Stan cywilny

Mój stan cywilny powinien być sprawą prywatną, o którą co najwyżej się mnie pyta, ale od bardzo dawna dla pewnej grupy ludzi jest czymś bardzo ważnym. Czymś, czym się bardzo przejmują. A wszystko z powodu Opus Dei oraz mojej dawnej katechetki, która „obrażona” przeze mnie, postanowiła wezwać na pomóc „świętego” czyli schizofrenika Ryszarda. Owa zakonnica zaśmiewając się, oświadczyła mi, że „znalazła mi męża”. Nie miałam wtedy nawet dziewięciu lat i się wkurzyłam, bo zaręczanie dzieci jest nielegalne. Za to zakonnica radośnie oświadczyła mi, że do tego małżeństwa doprowadzi i uratuje mnie tylko zajście w ciąże w wieku piętnastu lat, bo inaczej za niego wyjdę, jej w tym głowa. Niestety nie miałam nikogo fajnego w tym momencie pod ręką. Stąd się wzięło zainteresowanie tej bzykniętej rodziny Romana moją osobą i przekonanie fanatyków, że mam dostosować do decyzji zakonnicy. Bo podobno ani księdzu, ani zakonnicy nie wolno się sprzeciwiać. Nigdy nie byłam z Romanem zaprzyjaźniona, ani się nigdy z nim nie spotykałam, ale i tak fanatycy przekonali przekonali wszystkich, że jestem z nim związana.

Ale i tak za tego schizofrenika nie wyjdę.

Rozmawiałam z Romanem i wiem, że jest to imbecyl i że oczekuje, że ktoś o mojej pozycji będzie mu gotował, sprzątał, a on zabierałby mi wszystkie pieniądze, wydzielałby je oraz bił i zmuszał do wielogodzinnych modlitw. Gdy byłam studentką, napadł na mnie na uczelni i próbował wywieść do jakiegoś sanktuarium na kilkudniowe modlitwy.

Byłam tak przerażona jego obecnością na uczelni oraz wyłudzeniem moich ubrań od mojej mamy, że próbowałam się ratować. Wyciągnęłam swoje zaświadczenie o stanie cywilnym i zaczęłam pokazywać na dowód, że z tym człowiekiem, który twierdził, że ożenił się ze mną, gdy miałam osiemnaście lat, nie mam nic wspólnego. Zbierałam podpisy na kopii zaświadczenia, gdzie widniałam jako panna, żeby mieć dowód, że ludzie wiedzą, że nie jestem żoną Romana.

Pewnie udałoby mi się przekonać ludzi do tego, gdyby nie fala kłamstw pochodzących od Opus Dei. Zaczęto opowiadać, że to zaświadczenie nie jest moje, bo mam podobno nazywać się z domu Nowak. Jest to oczywista bzdura. Moje nazwisko jest po tacie, nie wychodziłam nigdy za mąż, nie zmieniałam go i jak najbardziej moimi rodzicami są Helena oraz Marian. To jest perfidne kłamstwo, że Barbara jest moją matką. Zabawne jest, że przed ludźmi, którzy nie znają sprawy i nie wiedzą, że osoba znana w fandomie jako „Yennefer” jest córką Heleny oraz Mariana, udaje moją mamę, Helenę Wieczorek. Jest to przykre, bo moja mama nie żyje od bardzo dawna.

Miałam swój dowód w ręku, miałam w ręku także swoje zaświadczenie o stanie cywilnym. Wszystkie papiery były w porządku, a jednak Opus Dei postanowiło ze mnie zrobić Małgorzatę Nowak, chorą psychicznie żonę Romana, która zaszczuła Yennefer. Pojawiły się też opowieści, że nazwisko Wieczorek noszę po mężu i Roman ma być podobno Wieczorkiem, trzecim dzieckiem mojego ojca. I w taki sposób ten schizofreniczny gang poszczuł na mnie polski fandom, twierdząc, że zaszczułam prawdziwą Yennefer. Historia, co miałoby się z nią stać, jest dostosowana do tego, kto słucha. W jednej wersji miałam ją zaszczuć i zabić, w innej zaś miała wyjechać do Stanów. Znaczy się, wyjechałabym, ale schizofrenik ukradł mi paszport z amerykańską wizą dla narzeczonej i zanim obroniłam pracę magisterską z psychologii (bo studiowałam na dwóch wydziałach), zostałam tak poturbowana psychicznie, że straciłam pamięć, a moi oprawcy mogli dalej robić, co chcieli. Ale i tak nie wyjdę za Romana. I nic nie poradzę, że mam takie wykształcenie jakie mam, chociaż gang schizofreników z Opus Dei twierdzi, że moje kolejne studia to dowód na moje urojenia.

No cóż, to jest kolejna próba przeprowadzenia akcji informacyjnej, która jest niezbędna (wszyscy psychoterapeuci o tym wiedzą), żeby udało się mnie obronić przed schizofrenikiem i jego samego wsadzić w końcu do psychiatryka. Wszyscy muszą przestać podtrzymywać jego urojenia. Ja osobiście wolałabym uciec przed nim do Arizony i gdy próbuje wedrzeć się do domu, bo działa pod wpływem urojeń, że może tam mieszkać (gdzie ja jestem), po prostu go zastrzelić. Zasada stand your ground bardzo mi się podoba. W Polsce niestety prawo zobowiązuje mnie do uciekania przed zagrożeniem i nie wolno mi agresora, który wielokrotnie wchodził do mojego domu i groził mi wielokrotnie śmiercią, zabić. No, ale może jeszcze uda się go wywabić do Arizony.

Gówno mnie obchodzi, co ludzie o mnie myślą, ale nie jestem Nowak i nie da się mnie wydać za Romana. Wypraszam sobie takie insynuacje. Dodam tylko, że działania „życzliwych” zniszczyły mi całe życie i sprawiły, że jestem sama i nie mam dzieci. I nie urodzę już żadnego dziecka, bo musiano wyciąć mi macicę oraz już weszłam menopauzę. Wszystkich kurwom, które do tego doprowadziły, bardzo nie dziękuję. Szczególnie tym, które mnie zaszczuły w krytycznym momencie, kiedy walczyłam o ostatnią szansę zostania mamą i możliwość pobrania komórek jajowych.

I bardzo proszę nie nazywać mnie już Yennefer. Z różnych powodów, niektórych bardzo oczywistych, jest to dla mnie zbyt bolesne.

I mam tylko nadzieję, że nikt już nie będzie ułatwiać Barbarze przemocowego łączenia par oraz ich rozdzielania, co zresztą jest jednym z ulubionych zajęć schizofreników i podszyte jest ich urojeniami, a nie znajomością prześladowanych i nękanych osób.

A z fandomem, który został zainfekowany szaleństwem Romana oraz Opus Dei, już nic mnie nie łączy. Możecie sobie dalej przybijać piątkę, że się mnie pozbyliście. Ja za wami nie będę płakać.

Dodaj komentarz