Według tego, co mi powiedział pewien zjeb z Opus Dei (nie żebym chciała z nim rozmawiać, ale sam mi się narzucał), jego organizacja, założona w pierwszej połowie dwudziestego wieku, została powołana do istnienia przez człowieka, który miał przy sobie osobę „świętą” – czyli mówiąc w języku zrozumiałym przez resztę społeczeństwa schizofreniczkę.
Od tamtej pory dla ludzi z Opus dei największym szczęściem ma być „odkrycie” jakiejś kolejnej „świętej” – czyli schizofreniczki, która ma mieć przekazy „wprost od Boga”. Biegają do takich osób po instrukcje, gdy tylko pojawi się ktoś, kogo nie lubią. Taką „świętą” miała być moja dawna katechetka i to z jej „objawień” miały pochodzić „informacje” o tym, że mój ojciec – w rzeczywistości policjant – miał być pedofilem i gangsterem, przed którym trzeba było mnie „ratować”. Moja mama też była pomawiana przez tę zjebaną schizofreniczkę.
Nie dziwcie się zatem, że jestem wojującą ateistką, poganką oraz stoję na pozycji skrajnie antyklerykalnej. Obraża mnie, że takie osoby jak Nycz czy Barbara i Ryszard wycierają sobie mną i moją rodziną pyski. Mam nadzieję, że w końcu zostaną nauczeni, czym jest porządek i prawda.
Studiowałam różne rzeczy, wszystko co mnie tylko zainteresowało i jestem przerażona, że Opus Dei jest totalnym regresem, jeśli chodzi o rozwój religii. Z reguły przyjmuje się, że szamanizm – czyli czczenie schizofreników, którzy mają mieć niby bezpośredni kontakt z bóstwami, jest niższą formą religii. Zadziwiające jest, że w katolicyzmie szamanizm został reaktywowany w ramach Opus dei, które z całych sił próbuje z jednej strony stworzyć swoich posłusznych niewolników za pomocą syndromu ssztokholskiego, a z drugiej wrzucić na ołtarze zdemoralizowanych schizofreników, którzy zamiast przewodzić różnym społecznościom, powinni być – dla ich własnego dobra – zmuszeni do leczenia.
Nie jestem katoliczką. Nie uważam się za chrześcijankę, chociaż dla różnych denominacji chrześcijańskich sam fakt, że zostałam w dzieciństwie ochrzczona stanowi przeszkodę, żebym na przykład wzięło ślub jako ateistka. Wkrzua mnie to i stanowi dowód na pogwałcenia moich praw obywatelskich. Nie miałam wpływu na to, że mnie w dzieciństwie ochrzczono. Nie jest chrześcijanką i nie chcę, żeby mnie tak traktowano. O lat nie ubieram choinki. Nie przestrzegam żadnych chrześcijańskich zwyczajów. Nie wiem, dlaczego – jeśli bym chciała wyjść za chrześcijanina – nie mogę tego zrobić jako ateistka. A według tego, co usłyszałam, sam fakt, że mnie ochrzczono w dzieciństwie sprawia, że zawsze będę przez każdy kościół traktowana jako ktoś, kto jest chrześcijaninem, a nie ateistką. I nic nie mogę zrobić, bo mają mnie za swoją własność, więc uważają, że mogą sięgać do każdych metod „dyscyplinowania” mnie wraz z praniem mózgu i celowym wywoływanie syndromu sztokholmskiego.
Bardzo proszę, nie chrzcijcie swoich dzieci, bo jest to przekleństwo, którego nie można zmyć. Każda osoba może się ochrzcić pózniej w życiu, jeśli będzie chciała, ale samego chrztu nie można już wymazać. Nie róbcie tego swoim dzieciom, które pózniej mogą usłyszeć od jakiegoś zjeba z Opus Dei, że muszą pogodzić się z tym, że Opus Dei zaszczuwa ich aż do śmierci, tylko dlatego że sekciarze chcą dopasować rzeczywistość do urojeń swojej „świętej” schizofreniczki.
Sama usłyszałam wyrok śmierci za to, że nie chcę potwierdzić słów „świętej”. Osobę, u której wywołano syndrom sztokholmski, łatwo zmusić do samobójstwa. Na całe szczęście dostałam pomoc najlepszych biegłych sądowych, bo miałam wiedzę, na temat tego, co ze mną ta sekta próbuje zrobić. Moi przyjaciele nie mieli tyle szczęścia.
I będzie się ro zawsze działo, bo zawsze znajdzie się jakiś biskup, który chce awansować, więc musi mieć w swoim otoczeniu jakiś „świętych”, który są dowodem na to, że ma „łaskę Boga”.
A przynamniej tak słyszałam.