wiem, czy policja coś zrobiła, mam wrażenie, że mają wyjebane totalnie na tę sprawę.) Kolejne osoby są szczute na nich i robią wszystko, żebym nie odzyskała z nimi kontaktu. Oni nie są problemem, nie z ich powodu mam amnezję, blokuje mi się pamięć autobiograficzna z pewnych okresów, kiedy zostałam zakatowana przez gang. Doszło do tego, że każdy wstrząs psychiczny kończył się utratą pamięci (oczywiście przestępcy wmówili idiotom, że należy mnie szokować i niszczyć). W pocie czoła też, całkowicie nie niepokojeni przez nikogo, robili mi praktycznie latami pranie mózgu, wmawiając na miejsce prawdy swoje kłamstwa i niszcząc mi psychikę.

Czwarty gwałt był gwałtem oralnym w Instytucie Anglistyki, gdzie gangster, ojciec dziewczyn z mojej podstawówki, pobił mnie, dusił i wpakował członek do moich ust, wmawiając mi i udowadniając mi, że jestem prostytutką i mam się z tym pogodzić. Podrapałam go i ugryzłam narzędzie gwałtu. Chciałabym wiedzieć, kto z kolei był oskarżany o ten gwałt? Może mój przyjaciel gej?

Oczywiście z każdej z tych sytuacji policja ma próbki DNA i moje zeznania, ale jakoś nikt nie potrafił przeprowadzić poprawnego śledztwa i ukarać winnych, a prokurator chodził na pasku przestępczyń. Musiałam zrobić piekło, żeby ludzie zaczęli działać bardziej prawidłowo. Domagam się ukarania wszystkich winnych, szczególnie tych z policji, którym się wydawało, że moje zeznania się nic nie warte, bo dorośli wiedzą lepiej, że gangster to nie gangster tylko chory psychicznie, któremu trzeba pomóc, bo już się leczy (taki był jego wybieg, gdy się poskarżyłam rodzicom). Głupszych ludzi niż moi rodzice to ze świecą szukać. No ale cóż policja powinna była działać, a ja nie powinnam być ofiarą naiwności mojej rodziny.

Wyobrażacie sobie? Prawie pięćdziesiąt lat atakowana przez ten gang musiałam błagać o jakąkolwiek pomoc, kiedy wydawałoby się ludzie na poziomie bawili się w zaszczuwanie mnie razem z gangiem? Podobno gangsterzy już siedzą, ale nadal idioci i schizofrenik chodzą na wolności. Czas ich zamknąć. Potrzebujemy więcej donosów na policję, a idioci muszą zmienić zeznania.

Winię za wszystkie te problemy przede wszystkim moją głupią rodzinę jednak. Są debilami – jak podejrzewam – od momentu, kiedy w wieku kilku lat zostałam porwana z parku w pobliżu domu. Rodzice zajęli się rozmową, mnie złapał i uciekł ze mną opisywany już przeze mnie gangster. Wmawiał mi, że od tej pory on będzie moim ojcem i że mam zająć się prostytucją, gdzieś mnie chciał sprzedać. Zostałam wtedy wiele razy wykorzystana seksualnie. Gdy zostawałam sama krzyczałam w niebogłosy, jak żeby mnie usłyszeli jego sąsiedzi i ktoś uratował. Nie miał wyjścia, odstawił mnie na policję, kłamiąc, że uratował i znalazł błąkającą się na ulicy. Od tego momentu on i jego znajomi robili z mojego ojca gwałciciela i pedofila. Fakt, że ten człowiek odstawił mnie na komisariat, sprawił, że miał do mnie dostęp w moim domu i nic, co powiedziałam, nie miało znaczenia, zaskarbił sobie ich wdzięczność i nie potrafili popatrzeć na niego krytycznie.

PS: Zrzuty ekranu i moja dodatkowe uwagi wędrują na policję. Jeśli też macie jakieś uwagi na ten temat piszcie swobodnie do swojego dzielnicowego.