Musica mundana

(fragment)

Gwiazdozbiory były inne. Nie powinien czuć zimnego dreszczu na plecach, miał czas się przyzwyczaić, ale nieprzyjemne uczucie nadal mu towarzyszyło. Patrzył ponad grzbietem Cholery na ciut ciemniejsze niż na Ziemi niebo, na odrobinę jaśniejsze gwiazdy, których zimne ogniki płonęły trochę zbyt blisko siebie, jak piegi na ciele rudzielca. Cały świat wywoływał w nim niepokój, który w końcu z trudem zidentyfikował i ledwo pohamował histeryczny śmiech. Otaczała go dolina niesamowitości, cały świat nią był. Z reguły pojęcie to odnosiło się do reakcji wobec androidów, zbyt podobnych do człowieka i zbyt różnych jednocześnie, żeby ludzie czuli się w ich obecności swobodnie. Z drugiej strony ta instynktowna reakcja wobec innego miała odpowiadać za holokaust, jaki homo sapiens zafundowali neandertalczykom, więc może ten niepokój nie był aż tak absurdalny. Nadal nie wiedział, jak wykręci się ze swojej roli.

Patrzył już w noc spokojniej. Widział z łóżka przez uchylone wrota cielsko wyverny, nie widział za to Mlecznej Drogi, czy Księżyca, były dwa mniejsze księżyce, owalne, ale nie znajdował się na odpowiedniku Marsa, słońce było zbyt blisko, za dużo ciepła docierało do powierzchni planety. Był na planecie. Przez chwilę wątpił w to, wszak w świecie magii nie musiały obowiązywać ludzkie zasady fizyki, mógł być dysku niesionym przez żółwie. Spędził więc większość nocy śledząc gwiazdozbiory. Nazywał je arbitralnie, ta gwiazda tutaj, tamta tam, razem tworzą Wachlarz. W końcu doszedł do wniosku, naśladując w tym Galileusza, że jednak się obraca, ruch Wachlarza był wyraźny i z niczym nie dał się pomylić.

A zatem planeta.

Do niczego ta wiedza nie była przydatna, a jednak czuł się pewniej, wiedząc, że pod nogami ma skalistą geoidę, pędzącą przez kosmos i kręcącą piruety jak jego Ziemia.

W końcu zasnął, nadal mając pod powiekami obraz gwiazd.

Obudził go ryk smoków, witających słońce. Smoki i wyverny przypominały gady tylko zewnętrznie, ale i tak chętnie wygrzewały się w słońcu. Wyloty grot skierowane były na wschód i łapały pierwsze promienie, więc zwierzaki łapczywie nadstawiały grzbiety, zachowując się jak przerośnięte koty. Cholera przewróciła się na drugi bok i przeciągnęła, wydając z siebie kolejny zadowolony ryk.

Dokładnie w tym momencie Nor zrezygnował z prób ponownego zaśnięcia. Zrzucił z głowy koc i usiadł na łóżku.

– Zupełnie nie wiem, co w tym takiego ekscytującego – krzyknął. – Słońce to słońce.

Odpowiedziało mu rozbawione smocze gruchanie. Wyverna wsadziła łeb do jego komnaty i głośno fuknęła.

– Wcale się nie lenię – odpowiedział Nor. – Jak jesteś głodna, to spadaj sama na łąkę. Nie muszę patrzeć, jak jesz. Spotkamy się w południe. Mamy ćwiczenia z tymi ognistymi padalcami, pamiętaj.

Tym razem dźwięki jakie wydała z siebie wyverna były mniej rozbawione. Odciągnęła wargi i pokazała zęby.

– Wągliki też ciebie nie lubią – powiedział Nor. – Ale jesteście na siebie skazane. Każda wyverna lata w szyku z jaszczurkami. Musicie się nauczyć sobie ufać, jak przystało na towarzyszy broni.

Ametyst przez kilka pierwszych miesięcy nadzorował ich rozmowy, aż w końcu Nor uznał, że całkiem nieźle rozumie mowę Cholery. Poczynił znaczące postępy, gdy wyverna zrezygnowała ze złośliwego uciekania ze swoimi rykami w rejestry słyszane tylko przez ogniste jaszczurki.

Wyverna stęknęła, zaszurała pazurami i wypełzła z groty wprost na zbocze, szeroko rozłożonymi skrzydłami zatrzymując upadek. Długie pazury na końcach kłykci wbiły się w miękki piaskowiec po obu stronach otworu. Skalne okruchy ze stukotem uciekały spod naprężonych łap.  Zadrgały wszystkie mięśnie i w końcu złożyła skrzydła i skoczyła. Odwróciła się dwa razy, złapała prąd wstępujący i zaczęła się wznosić, kierując prześmiewczy ryk w stronę Nora.

– Nie jestem tchórzem! – wrzasnął do niej. – Po prostu tego nie lubię.

W ramach szkolenia musiał opanować towarzyszenie wyvernie podczas opuszczania groty i już za pierwszym razem przekonał się, że magia magią, ale błędnik błędnikiem i ostro go zemdliło podczas akrobacji wyverny. Następnym razem było lepiej i nie musieli czyścić się w potoku, ale gdy tylko uznał, że wie, jak przetrwać taki lot bez nieprzewidzianych efektów, postanowił, że w życiu tak nie będzie wylatywał z ich wspólnego mieszkania, o ile nie zostanie do tego zmuszony.

Usiadł na łóżku i sięgnął po koszulę. Nie zdążył jej założyć, gdy coś odwróciło jego uwagę. Niewyraźny srebrzysty błysk na granicy pola widzenia. Odwrócił głowę w tę stronę i dostrzegł wróżkę, która przyglądała mu się z uwagą. Zawisła w powietrzu na wysokości jego głowy. Miała niecałe trzydzieści centymetrów wzrostu, krótkawe jak na modę w Fay, bo sięgające tylko ramion, ciemne włosy z nierówno obciętą grzywką i ubrana była w zminiaturyzowaną wersję jego stroju z karczmy – błękitne spodnie o nierównym kolorze, przypominające dżinsy, koszulkę z wyhaftowaną podobizną ognistej jaszczurki i zawiązywane płóciennie buty o plecionej podeszwie, całkiem udatną podróbkę conversów. Doszedł do wniosku, że całkiem nieźle sobie poradziła, biorąc pod uwagę ograniczone miejscowe materiały. Wróżka przyglądała mu się z uwagą, przechylając na bok głowę.

Link do zrzutki. Zajrzyj, jeśli chcesz przeczytać więcej. Wpłata gwarantuje otrzymanie własnego egzemplarza.

Małgorzata Wieczorek