Jak już wspomniałam, miałam tego pecha, że religii uczyła mnie wiedźma, która należała jednocześnie do Opus Dei. Nie wszyscy wiedzą, ale Opus Dei jest oficjalną przybudówką Kościoła Rzymsko-Katolickiego. Według tego, co mi powiedziano, założona została przez człowieka, który jako pierwszy miał przy sobie „świętą”, która mu przewodziła i opowiadała wszystko, co „wie” o innych ludziach. Dla reszty świata takie panie, które twierdzą, że Bóg im objawia jakieś tajemnice innych ludzi, są schizofreniczkami, ale osoby z Opus Dei nie dają sobie tego wytłumaczyć w żaden sposób. Podejrzewam, że dzieje się tak, ponieważ sami są chorzy psychicznie – więc nie potrafią przyjąć do wiadomości istnienia chorób psychicznych. Niestety tacy ludzie wywarli wpływ na kształt współczesnego Kościoła. Nie żeby wcześniej nie był ostoją zabobonu i ignorancji – zawsze wokół organizacji religijnych kręci się wielu wariatów, oprócz ludzi głupich – a wariaci bardzo często wybierają taką karierę.
Moja dawna katechetka bredziła tak bardzo w czasie lekcji, że jej się musiałam jako dziecko lekarki i siostra studentki medycyny sprzeciwić. Wmawiała nam, że schizofrenicy – a z jej opisu wyraźnie było widać, że mówi o schizofrenikach – są święci i dostają przekazy od Boga i należy się nich słuchać. W rezultacie mojego sprzeciwu moja katechetka obraziła się tak bardzo, że zagroziła mi, że opowie o mnie swoich znajomym „świętym” i dowie się wtedy wszystkiego. Od tamtej pory i ja i moi bliscy jesteśmy prześladowani przez Opus Dei. „Święta” schizofreniczka zrobiła z mojej mamy, szanowanego lekarza, tanią kurwę, z mojego taty, policjanta, gangstera i pedofila. Co więcej bredziła wszem i wobec, że prosiłam ją o pomoc. Schizofreniczka wyznaczyła mi w ramach „pokuty za obrazę Chrystusa” popyt w klasztorze, bo uznała, że ma prawo domagać się, abym poszła do zakonu, a jej zostawiła wszystko, co posiada moja rodzina. Całkowicie przeoczyła fakt, że nie byłam jedyną dziedziczką moich rodziców, bo mam też siostrę, poza tym jestem jak najbardziej ateistką i zawsze byłam i będę kimś, kto jest tak bardzo zdolny i potrzebny innym ludziom, że nie ma sensu zamykać mnie za klasztorną bramą. Ale cóż, schizofrenicy, którzy się nie leczą, zawsze pragną się obłowić i zrobić sobie z innego człowieka niewolnika, więc jeśli im się na to pozwoli, to będą dążyć do tego z uporem osła.
Wbrew moim protestom Opus Dei nadal zajmuje się „opieką” nade mną oraz moją siostrzenicą, którą z uporem nazywa moją córką. Nycz takie działania określa jako „pracę”. A na czym praca według Opus Dei? Na tym, że po wylosowaniu osób, które podpadły w jakiś sposób klerowi, „obrażona” osoba biegnie so znanej sobie schizofreniczki aka „żywej świętej” i pyta, co jej Bóg „mówi” o tej podpadniętej osobie, która potem jest prześladowana przez Opus Dei aż do samobójczej śmierci, bo przecież nie może potwierdzić urojeń schizofrenika, a Opus Dei upiera się przy metodach „dochodzenia do prawdy”, które ich już dawno powinny zaprowadzić do więzienia. Nie będę opisywać szczegółowo mechanizmów zaszczucia, terroru oraz syndromu sztokholmskiego, ale Opus Dei uważa, że zaszlachtowanie psychicznie osoby, która zaczynać cierpieć na fałszywe wspomnienia, jest dowodem na prawdziwość słów ich „żywej świętej”. Dla zdrowych psychicznie ludzi jasne jest, że nic z tego, co mówią wariaci i ignoranci z Opus Dei, nie jest prawdą, ale takie osoby jak Nycz oraz wyznaczeni mi przez schizofreniczkę „nowi rodzice” upierają się, że znają „prawdę”. Ja i moi bliscy zostaliśmy zaszczuci w kilku środowiskach opowieściami, które schizofreniczka wzięła sobie z dupy. Dzięku przeczytaniu kilku odpowiednich podręczników jestem w stanie powiedzieć więcej trafnych rzeczy o schizofrenikach (aka „świętych”) niż oni o mnie. Dlatego dla wielu osób istnieję w dwóch osobach – raz ja jako ja, a drugi raz jako nieistniejąca Małgorzata z domu Nowak, która miałaby mieć nazwisko Wieczorek po jakimś nieistniejącym mężu. Podejrzewam, że to dlatego, że schizofreniczka z mojej podstawówki lubi się przedstawiać jako „Yennefer”, a jej brat ma urojenia, że jest moim mężem. Po wysłuchaniu różnych krążących po fandomie opowieści idiotom z Opus Dei zgodziło się, że to rodzeństwo schizofreników (które jest wielu osobom znane ze swojej schizofrenii i nikt się nimi nie przejmuje) powinno mieć na nazwisko Wieczorek, po tacie Marianie. Niestety zakochana w tym schizofreniku Krystyna od dziecka broni jego siostry jako „Yennefer”. Większość ludzi ryje z niej ze śmiechu i nie może się doczekać, kiedy w końcu Krystyna wyjdzie za tego schizofrenika. Naprawdę nie stoję na drodze ich „szczęściu”.(Obawiam się, że w końcu Krystyna zorientuje się za kogo wyszła, ale będzie już wtedy dla niej za późno, by cokolwiek naprawiła w swoim życiu, a ja będę się mogła się cieszyć jej prawdziwym nieszczęściem).
Inną bzdurną opowieścią wariatów z Opus Dei jest jakoby Krystyna była dawną miłością Adama, i że kocha ją od dziecka. Nie będę nawet tego komentować. Napiszę zamiast tego, że mam dosyć Opus Dei i Nycza, którzy wraz z Ryszardem i Barbarą zaszczuwają coraz to kolejne osoby w celu doprowadzenia świata do takiej samej formy jaką przyjmują ich urojenia. Zesrają się a nie udowodnią, że Adam kiedykolwiek był z Krystyną. Tak samo nie ma możliwości, żeby udowodnili, że mam jakieś dzieci, albo jakiegoś męża, o którym nie wiem. Upierają się, że będą sądownie szukać moich „dzieci”, bo „one muszą wiedzieć, że mają ojca”.
Jest to bardzo bolesne dla mnie, bo w pewnej chwili zaplanowałam z moim ukochanych wiele lat temu, że będziemy mieć szybko czwórkę dzieci. To że mnie i jego zakatowano psychicznie aż do wystąpienie problemów z pamięcią oraz syndromu sztokholmskiego, tylko dlatego, że nasz związek nie zgadzał się z urojeniem „świętej” wokół której skacze Opus Dei, jest takim skandalem, że mam nadzieję, że w końcu nastąpi jakieś narodowe powstanie. Nie tylko ja straciłam wszystko, co ważne w życiu, moi przyjaciele zostali zakatowani na śmierć, terrorem i zaszczuciem zostali zmuszeni do popełnienia samobójstwa. Ja mam za sobą próby samobójcze oraz zaszczucie przez wiele osób, które dały się podpuścić Opus Dei i uwierzyły w ich kłamstwa.
Prawie dziesięć zmarnowanych lat wychodziłam z ostatniego napadu na mnie tych wariatów, nie urodzę już żadnych dzieci i mam nerwy w strzępach. Niestety najzdolniejsze osoby zawsze podpadną jakiejś żmiji, która postanowi je przyciąć i zniszczyć, bo realizuje jakieś schizofreniczne plany wzbogacenia się. Nie możemy sobie pozwolić na marnowanie takiego materiału ludzkiego, tylko dlatego, że jakaś wariatka ma wokół siebie zabobonnych idiotów, zaprzeczających istnieniu chorób psychicznych.
Wystarczy już tych niepotrzebnych samobójstw i zmarnowanych talentów. Wszyscy musimy powiedzieć Kościołowi „kurwa, wystarczy już tego”!!! Zalecam apostazję, bo jest to jedyne, co może te tępe bydlęta powstrzymać, bo wtedy wedle swoich zasad powinni uznać, że rzeczywiście mieli do czynienia z osobą niewinną. (Przy okazji, podanie się za poganina – co dla mnie było łatwe, bo wpisałam się na listę osób wnioskujących o rejestrację pogańskiego kościoła – sprawia, że proboszczowi przechodzi chęć na mordercze dyskutowanie i próby zatrzymania człowieka w Kościele. Ta rada może się przydać, bo ile można z tymi z tymi małpami dyskutować o prawach człowieka i tym podobnych rzeczach, których nigdy nie zrozumieją.)
Noszę przy sobie zafoliowaną kopię potwierdzenia apostazji oraz zaświadczenie o stanie cywilnym. Mam nadzieję, że zapewni mi to bezpieczeństwo przy następnym ataku bredzących imbecyli. A historia uczy, że nieleczący się wariaci zawsze powracają. Mam nadzieję tylko, że moje koleżanki i koledzy będą już mądrzejsi niż poprzednim razem.