Groby

Od kilku lat zadaje sobie jedno pytanie – a kiedy u nas? Były już doniesienia o bezimiennych grobach w Kanadzie, były też doniesienia o grobach w Irlandii. W każdym z tych przypadków chodziło o dzieci zakatowane przez zakonnice i pogrzebane cichcem. Znam te klimaty dosyć dobrze z dzieciństwa, chociaż paradoksalnie moi rodzice (Warszawianka i re-emigrant z Francji) wychowywali mnie w sposób bardzo nowoczesny, wyprzedzając w dużej mierze swoją epokę. Niestety, posłuchałam argumentu, że trzeba poznać kulturę, w której się mieszka i zgodziłam się uczęszczać na religię. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko tyle, że zawsze fascynowałam się religioznawstwem, a gdzie lepiej poznać religię katolicką niż u źródła? Dodajmy do tego młody wiek, tłumaczący naiwność i mamy receptę na kłopoty.

Jako ktoś „niepewny ideologicznie” od razu podpadłam, wdając się w zbyt szczere dyskusje z katechetką na temat praw kobiet i tym podobne kwestie, włączając w to stosunek do seksu. Mam swoje doświadczenia z zakonnicami, jak również z pewnym zakonnikiem uważającym się za „psychoterapeutę”, ale nie chciałabym się za bardzo rozwlekać, bo to cała epopeja. Mówiąc w skrócie, ktoś taki jak ja działa na kler, jak czerwona płachta na byka. Nie mogą przejść spokojnie koło dziecka, któremu się wydaje, że możliwa jest szczera intelektualna rozmowa, że można szanować swoje zdanie i ładnie się różnić. Coś takiego to wyższa polityka, mająca zastosowanie w przypadku rozmów z ustosunkowanymi dorosłymi, którzy potrafią się bronić i przed którymi trzeba udawać. W moim przypadku ruszyła cała lokalna machina i ambicjonalne przekonanie, że mogą mnie „nawrócić”. W ideologii katolickiej dostaje się wszak dodatkowe punkty za „nawracanie pogan” lub „leczenie” gejów. A środki jakimi się osiąga ten cel nie mają znaczenia, zbożny cel pozwala na ignorowane wszystkich przykazań – wszak katolika obowiązuje Katechizm KK, a nie Biblia, a wszelkie zbrodnie bywają wybaczane, wystarczy tylko powołać się na mętny „interes Kościoła” (który – jest to powtarzane jak mantra – musi przetrwać, więc trzeba ukryć wszelkie niepowodzenia owego „nawracania” czy inne przestępstwa).

Nie chcę rozstrzygać do jakiego stopnia osoby, z którymi się spotkałam w dzieciństwie i później, były zdrowe psychicznie, bo nie mam do tego kompetencji. Wiem za to, jak chociaż w części mogły się czuć dzieci pochodzące z rdzennych ludów Kanady i te urodzone przez panny w Irlandii. I nie mam osobiście wątpliwości, że gdzieś w Polsce też istnieją nienazwane groby bezimiennych dzieci, które zostały zamęczone przez podobnych re-konkwistadorów. Osoby, które wbrew mojej woli próbowały mnie „formować” miały w sobie odpowiednią do tego mieszankę poczucia bezkarności, cynizmu i tępego sadyzmu, czyniące z nich, jak sądzę, wcale nie tak potencjalnych morderców.

A zatem, kiedy u nas?

Mam dosyć czekania. Zróbmy zrzutkę i wypożyczmy skądś sprzęt, i sprawdźmy kilka lokalizacji bez czekania na policję. Marzą mi się duże badania geofizyczne z użyciem takiego bum-bum. To kto się składa?

Katecheza

Katecheza w moim dzieciństwie była dosyć, hmm, szczególnym przeżyciem i jest to bardzo duże niedopowiedzenie. Jestem na tyle wiekowa, że odbywała się w salce przy kaplicy sióstr zakonnych i największą jej zaletę stanowiło, że po drodze nie przechodziło się przez szeroką ulicę do dużego kościoła, gdzie uczęszczała reszta dzieci (dla mnie i kilku innych oficjalnie nie było tam miejsca w grupie i obecnie zastanawiam się, jakimi kryteriami kierowano się przy selekcji, ale to inna sprawa), więc małe smerfy docierały w miarę bezpiecznie. I chyba na tym ich bezpieczeństwo się kończyło. Katechetka zaś zaliczyła wszelkie możliwe wpadki (chociaż wyglądały nie na „bug”, a raczej na „feature”), które skutecznie zniechęciły mnie do Kościoła Rzymsko-Katolickiego na zawsze.

Na samym początku dowiedziałam się, że wystarczy chodzić do kościoła, żeby być dobrym człowiekiem. Moje dociekliwe pytania pozwoliły na pewne doprecyzowanie, więc dowiedziałam się, że fakt, że ktoś był na przykład złodziejem nikł i bladł w porównaniu z faktem, że był to współwyznawca, i że należy go bronić przed innymi (czytaj nie wyznającymi wiary rzymsko-katolickiej). Wychowywana byłam raczej praworządnie i mieszkałam w bloku spółdzielni przy MSW, więc wstrząsnęło mną mocno. I jeśli zastanawiacie się, czy podobne podejście obowiązuje w sprawie pedofilii, to zapewniam, że tak – jak najbardziej zgadzało się to z wyrażanym w czasie katechezy światopoglądem, a i inne rozmowy z osobami również bardziej kościelnymi sprowadzały się do zapewnień, że „dzieciom krzywda się nie dzieje”. Nie mieści się to w głowie i nasza współczesna cywilizacja stoi na przegranej pozycji w zderzeniu kultur z organizacją, która według słów jej przedstawicieli, stoi na straży porządku, wyglądającego dokładnie jak 2000 lat temu, a może nawet jeszcze wcześniej, bo starożytne praktyki greckie dotyczące efebów, którzy dzięki swoim protektorom osiągali później wysoką pozycję w społeczności, miały nie być czymś złym. Obecnie nazywamy takie informowanie dzieci „groomingiem”, czyli przygotowywaniem ich do roli grzecznej i pogodzonej ze swoim losem ofiary seksualnego drapieżnika, a i wtedy spotykało się z raczej ostrą reakcją otoczenia. Oczywiście mam na myśli otoczenie bardziej ateistyczne lub mniej fanatyczne, bo „prawdziwi katolicy” (lub tak zwany kościół wewnętrzny) brak posłuszeństwa i entuzjazmu wobec bycia „wybranym” do kariery (lub raczej „kariery”) kościelnej karali i nadal karzą zaszczuciem swojej ofiary. W reportażu, który niedawno przeczytałam natrafiłam na motyw papaja, który po prostu milknie pytany o ofiary pedofilii i opis szoku osoby zadającej pytanie. Gdyby była kimś z tej grupki z katechezy, to by nie była tak zdziwiona, ponieważ usłyszałaby w dzieciństwie, że księżom, szczególnie hierarchom, to się po prostu należy w nagrodę za ich poświęcenie (czytaj celibat i brak rodziny). Hmm, w seksuologii istnieje (lub istniało) pojęcie pedofilii zastępczej, ale mam pewne wątpliwości, czy przy tak normalizowanej praktyce można mówić o środku „zastępczym”, wyglądało to na całkiem podstawową i jednoznacznie ukierunkowaną orientację, uznawaną przez tych kilka – jeśli nie więcej – osób za oczywistą. Dramatycznie brakuje mi tutaj odpowiednika angielskiego słowa „groomers”, szczególnie że nie musi to być sam pedofil, a ludzie chcący mu się przypodobać.

Reszta nauk katechetki była również szokująca, a dotyczyła dziewcząt i małżeństwa. Wedle jej słów panny do okresu dojrzewania były czyste jak śnieg, brudne stawały się dopiero dojrzewając. (Przy okazji – seks z dzieckiem miał nie być grzechem właśnie przez to dziecko jest jeszcze „czyste”. Cholera wie, jak to rozumieć, pomimo dodatkowych pytań nie udało mi się ogarnąć tej myśli i chyba nikomu zdrowemu na umyśle się nigdy nie uda.) Ale nie bójcie się, nawet jeśli już dojrzałyście, jest jeszcze dla was szansa – musicie wyrzec się seksu na zawsze, hajtnąć się z Chrystusem (czytaj wstąpić do zakonu) i skupić się na wizji idealnego pożycia z bóstwem, które będzie już można uprawiać „bez grzechu”. Bezwstydnie byłyśmy rekrutowane do życia klasztornego, a ponieważ, jak twierdziły zakonnice, już dzieci były „zepsute” dodatkowo nie szczędzono nam rad, że w razie gwałtu nie wolno nic mówić, bo to nasza wina. Wiązało się to oczywiście z katolickim poglądem na rolę kobiety, przez którą upadła ludzkości i zostaliśmy wygnani z Raju. Oczywiście, będąc dociekliwym dzieckiem, zadałam wtedy pytanie o to, gdzie był Adam i dlaczego odpowiedzialność spadła na Ewę, skoro kazano jej z tak silnym złym duchem jak wąż uporać się samej i wyraźnie została wystawiona przez Boga i Adama do wiatru. Czym do kurwy nędzy zajęty był Adam, skoro nie było wtedy jeszcze innych ludzi? Co było tak ważnego, że zostawił ją samą?

Katechetka dopuszczała istnienie kobiet innych niż zakonnice i które stworzone zostały do życia rodzinnego, ale wyraźnie oceniała ich szanse na „życie wieczne” gorzej. Oceniam obecnie, że byłyśmy zniechęcane do wybrania tej opcji, ponieważ jej zdaniem katolickie małżeństwo miało wyglądać zupełnie inaczej, niż byście się spodziewali, że związek kochających się ludzi powinien wyglądać. Jedyną szansę na owo „życie wieczne” w sytuacji kobiety zamężnej miała dawać asceza małżonki, czyli współżycie bez przyjemności (serio-serio dobry katolik powinien ich zdaniem zadbać o brak seksualnej satysfakcji u prawowitej żony), wyłącznie w celu spłodzenia potomstwa. Po rozpłodzie katoliczka powinna myśleć wyłącznie o życiu po śmierci, wyrzec się seksu, odpokutowywać za jakieś miłosne uniesienia lub myśli i ratować swoją czystość, żeby się stać kimś tak godnym szacunku jak Matka Boska. Ach, dodatkowo miała nieść swój krzyż, który polegać miał na cierpliwym znoszeniu, że mąż ma kochanki (z którymi mógł już postępować inaczej i dbać o ich orgazmy, ponieważ nie musiał się troszczyć o ich życie po śmierci). Małżonce miała wystarczyć moralna wyższość modlitwy i zwierzanie się księdzu.

Kolejne moje pytanie zadane zakonnicy dotyczyło innych denominacji i czy w nich pozycja kobiet jest równie żałosna (chociaż może nie użyłam dokładnie tego słowa). Z pewnym zdziwieniem, ale szczerze katechetka odpowiedziała mi, że w luteranizmie pastorami są kobiety na równi z mężczyznami i nie ma obowiązku celibatu. Złożyłam sobie wszystkie te nauki w jedną całość, wyciągnęłam jedyny możliwy i logiczny wniosek, i wróciłam do domu gotowa oświadczyć rodzicom, że muszę zostać luteranką i że nie chcę dalej chodzić na religię rzymsko-katolicką. Oczywiście nie spotkało się to z pozytywną reakcją sióstr i ich współwyznawców (a dodam, że całkiem blisko mojego domu oprócz zakonu żeńskiego jest też i męski, taka dziwna okolica, mimo że stolica i całkiem blisko stąd do Śródmieścia), ale to już zupełnie inna historia, zbyt długa, żeby tu ją opisywać.

PS: jeżeli uważacie, to nie była „prawdziwa” zakonnica, albo „prawdziwa” nauka kościoła, bo mówiła o zasadach nie ujętych w kanonach, to muszę powiedzieć, że w moich namolnych groomingujących do kościelnej „kariery” rozmówcach nie było żadnej wątpliwości, że istnieją zasady i nauki przekazywane sobie w „prawdziwym”, „wewnętrznym” kościele w przekazie ustnym z pokolenia na pokolenie. Kanony są tylko dla zwykłych wiernych.

Anatomia plotki

Postanowiłam tematykę blogu wzbogacić o elementy z psychologii tłumu i dlaczego nie wolno słuchać plotek. Ludzie kochają plotki, niektórzy nawet określają je jako mechanizm łączący różne społeczności, sama czasem je chętnie czytam. I nawet jeśli fandom polskiej fantastyki nie ma swoich plotkarskich portali, to fani polskiej fantastyki bywają gorsi niż czytelnicy Pudelka lub Kozaczka.

Jest gorzej, ponieważ fani fantastyki mają swoich pisarzy, redaktorów i artystów na wyciągnięcie ręki. Ci ludzie często piją piwo przy tym samym stoliku lub tuż obok i podsłuchawszy czasem coś pikantnego, nie znając kontekstu i z reguły tego nie rozumiejąc, wysnuwają jakieś bezsensowne wnioski. W efekcie potrafią zapłonąć świętym oburzeniem i oblecieć wszystkich sobie znajomych ludzi mniej lub bardziej decyzyjnych, żeby zamknąć przed kimś znienawidzonym różne drzwi lub otworzyć je przed kimś, kto nie potrafi pisać i jeszcze potrzebuje się uczyć. Jednocześnie zupełnie nie zdają sobie sprawy, że mentalnie lokują się na poziomie durnych wiejskich bab zaszczuwających sąsiadkę lub – w danych czasach – zakapujących ją do Świętej Inkwizycji i z radością obserwujących jak płonie.

Mam tego dosyć. Jeśli dodamy do tego durne osoby, które prześladują mnie od czasów katechezy (o której już pisałam w innym miejscu), bo nie spodobało im się to, że nie zgadzałam się na samotne schadzki z zapraszającym mnie na plebanię księdzem, to mamy pełen obraz zdziczenia obyczajów i degrengolady moralnej.

Dollhouse

Niektórzy fani kojarzą Jossa Whedona. Jest to facet, który uratował postać Buffy. Nieustraszona zabójczyni wampirów pojawiła się pierwszy raz w filmie pełnometrażowym, który okazał się kompletną klapą. Nikt nie wierzył w powodzenie Whedona, który postanowił przenieść opowieść na mały ekran. Zmieniło się dużo, przede wszystkim odtwórczyni głównej roli, ale jądro pozostało to samo – wspólny dla pewnego pokolenia mit o dziewczynie, która zostaje namaszczona na pogromczynię wampirów o graniczących z magią możliwościach fizycznych.

Dollhouse, (Dom lalek) to jeden z kolejnych projektów Jossa Whedona zakończony po dwóch sezonach. Widzimy w nim pewną agencję wyglądającą na krzyżówkę domu publicznego pełnego eleganckich „escorts” do wynajęcia z agencją detektywistyczną i tym razem zamiast urban fantasy znajdujemy się w środku sensacyjnej opowieści SF. Panny z Dollhouse można dowolnie edukować i inaczej niż w Matrixie przed wgraniem nowych umiejętności usuwana jest też osobowość i na jej miejsce wgrywana jest nowa wraz z potrzebnymi umiejętnościami. Jest to przerażająca wizja i niestety serial został urwany na początku powstającego ruchu oporu laleczek, które pomimo wszystkiego, co robiono z ich pamięcią zaczęły orientować się w jak bardzo są wykorzystywane i nie wiedzą dlaczego, ani jak znalazły się w tej sytuacji.

Mam to za niezwykle udaną metaforę sytuacji kobiet w zmierzeniu ze współczesną kulturą i żałuję, że serial nie był kontynuowany. Zawsze się znajdzie mężczyzna gotowy tłumaczyć kobiecie wszystko, szczególnie rzeczy, na których się nie zna. Prowadzi to do zabawnych sytuacji, kiedy okazuje się, że bywają chłopcy, którzy z całym przejęciem tłumaczą dziewczynom, że powinny być przyzwoite i powstrzymywać okres, aż znajdą się w łazience i że wcale nie potrzebują podpasek. Oczywiście jest to kwestia braku edukacji, ale stoi też za tym wmawianie dzieciom płci męskiej, że to oni mają traktować kobiety jako coś uległego, na czym najlepiej zna się np. znajomy ksiądz, który przedstawia swoje poglądy jako coś obowiązującego, a oficjalną naukę jako niebezpieczny scientyzm. Podobni mu księża potrafią też wmawiać wszystkim, że włożenie do pochwy penisa, nawet gwałtem powoduje, że kobieta staje się lubieżna i zakochuje się w gwałcicielu, a jedenastoletnia dziewczynka jest odpowiednio dojrzała do seksu i to ona bywa winiona za poczynania sprawcy. Wszelkie próby opowiedzenia komukolwiek, co się stało są gaszone w brutalny sposób wmawianiem ofierze, że to jej zemsta za odrzucenie napalonej młodocianej dziwki. W efekcie znajdujemy się w świecie Dollhouse gdzie dzieci i kobiety są torturowane psychicznie i są zmuszane do przyjęcia punktu widzenia oprawców. Mam nadzieję, że twórcy Dollhouse miał pomysł jak poprowadzić dalej fabułę i że kiedyś dowiem się, czym skończył się pączkujący bunt Laleczek.

Henio

W czasie studiów przeszłam kurs historii Anglii. Odkryłam wtedy jedną rzecz – że interesuje mnie bardziej historia społeczna, materialna lub kulturoznawstwo, a nie historia polityczna, która jest głównym polem badań historycznych.

Jest w tym pewien paradoks, z jednej strony jeden z pierwszych wykładów na psychologii to biologiczne podstawy człowieka, gdzie studenci uczą się, że wszyscy ludzie mają ten sam wspólny człon zachowań wynikający z naszej biologiczności, z drugiej strony w badaniach historycznych dominuje model przypisujący wszystkim władcom wyłącznie motywy polityczne i racjonalne. Pozwolę się z tym nie zgodzić i za feministycznymi badaczkami przezwać, to co robi dominujący nurt w Polsce HIStorią. Pochylmy się chwilę nad HERstorią, biorącą pod uwagę podstawowe ludzkie potrzeby i emocje.

Podstawowe ludzkie zachowania, które gwarantują przeżycie, tak samo jak innych zwierząt, zawierają się w tak zwanych „czerech F”. Termin pochodzi od angielskich słów feed, fight, flee, fuck (jedz, walcz, uciekaj, ciupciaj). Wszystko inne tak naprawdę związane jest z tymi częściami mózgu, które odróżniają nas od zwierząt i zawiadują wyższymi emocjami. Praktycznie cała ludzka kultura to wysiłki, żeby w kulturowy sposób oswoić nasze cztery F i zamknąć w okowach dobrych obyczajów.

Jednym z moich ulubionych przykładów błędów popełnianych przez piewców poglądu, że mężczyźni stoją ewolucyjnie wyżej od kobiet i kierują się wyłącznie zdrowym rozsądkiem, a wszystkie decyzje władców są podyktowane kwestiami politycznymi, jest Henryk VIII.
Oto fakty: Katarzyna Aragońska i starszy brak Henryka zwierają małżeństwo. Brat Henryka umiera na tajemniczą chorobę, Katarzyna twierdzi, że małżeństwa nie skonsumowano, organizowane są zaręczyny młodszego brata z Katarzyną, po pewnym czasie Henryk twierdzi, że zaręczyny zostały zorganizowane bez jego zgody. Król Hiszpanii nalega na małżeństwo. Co twierdzi polska Wikipedia? „Henryk został zmuszony do oświadczenia, że zaręczyny zorganizowano bez jego zgody”. Śmiem wątpić i chciałabym zobaczyć źródła materialne, których używa się do poparcia tego stwierdzenia. Zresztą równie dobrze można twierdzić, że ściemniał później dla dobra miotającej się między Francją i Hiszpanią Anglii. Dumny Albion nie miał wtedy zbyt mocnej pozycji i potrzebował sojuszy. Popatrzmy na to obiektywnie. Dwóch rozbrykanych angielskich nastolatków i dewocyjna hiszpańska księżniczka, która z całą pewnością przybyła na dwór w towarzystwie kontrolującego ją katolickiego spowiednika. Małżeństwo było więc wyjątkowo niedobrane i według słów Katarzyny nie zostało skonsumowane. Bracia z całą pewnością rozmawiają na jej temat i z całą pewnością młodszy brat wcale nie ma ochoty na związek z kobietą, która prawdopodobnie nie chce spełniać obowiązku małżeńskiego, jest antypatyczna i brzydka, czego nie nadrabia wdziękiem czy ciepłem. Czy mam rzeczywiście wierzyć, że Henryk sam z siebie nie oponował? Moim zdaniem było wręcz odwrotnie, węszę możliwe morderstwo i intrygi Hiszpanów, doprowadzające do ukrycia faktu, że Hiszpanka jako klacz rozpłodowa jest towarem wybrakowanym i że zrobią wszystko, żeby uniemożliwić odesłanie jej do domu wraz z fanatyzującym dworem (nie pomylę się chyba bardzo, jeśli założę potencjalne istnienie w nim hiszpańskich szpiegów).

Nasz bohater był osobą wykształconą, muzykiem i autorem traktatów, co jest dla mnie dla mnie ważne, ponieważ za jeden z nich Henryk dostał od papieża tytuł „obrońcy wiary” Fidei Defensor. Ironiczne, biorąc pod uwagę, że dostał to za krytykę Marcina Lutra, a sam doprowadził do oderwania Anglii od Rzymu. Nie dziwię się temu niezrozumieniu, Luter wyprzedzał swoją epokę w kwestii opinii na temat pozycji kobiet w społeczeństwie i był skazany na niezrozumienie. Tak samo jak nie dziwię się, że po nieudanym małżeństwie z Kasią i najeździe hiszpańskich szpiegów Henio miał już po dziurki w nosie europejskich księżniczek.

Podwójna

Jedną z różnic pomiędzy religią katolicką a luterańską jest sytuacja kobiet. Polacy uwielbiają się szczycić swoim niesamowitym szacunkiem dla kobiet, ale wystarczy że jakiś wiejski proboszcz zobaczy niezamężną studentkę jego pierwszą myślą jest jak najszybciej wydać ją za mąż, ponieważ kobieta niezamężna jest podejrzana. To nie jest tak, że sama sobie wystarczy, że może być sama z powodów różnych (i nikomu nic do tego), natychmiast ma wyjść za mąż za osobę, którą kapłan jej wskaże. Dzieje się tak szczególnie jeśli była zgwałcona. Wyborem oczywistym wydaje się być napastnik seksualny, szczególnie jeśli wcześniej ksiądz go do tego namówił, sądząc w swojej naiwności, że miłość wszystko zwycięża i po penetracji kobieta zakochuje się w swoim oprawcy i wszelkie bzdury typu LGBTQ+ czy zdobywanie wykształcenia wylatują jej z głowy. W tym konkretnym przypadku, który mi opowiedział namolny ksiądz na gościnnych występach w Warszawie, po ślubie skończyło się samobójstwem dziewczyny. Dla mnie i innych ludzi wina księdza i kultury gwałtu była oczywista, ale dla wielu i jego samego nadal tak nie jest. Nie mówiąc o tym, że przyciskany o wyjaśnienia, uznał to za dobry sposób na pozbycie się kłopotliwej baby.

Namolny ksiądz miał swoje fiśdum dyrdum – zmuszanie do zamążpójścia różne zupełnie mu obce dziewczyny, ponieważ uważał je za zagrożenie dla ładu społecznego. Zupełnie nie wiem, skąd w jego głowie pojawiła się myśl, że jednym powodem dlaczego ktoś nie jest mężatką jest jej skłonność do prostytucji. Serio, na poważne było mi tłumaczone, że kobieta ma nieposkromiony popęd seksualny i jedynym sposobem, żeby uniknąć skandalu jest danie jej męża, który ją okiełzna. Zupełnie niemożliwa też w tym światopoglądzie jest sytuacja, w której dziewczyna jest sama ponieważ spotkała ją olbrzymia trauma. Nic nie ma znaczenia, namolni ludzie postanawiają przywrócić swoją wizję ładu społecznego i kierując się widzi-misie traktują różne osoby jak marionetki wyjmowane na czas przedstawienia z pudełka i decydują z kim mogą być a z kim nie, zupełnie ignorując wszelkie protesty najbardziej zainteresowanych. A jak liczne grono pomagierów potrafią włączyć do swoich intryg i prób podstępnego prania mózgu i szerzenia plotek!

Wystarczy chyba, że w kontraście powiem, że luteranie ordynują kobiety na księży, bo uważają je za pełnoprawnych ludzi.

Księża katoliccy zostają księżmi w procesie nazywanym wyświęcaniem. Jako małe dziecko na katechezie byłam uczona, że proces ten sprawia, że ksiądz staje się wyjątkowym człowiekiem, którego trzeba słuchać jak bóstwa, a Bóg prawdziwy mieszka w Watykanie. Zawsze mnie to intryguje w jaki sposób katolicy mogą mówić jednym tchem o wolnej woli, niepodważalnej i największym darem dla ludzi, a tym że wyobrażają sobie, że mają prawo wszystkich tyranizować i manipulować jak marionetkami. Żaden do tej pory nie udzielił mi zadowalającej odpowiedzi na pytanie, kto w takim razie ich zdaniem ma odpowiadać w czasie hipotetycznego Sądu Ostatecznego za swoje decyzje. Stoi to zupełnie w sprzeczności z religią luterańską, w tej doktrynie nie ma spowiedzi usznej (wierni spowiadają się w swoich głowach Bogu), a księża są ordynowani, więc nie mają tak szczególnego statusu jak księża katoliccy. Każdy luteranin sam za siebie odpowiada i każda próba narzucenia światopoglądu katolickiego w tej sprawie musi spotkać się z bardzo ostrą odpowiedzią i reperkusjami. Większość katolicka to nie święte krowy, a niekatolicy też potrafią korzystać z przepisów o wolności wyznania i obrazie uczuć religijnych. Plus wolności wypowiedzi naukowej i artystycznej.

Dochodzimy do sedna sprawy – kobieta w katolicyzmie (w przynajmniej w tej wersji, którą próbowano mi narzucić) jest niczym innym jak tylko zasobem seksualnym, własnością mężczyzn, którzy za nią odpowiadają i wielu księży katolickich zawsze pomijało milczeniem i całkowicie ignorowało moje prośby o to, aby uszanować moje prawa. Uważali się za święte krowy, mające prawo mnie namolnie urabiać, jak tylko chcą i próbować zadecydować o mojej przyszłości i wolności. Chcę spuścić kurtynę milczenia na pewne ich zagrania, napiszę tylko o jednym z ich ulubionych. Dwoistości kobiety. Mianowicie kobieta występuje w ich kulturze tylko w dwóch formach – Matki Boskiej i kurwy.

Kultura gwałtu widzi to prosto – albo jesteś posłuszna i próbujesz w pocie czoła wypełniać wszystkie swoje obowiązki wyznaczone ci przez piewców patriarchatu, albo jesteś zaszczuta i nazwana kurwą. Innej wersji rzeczywistości nie ma. A najzabawniejsze jest, że często zajmują się tym osoby stojące z boku, sąsiedzi, ludzie których najmniej powinno interesować, kto z kim kiedy rozmawia i co mogło lub nie mogło wydarzyć się w czyimś życiu. I czy ta pani rozmawia z tym panem bo chce go poderwać i np. odbić siostrze czy z zupełnie innego powodu, który jest znany całej trójce i naprawdę nie powinien nikogo obchodzić.

Dochodzimy do sedna problemu. Maryja jest postacią z tekstu napisanego przed tysiącami lat przez ludzi wyznających światopogląd tamtej epoki. Jestem z wykształcenia historykiem literatury angielskiej i jako literaturoznawczymi mam pewien interesujący problem z opowieścią, której Maryja jest sednem. Chodzi mi o Zwiastowanie.

Spróbujmy to sobie wyobrazić jako rzecz, do której podchodzimy zupełnie bezstronnie, jak na badaczy przystało. Do bardzo młodej osoby płci żeńskiej podchodzi postać, która mówi, że została wyznaczona na matkę, bo tak życzy sobie Wyższa Siła. Dziewczyna schyla głowę i odpowiada, że się zgadza. Mam bardzo dużo wątpliwości, czy rzeczywiście jest się czym tak zachwycać. Przypominam, że rozmawiamy o kulturze sprzed tysięcy lat, w której oczywiste było, że żonę można było kupić za pięć kóz, a baba była traktowana jak część dobytku męża. Czy naprawdę zgoda Maryi, bardzo młodziutkiej dziewczyny, była jej świadomym wyborem, i czy w ogóle możemy mówić o świadomym wyborze w chwili, gdy mamy tak dużą dysproporcję siły? Zachwyt dla tej sytuacji jest dla mnie czymś, co podważa zaufanie do Kościoła Katolickiego. Równie dobrze można widzieć w jej odpowiedzi cichą rezygnację zgwałconego dopiero co dziecka. Przypominam, dopiero co wyszła za mąż za narzuconego jej siłą, o wiele starszego męża.

Matka Boska jest sednem nauki Kościoła Katolickiego dla kobiet. To naprawdę są ludzie, którzy walczą ze współczesnością i uważają, że Maryja ma być wzorem dla nas wszystkich i zwyczaje dawnych plemion mają być praktykowane przez katolicyzm. I tak jak ludzie przed mileniami mamy kierować się tym, co mówią nam nasze psychiczne projekcje warunkowane przez zabobon, uprzedzenia i warkot kontrolującego proboszcza. Zawsze mnie wprawiało w zdumienie, że ludzie kontrolowani przez kler poważnie dają sobie wmówić, że mają zawsze kierować się swoim katolickim sumieniem i podejmować decyzje nawet wbrew interesom innych, ignorując badania naukowe, czy zwykłe uczucie sprawiedliwości, lub uczciwości. Współczesna ginekologia wie, że przy usuwaniu pełnej mięśniaków macicy nie wycina się jajników, z paru powodów. Jednym z nich jest fakt, że jajniki produkują zmniejszające się ilości hormonów jeszcze bardzo długo po menopauzie. Drugim, że jajniki zawierają komórki jajowe, których można użyć do stworzenie sobie dziecka z pomocą matki zastępczej. Sama informacja o takich planach wystarczyła, żeby katolicki fanatyk przybył do obcego szpitala w celu dopilnowania zwiększenia planu operacji, żeby kobieta nie mogła kiedykolwiek mieć dziecka, bo ma nieodpowiednie poglądy. Dodam, że ten sam lekarz wcześniej odmówił poinformowania o możliwościach leczenia chorego narządu. Dopiero ostra awantura sprawiła, że przed operacją zmieniono jej plan na zgodny z wolą pacjentki.

Sama byłam tak edukowana w dzieciństwie, że właśnie w ten sposób należy postępować z innowiercami. Że mogę ich okłamywać i działać na ich szkodę, bo są obcy. Naprawdę nie wiem, jak można sądzić, że bycie uczciwym człowiekiem przeszkadza w byciu uczciwym katolikiem? Dlaczego kler upiera się w takim formowaniu lekarzy?

Jaka nie byłaby odpowiedź, mit o posłuszeństwie Matki Boskiej to coś, co jest aktywnie używane w procesie zaszczuwania nieposłusznych kobiet. Sama byłam wiele razy nazywana kurwą i stawiano mi za wzór Maryjkę, bo ktoś nie zrozumiał, dlaczego nie mam męża, lub słucham heavy metalu. A odpowiedź jest taka, że gdybyście nie były takimi posłusznymi matkami boskimi i zajmowały się tylko swoimi własnymi sprawami, zamiast donosić księżom, to dawno bym wyszła za kogo bym chciała.

Jednym z powodów moich zachwytów nad Luteranizmem w dzieciństwie było, że Matka Boska nie ma dla Lutra szczególnie boskiej pozycji. Podano mi to, jako fakt który miał mnie przerazić, ale się nie udało i chyba jasne dlaczego. Ksiądz w odpowiedzi uznał mnie za szaloną/opętaną. Od tamtej pory nie uważam się za katoliczkę i tak siebie nie określam. I bardzo podoba mi się protestancki wniosek wysnuwany z faktu, że Maria nie ma statusu boskiego. Jest szczególnie szanowanym człowiekiem, więc objawienia maryjne bywają traktowane z dużą nieufnością i czasem poddawane w wątpliwość jest, kto w zasadzie się objawia naprawdę i dlaczego 😉

Matrimonio riparatore

Od pewnego czasu szczęśliwie nie obowiązuje już we Włoszech prawo „małżeństwa naprawczego”, chociaż wiele osób na całym świecie nadal wyznaje jego zasady jako coś oczywistego. Dla niezorientowanych – jest to bestialskie prawo, które jest ideałem osób nadal wyznających optykę kultury gwałtu (czy też osób które obecnie w USA nazywa się incelami), ponieważ pozwalało na zgwałcenie przypadkowej dziewczyny lub dziecka, a potem zakładając, że obie rodziny się dogadają, zmuszenie dziewczyny do małżeństwa. Oczywiście mogło się tak łatwo stać bez zgody dziewczyny, nawet jeśli twierdziła, że nie jest zainteresowana gwałcicielem, a cała wcześniejsza znajomość sprowadza się do molestacji w łazience w podstawówce. Liczy się, co powie gwałciciel, a tacy potrafią uparcie i złośliwie stawiać na swoim, snując rzewne kawałki o wielkiej wzajemnej miłości i niezgody złego otoczenia. Jeżeli wątpicie, że hormony takim bydlakom odbierają zdrowe zmysły, przeczytajcie z uwagą Lolitę Nabokova, powieść napisaną z punktu widzenia znanego pedofila, w której przestępca i morderca o wszystko oskarża swoją ofiarę. Ostrzegam, jest to bardzo ciekawa wędrówka w głąb chorego umysłu dla osób o mocnych nerwach. Najczęściej matki łapią się na takie bajdy infantylne kretynki wychowane romansach, więc potrafią uwierzyć słowom rodziny chłopaka i -empatyzując z niewłaściwą osobą – wpuścić gwałciciela na „randkę” w mieszkaniu dziewczyny.

Powiedzmy sobie szczerze, że kultura gwałtu w tym wydaniu to jest kultura idiotów przekonanych, że dziewczyna dla rodziny jest problemem i trzeba ją wydać za mąż czym prędzej, więc dla matek pokroju krakowskiej Dulskiej taki amant spada z nieba. Szczególnie jeśli można zemścić się na córce, która zaczęła uważać, że może w życiu być czym więcej niż klonem i przedłużeniem mamusi.

Oczywiście w sławnym przypadku zgwałcenia Franki Violi było inaczej. Dziewczyna miała wsparcie w rodzicach, a ale i tak nie było różowo. Powiedzmy łatwo, małżeństwo naprawcze służy tylko incelom i osobom perfidnym, ratuje przed odpowiedzialnością karną, jest przedłużeniem gwałtu i często prowadzi do samobójstwa dziewczyn. Zróbcie przegląd samobójstw „chorych psychicznie” młodych małżonek na wsi. Jestem przekonana, że o takich słyszeliście. Ja tak.

Wiele osób już na szczęście nie wierzy w to, że zgwałcona lesbijka się „nawróci” na hetero. Dlaczego więc niektóre osoby są przekonane, że mogłoby tak być na przykład z kimś, kto uznał, że nie chce nietrafionego nawracania na zabobonną i nieprzyjazną kobietom wersję chrześcijaństwa? I dlaczego nadal takie osoby chodzą z podniesioną głową?

O Musica Mundana słów kilka

Blisko pół roku zabieram się za popełnienie tego wpisu. Powodów zgromadziło się kilka. Po pierwsze, zanosi się na coś w rodzaju egzegezy własnej powieści, co można uznać za przesadny ekshibicjonizm, niech inni takie rzeczy piszą, jeśli uznają, że warto. Po drugie,  od czasu opublikowania eseju „Śmierć autora” Rolanda Barthesa – a, uwierzcie mi, nie jest to świeża rzecz – wszelkie dywagacje typu „co autor chciał wyrazić” wydają się co najmniej lekko nie na miejscu w postmodernistycznym świecie, gdzie czytelnik interpretuje lekturę i dzięki niemu ożywa. Lecz cóż mam zrobić, skoro nikt do tej pory nie poruszył kwestii warstwy politycznej tego tekstu? Zadecydowałam zatem, że czas jednak coś o tym napisać na blogu. Barthes też w końcu trochę osłabił swoje stanowisko.

Mam nadzieję, że nie zdradzę zbyt wiele z fabuły, mówiąc, że „Musica mundana” opowiada dzieje heavy metalowego muzyka, który trafia do świata rządzącego się magią. Nie jest to nowy motyw, wydawać się może nawet oklepany, ale od czasów studiów prześladowały mnie myśli o tym, jak go połączyć z jednej ze starymi wyobrażeniami niesłyszalnej dla ludzi muzyki sfer Boecjusza, a z drugiej z bardziej współczesną fizyką, a dokładniej modelem korpuskularno-falowym i pomysłami de Broglie’a, twierdzącymi że nawet materię można opisać jako falę. Dźwięk też jest falą, więc te dwa modele łączą się ze sobą, oczywiście nie ma to żadnego naukowego sensu, ale w fantasy wystarczy i w głowie autorki powstała myśl o magii opartej na muzyce i alternatywnych światach, które można odwiedzać, dostrajając się do odpowiedniej częstotliwości.

Utrzymuję się zupełnie z czegoś innego niż literatura; powiedzmy sobie szczerze, dla większości autorów w Polsce pisanie jest czasochłonnym hobby i najwyżej źródłem dodatkowego dochodu, a ja jestem dosyć leniwa, więc pewnie moje pomysły zostałyby niezrealizowane, mając towarzystwo innych, nigdy niezaczętych lub niedokończonych tekstów. Jednak stało się coś, co mnie zmotywowało i dochodzimy w końcu do części politycznej tego wpisu i mojej złości na polską rzeczywistość.

Zanim napiszę coś, co zantagonizuje kilka osób, które cenię, kilka słów wyjaśnienia. Nie mam nic przeciwko większości katolików. Bywają wśród nich ludzie wykształceni, traktujący religię albo ceremonialnie, albo jako zbiór metafor, z których czerpią pocieszenie, a literaturę biblijną tak jak należy ją moim zdaniem traktować – jako wytwór ludzi swojej epoki, kultury i czasów, zgodnie ze wszystkimi narzędziami, jakich dostarcza kulturoznawstwo i literaturoznawstwo. Problem mam jednak z osobami, które patrzą na Biblię i religię na sposób, którego nie powstydziliby się Amerykanie z Bible Belt, jako coś, co należy traktować dosłownie i walczyć, aby wszyscy wyznawali homogeniczny światopogląd. Oczywiście, spotkałam się już z zarzutem wojowniczego ateizmu, ale naprawdę uważam, że czas korzystać z prawa do wolności wypowiedzi i wyznawania poglądów bez lęku. Należy wskazywać na prymat nauki – inaczej okazuje się, że jesteśmy jak podgrzewana powoli żaba, której cały czas mówi się, że ma szanować potrzeby innych ludzi do wyznawania religii i zanim się zorientuje kończy martwa. Co w polityce można tłumaczyć jako zlikwidowanie wydawało się nienaruszalnego kompromisu w sprawie aborcji i wprowadzenie całkowitym zakazem aborcji.

Do tej pory pamiętam zdjęcie zadowolonego proboszcza i kilku dzieci, patrzących jak płoną egzemplarze „Harry’ego Pottera”. Pomińmy że ognisko najprawdopodobniej powstało z naruszeniem przepisów przeciwpożarowych – przypominam, że w miastach nie wolno rozpalać ognisk. Nieważne też, że od lat czterdziestych XX wieku nie istnieje żadna oficjalna lista dzieł zakazanych. Wystarczy jednak, że duchowny uzna za zagrożenie fikcję przedstawiającą przygody młodego czarodzieja, aby uczniowie zostali wciągnięte w stawianie mini stosów. Jest to powód do niepokoju, ponieważ mamy do czynienia z instytucją która co do zasady odrzuca naukę i wypluwa z siebie teologiczne zapewnienia, że skrobia zarażona pałeczką krwawą jest częścią mięśnia sercowego. Pamiętam jeszcze na tyle katechezę z dzieciństwa, że chyba wiem, jaki problem mają niektórzy katolicy z fantasy. Każde fantazjowanie biorą za rodzaj objawienia, bo – jak tłumaczono mi w dzieciństwie na religii – myśli muszą skądś pochodzić i każde przedstawienie magii pochodzi od złego. A zatem pewnie by uznali, że autorzy fantasy zasługują na egzorcyzmy. Jeżeli komuś wyda się to stwierdzenie przesadnym, proszę zastanowić się nad przypadkiem Adama Darskiego. Do spraw o obrazę uczuć dołączył dodatkowy element – prośba do sądu, aby poddać muzyka badaniom psychiatrycznym i egzorcyzmom. Państwowy sąd, poważna instytucja wydawałoby się, ma rozstrzygać o czyimś zdrowiu psychicznym lub opętaniu.

Absurd goni absurd.

Można powiedzieć, że Nergal to ekstremista, niech i tak będzie. W takim razie proszę mi wyjaśnić, za co obrywa Megadeth? Lider zespołu sam się określa jako new born Christian (pomińmy lata uzależnień od narkotyków, w końcu jest nawróconym grzesznikiem). A mimo to Megadeth bywa umieszczany na listach zespołów oskarżanych o satanizm. Sądzę, że prędzej chodzi o narzucenie swoich przekonań estetycznych i wychowanie kolejnych pokoleń posłusznych klonów. Nie zdziwię się, jeśli po muzykach metalowych i Harrym Potterze również mniej znani pisarze fantasy będą narażeni na szykany.

Można powiedzieć, że taki mamy klimat. Ale można zrobić tak jak ja – odreagować i na złość Kościołowi Katolickiemu napisać powieść, w której wypędzone niegdyś przez niego magiczne istoty po wiekach od wygnania z Polski odpowiadają inwazją i założeniem swojej kolonii w Krakowie. A mój główny bohater (mający ze mnie więcej niż myślicie) pada ofiarą spisku zaburzonych psychicznie ludzi. Ale nie bójcie się, wróci silniejszy niż kiedykolwiek.

I mityczne postaci wcale nie zamierzają wracać do siebie.

Isekai

Przyznam się bez bicia – nie znam się na anime, chociaż czasem dla różnych form swoich działalności używam ksywki Mello. Wzięło się z nieporozumienia z fryzjerką. Wyjaśnię może pokrótce.

Wieki temu, będzie już dwadzieścia lat, spędziłam lato w Chinach, blisko trzy miesiące, pilnie ucząc chińskie dzieci angielskiego razem z koleżanką. Taka praca dla szkoły języka ze Szwecji, która rozliczała się jako fundacja, a rozmowę o pracę miałam przez telefon z osobą z Bostonu w czasie Arraconu (był kiedyś taki con). Ot globalizacja. Moja koleżanka anglistka w pewnym momencie zarządziła wyjście do fryzjera. Ale wybór fryzjera nie mógł być przypadkowy. Chodziłyśmy godzinę po całym mieście zaglądając do salonów i krytycznie oceniając fryzury. Stała za tym pewna racjonalizacja – fryzjerzy nie mogą mieć złych włosów, robią sobie je nawzajem i są wizytówką swoich umiejętności. W końcu trafiłyśmy na coś, co nas zadowoliło. Ja wyszłam z włosami średni blond i tym, co uważałam wtedy za fryzurę typowo mangową – dużo postrzępionych sterczących dookoła głowy końcówek. Kilka lat później poszłam do fryzjera i próbowałam wytłumaczyć o co mi chodzi, ale wyszłam z grzeczną fryzurą do ramion z grzywką. Na moje ciche „chciałam jak z mangi”, strzygąca położyła mi ręce na ramionach, nachyliła się i szepnęła „Mello”.(*)

Aha.

Dopiero niedawno załapałam, o co jej chodziło. Jak już ustaliliśmy, nie znam się za bardzo na mandze, ani anime. Za to napisałam powieść fantasy i postanowiłam ją wydać sama, co świadczy z kolei najlepiej o tym, że nie mam po kolei w głowie. Albo, że nie chciało mi się czekać, aż w kryzysie ktoś mnie zechce wydać. Możliwe też, że nadal się łudzę, że kiedyś moje przedsięwzięcie zamieni się w prawdziwe wydawnictwo. Jakby nie było, pchnęłam kilka egzemplarzy w tłum raczej przypadkowych ludzi w Krakowie i dostałam jedną dosyć entuzjastyczną odpowiedź (o którą nie prosiłam, chociaż przyjęłam z dużą wdzięcznością). Dowiedziałam się, że Musica mundana może być nazwana polskim isekai. Okazało się, że to co uważałam za gatunek sięgający – bo ja wiem – „Alicji z krainy czarów”, jest bardzo popularnym gatunkiem anime, traktującym o osobach, które trafiają do równoległych krain i muszą znaleźć sposób na powrót do domu.

Nadal próbuję to jakoś pomieścić w głowie. Serio, zupełnie nie spodziewałam się takiego metatekstu.

(*) Jeśli ktoś jeszcze nie zna Death note (Pamiętnik śmierci), to polecam. Mello to jedna z bardziej dających się lubić postaci. I faktycznie, ma dosyć nietypowo grzeczną jak na mangę fryzurkę, co przy jego urodzie i pewnej socjopatii składa się w perwersyjnie uroczą całość.