Agę poznałam bardzo dawno temu, jeszcze zanim zaczęła się ubiegać o staż w telewizji. Przyszła na moją prelekcję w czasie konwentu i się przedstawiła, chwaląc moje opowiadanie z roku 1997. Bardzo się ucieszyłam i zdziwiłam, że ludzie to pamiętają.
Aga była wtedy jeszcze brzydkim, metalowym kaczątkiem. Po raz kolejny natknęłam się na nią w sklepie z ciuchami, gdy szukała czegoś, co może założyć, gdy będzie starała się o staż. Wyjęłam jej z rąk czysto-biała sukienkę, w którą chciała ubrać ją mama. Wytłumaczyłam, że biel jest zakazana w telewizji, bo „wypala piksele” – jak to mówią ludzie z branży.
Jeszcze później w czasie konwentu w Warszawie pomagałam jej wyszukiwać w internecie przecenione rzeczy, które mogłaby założyć w studio. A także wspierałam w karierze i wysłuchiwałam szlochów, gdy skończył jej się toner w drukarce przed zamknięciem sklepów, a musiała coś w pracy pokazać następnego dnia bardzo wcześnie.
Mogę to skwitować w jeden sposób tylko – tak samo jak w przypadku Andrzeja wcale nie muszę poznawać Agi, bo już ją od dawna znam. Nie pamiętałam jej, bo doprowadzono do mojej amnezji ze stresu i przeżywanej traumy. To wcale nie jest takie łatwe mierzyć się ze swoimi gwałcicielami oraz niedoszłym – bo byłam duszona do utraty przytomności – mordercą. Każdy w takich warunkach zaczyna tracić pamięć.
To nie jest tak, że Aga jest przyjaciółką Renaty i tylko ona ją zna.
Renata dla nas wszystkich jest nikim. Jest tępym, schizofrenicznym gównem z mojej podstawówki. Tak samo jak jej matka Barbara i jej narzeczony Roman. Bo, wiecie, ci dwoje mają zamiar się pobrać i mieć dzieci, gdy w końcu się „dorobią”, dziedzicząc fortunę po którejś ze swoich ofiar. Bo takie są schizofreniczne marzenia tych durniów. Są literalnie wprost wzięte z podręcznika profilera. Tutaj nie ma nic zaskakującego poza tym, jak wielu wyznawców i enablerów ten schizofreniczny gang sobie znalazł i wychował.
Nie muszę chyba wspominać, że swoją karierę w fandomie zawdzięczają wyłącznie Kościołowi.