Archiwum miesiąca: styczeń 2026

Pomoc domowa

Przyjęłam jakiś czas temu zasadę, że co tydzień chodzę do kina. Najchętniej oglądałabym filmy sf lub fantasy, ale biorę, co dają. Widziałam trailer Pomocy domowej, więc zachęcona obsadą postanowiłam na ten film się wybrać. Powstał na podstawie książki i nawet ktoś mi o niej kiedyś opowiadał, ale wyleciało mi to z głowy, więc oglądałam bez większych oczekiwań, bo z trailera można zrozumieć tylko to, że film jest o trójkącie typu bogate małżeństwo i śliczna pomoc domowa. Nic bardziej mylnego. W roli pomocy domowej zatrudniona została Sidney Sweeney, więc warto zobaczyć w akcji aktorkę, która stała się centrum kontrowersji dotyczącej pewnej reklamy dżinsów.

Jeśli macie ochotę zobaczyć arcydzieło o tym, jak dzielne kobiety pokonują złego schizofrenika i przy tym uchodzi im wszystko na sucho, to nie ma lepszego filmu. Dawno nie doświadczyłam większego zachwytu. I to nie było tylko moje odczucie, bo na sam koniec usłyszałam liczne brawa z widowni. Film jest pełen zwrotów akcji i trzeba przyznać, że pierwsze wrażenia, kto jest kim, są całkowicie mylne, a niektóre postaci zachowują się jak szalone, bo zostały schwytane w pułapkę i skrzywdzone.

Oglądając, nie mogłam się powstrzymać od osobistych refleksji na temat tego, jak wyglądałoby moje życie, gdybym związała się ze schizofrenikiem, który prześladuje mnie od dzieciństwa. To jest inny wariat od tego z filmu, bo czekałyby mnie nie tylko kary, ale też zmuszanie do wielogodzinnych modlitw i pokuty. Byłabym też gwałcona.

Pomoc domowa nie rozdrapuje ran, ale ma wartość terapeutyczną i podejrzewam, że nie tylko ja przeżyłam osobistą satysfakcję z zakończenia filmu. Schizofrenicy są wszędzie i większość ludzi pada ich ofiarą. Każdy przynajmniej raz w życiu ma styczność z chorym psychicznie i przez to cierpi.

Więc każdy, absolutnie każdy, powinien zobaczyć ten film.

Kim on jest?

Oczekiwanie, że ofiara schizofrenika udzieli jakiś odpowiedzi i wyjaśni, kim jest i skąd się wziął prześladujący ją schizofrenik, jest zabawne. Z reguły ofiara nie zna swojego prześladowcy. Nawet jeśli się gdzieś wcześniej spotkali, to kontakty z osobami chorymi psychicznie są tak traumatyzujące, że się je wypiera. I owszem wyparcie takich wcześniejszych kontaktów jest bardzo niebezpieczne, ale czasem się nie da nad tym zapanować. A na pewno nie po całym życiu prześladowań.

Schizofrenik za to zaprzyjaźnia się z całym otoczeniem swojej ofiary i to otoczenie uważa, że wszystko, co mówi schizofrenik, jest prawdą. Przeżyłam takie akcje w kilku środowiskach, więc wiem, o czym piszę.

Nadal nie wiem, jak się dokładnie nazywa człowiek, który twierdził, że jest moim „mężem” i że ma ze mną trójkę dzieci, a ja sama mam podobno nawet czwarte z sąsiadem. Za to ukradł mi tyle rzeczy, aby sfabrykować sobie dowody, że byliśmy lub jesteśmy razem, że chyba przekonał już do tego wszystkich.

Schizofrenicy lubią sobie robić także zdjęcia ze swoimi sterroryzowanymi ofiarami. Takie zdjęcia to też nie jest żaden dowód, nawet jeśli zrobione zostały pod prysznicem w fitness klubie. No cóż, byłam ostrzegana wiele lat temu, żeby nie korzystać z publicznych łaźni i tego typu miejsc. Ale podobno, jak mi powiedziano, jest to całkiem ładne zdjęcie, więc nie będę się go wstydzić, chociaż wykorzystano je, żeby mnie zaszczuć. Zrobiła mi je – o ile dobrze pamiętam – właśnie jedna z moich koleżanek z podstawówki, która uparła się pomagać wariatce Barbarze oraz prześladującemu mnie schizofrenikowi. Który wedle opowieści miał to zdjęcie pokazywać wszystkim, żeby usunąć wątpliwości, co do tego, kim dla mnie jest. Więc nie, to nie jest zdjęcie zrobione przez niego w „naszej” łazience, ale olbrzymie i bezduszne naruszenie mojej prywatności przez jego gang. Ludzie, którzy wzięli w tym udział, powinni zapłacić mi bardzo wysokie odszkodowanie.

Prawdę mówiąc, chyba cała ekipa tego zjeba weszła najpierw do damskiej szatni, a potem do części z prysznicami. Pani, która mi zrobiła zdjęcie, jest całkowicie chorą psychicznie złodziejką i prześladowczynią. To zdjęcie niczego nie dowodzi, tak samo jak fotografia, którą przemocą sobie ze mną zrobił Ryszard. To że schizofrenicy ustawili się za mną i ktoś pstryknął zdjęcie też niczego nie dowodzi.

Takie zdjęcia są wyłącznie dokumentacją tego, jak daleko się posunęło zaszczuwanie mnie, terror oraz bezczelność schizofreników oraz ich enablerów, którzy zaparli się, że będą robić tylko to, czego chce Barbara, bez weryfikowania czegokolwiek.

Jedyne, co mogę powiedzieć to, że mają się odpierdolić.

Wariatka z fandomu

Zadziwiające jest, że jedna z bardziej znanych wariatek z fandomu, czyli Barbara, dla wielu osób stała się wyrocznią decydującą, kto jest kim. Jedno mogę powiedzieć – ani nie jest moją matką, ani nie była przyjaciółką mojej mamy, ani mnie na dobrą sprawę nie zna. Za to – jak to wariaci – ma wiele o mnie do powiedzenia.

Barbara jest osobą, która w pewnym momencie pojawiła się w mojej podstawówce i zaczęła udawać moją matkę. Od tamtej pory moje koleżanki oraz koledzy ze szkoły wykonywali jej polecenia, które były poleceniami schizofreniczki, więc sami w oczach mojego psychologa zaczęli uchodzić za osoby chore psychicznie. Więc jak to z reguły radzą psycholodzy, gdy zaczęli mnie wypytywać o różne rzeczy, zaczęłam udzielić takich odpowiedzi, żeby nie mogli mnie udawać. Psychoterapeuci wiedzą, że schizofrenik po okresie nauki i dowiadywania się wszystkiego o osobie, która jest obiektem jego obsesji, zaczyna się podszywać pod tę osobę.

Osoby z mojej podstawówki, kierując się zalecaniami schizofreniczki Barbary, zaszczuły mnie kilka razy, kradły mi różne rzeczy, także moje notesy z telefonami (a w na początku lat dziewięćdziesiątych nie można było umieści numerów telefonów w chmurze), więc od tamtego momentu straciłam praktycznie ze wszystkimi kontakt. Niestety te osoby są także winne roznoszenia kłamstw, którymi nakarmiła ich Barbara i doprowadzenia do tego, że nikt już mi nie wierzył. Wszędzie też powtarzały, że Barbara jest moją matką. Całkowita bzdura, oczywiście.

Te osoby razem z Barbarą, która jakimś cudem stała się wyrocznią, kto jest kim w fandomie, zniszczyły mi całe życie, zaszczuły z wynikiem śmiertelnym moich przyjaciół, a także doprowadziły do śmierci moich ukochanych. To co piszę nie jest wynikiem paranoi, jeśli wątpicie porozmawiajcie z psychoterapeutą. Schizofrenik w czasie kilkunastominutowej rozmowy potrafi tak zniszczyć rozmówcę, że ten zaczyna cierpieć na poważne stany lękowe. Dłuższy kontakt może skończyć się amnezją, czy nawet myślami samobójczymi oraz samobójstwem. Ataki schizofreników są bardzo groźne i nie należy im pomagać.

Działania Barbary oraz Ryszarda (których jako moich „opiekunów” wyznaczył mi Kościół po uznaniu moich rodziców za nieodpowiednich, chorych psychicznie wychowawców) doprowadziły do takich zniszczeń, że naprawdę nie będę im dziękować. Oboje doprowadzili do zaszczucia mnie w kilku środowiskach, storpedowali moje plany osobiste, karierę sportową oraz zawodową.

Barbara jest specjalistką od zaręczania ludzi za ich plecami i sprzedawania swoim ofiarom swoich urojeń, wedle których są obiektami czyjejś wielkiej miłości. Są ludzie, którzy dają się na to nabrać, więc z całym naciskiem zapewniam, że nie rozmawiam z Barbarą, jest dla mnie osobą obcą i nigdy jej nie prosiłam o pośrednictwo. Każda osoba, która się na nią powołuje i mówi, że usycham z miłości do kogoś, jest do wyśmiania. Naprawdę zgodnie z regułami świata metalu sama potrafię opowiedzieć o swoich uczuciach ludziom, których kocham i jestem przyzwyczajona do facetów, którzy też o tym mówią wprost.

Trzeba uważać tym bardziej, że Barbara – jak to zwykle robią schizofrenicy – lubi podawać się za inne osoby, w tym także krewnych swoich ofiar, co zwiększa jej wiarygodność. Niestety schizofrenia znosi moralne hamulce, w tym także ułatwia kłamanie. Schizofrenicy łżą więc jak psy (przy czym przepraszam psy za to porównanie) bez żadnych zahamowań również świadomie, nie tylko przeżywając swoje urojenia.

Nie dziwcie się więc, że nie chcę ich oglądać, nie chcę także nikogo z ich pomagierów oglądać. Mają tak duży wpływ na Avangardę, że także nie mam ochoty na kontakty z tym klubem. Tak samo nie chce mi się dociekać, co z tego, co mi powiedziały różne osoby (w tym też schizofrenicy) jest prawdą. Ruch fanowski w Polsce uważam za martwy, przynajmniej dla mnie i nie bawi mnie uczestnictwo w konwentach. Zbyt duże obrażenia psychiczne odniosłam w ich czasie. Znam też przypadek muzyka, który został zabity przez schizofrenika w czasie konwentu, chociaż nie w Polsce. Naprawdę schizofrenicy potrafią ludzi popchnąć do samobójstwa swoimi intrygami, kłamstwami oraz terrorem. Mam szczerze dosyć takiego traktowania.

Więc przy pierwszej okazji spierdalam z Polski. Już dawno powinnam była to zrobić.

Święte rodziny

W czasie studiów korzystałam do woli z różnych kursów, bo były dla mnie darmowe, a także z dobrze zaopatrzonych bibliotek naukowych. Jeden z podręczników, które wtedy przestudiowałam, traktował o przesłuchiwaniu ludzi i zbieraniu informacji. Od tamtej pory jakoś tak jest, że ludzie mówią mi różne rzeczy i to całkiem chętnie. Zdarza się czasem, że włączam tryb przesłuchiwania i nie odpuszczę dopóki nie dowiem się wszystkiego, co mnie interesuje.

Rozmawiałam w ten sposób z jedną z nękających mnie osób z Kościoła. Moje podejrzenie wywołał fakt, że nie tylko ja, ale też mój ojciec oraz całe grono innych osób, które poznałam lub o których usłyszałam, też miało problemy z katechetkami, które się obraziły i postanowiły tych młodych ludzi połączyć więzłem małżeńskim ze schizofrenikami, oczywiście wbrew ich protestom.

Okazało się, że katolickie katechetki oraz katecheci mają specjalne instrukcje, według których muszą współpracować z wybranymi „świętymi” rodzinami, co do których Kościół nie ma żadnych wątpliwości, że są wiernymi dziećmi Kościoła. (Ta, już widzę te ideały.) W przypadku jakiegoś dziecka podejrzewanego o ateizm (czyli w języku Kościoła demoralizację) katecheta wzywa na pomoc najwierniejsze osoby z parafii, które zaczynają się podejrzanym dzieckiem „opiekować” i wyznaczają im odpowiednio religijnego męża czy żonę. Dlatego usłyszałam od mojej katechetki, że doprowadzi do mojego ślubu z Romanem czy też Rafałem. A jak się zbuntuję to nie będę mieć dzieci, czy innego męża, bo mnie będą pilnować i nie dam rady przed nimi uciec.

Tak się składa, że najbardziej religijne osoby są z reguły najgłupsze. Mogą też być przestępcami lub schizofrenikami. Najczęściej to właśnie schizofrenicy mają jak najlepsze notowania w Kościele, bo lubią przechwalać się swoją urojoną świętością oraz kontaktami z Bogiem. Więc żadna z tych osób nigdy nie została ani nie zostanie moim małżonkiem. I tak jak jak mój tata, który uciekł Francji przed wyznaczoną przez kler na „żonę” schizofreniczką, cieszę się, że nie poślubiłam schizofrenika. Chociaż mój tata miał tyle szczęścia, że ukrywszy się w Polsce, doczekał się dwóch piękny i utalentowanych córek, które przede wszystkim były zdrowe, a nie chore na schizofrenię. No bo umówmy się, tylko osoby chore psychicznie dają się namówić na takie akcje ludziom z Kościoła Rzymsko-Katolickiego.

I owszem mój tata nosił nazwisko Wieczorek, bo był zamieszkałym we Francji Polakiem. To nazwisko nie jest dowodem na moją schizofrenię. Mój tata naprawdę nie musiał mieć francuskiego nazwiska, jak przypuszczają durne schizofreniczki, kuzynki Romana i Rafała, żeby mieszkać we Francji. Jest to prawdziwe, tak samo jak inne rzeczy, które opowiadałam. Biorąc pod uwagę, co mnie miało spotkać, cieszę się, że nie mam męża czy dzieci. Jestem przynajmniej wolna i żywa, a dzieci, których nie mam (uwaga, dowcip), są zdrowe psychicznie. Nie muszę znosić żadnego pomiatającego mną imbecyla-schizofrenika, który wyszedł z mojego ciała. Wiem, co takie schizofreniczne dziecko potrafi zrobić matce, bo przeczytałam odpowiedni podręcznik.

Oraz nie muszę bijącego mnie bydlaka, którego nienawidzę szczerze oraz którego się boję, bo mnie wielokrotnie już uderzył, znosić i obsługiwać, także seksualnie, płaszczyć się przed nim i dziękować, że żyję. Bo takie pomysły na moją rolę w rodzinie miały te „święte” osoby.

Żaden katecheta czy katechetka nie było mądrzejsi od moich rodziców, nie byli pedagogami, czy też profilerami, ale nie przeszkadzało im to przyczepić mi łatki osoby „zagrożonej prostytucją”, którą trzeba „ratować”, przemocą wiążąc z takim weźmy na przykład Rafałem czy Romanem. Nie chcę nawet mówić, jakie epitety padały wobec moich rodziców. Oczywistym jest, że nigdy nie byłam z Romanem czy Rafałem związana, zawsze przed tymi imbecylami i gburami ze schizofrenią uciekałam. Nie odpowiadam za to, że wywlekali z moich znajomych informacje, gdzie będę i się w tych miejscach pojawiali, udając, że się ze mną umówili. Nie odpowiadam też za ich kłamstwa na mój temat i temat moich rodziców, czy krewnych.

Tak się składa, że nigdy nie potrzebowałam nigdy umoralniania i jestem o wiele bardziej etyczna niż niejeden hierarcha w Kościele, który zaszczuwa ludzi kłamstwami. Jeden z moich znajomych Amerykanów przeżyłby, bo popełnił samobójstwo, gdyby nie kłamstwa na temat mojego stanu cywilnego. Wizyta hierarchy w Stanach wiązała się też z psychologicznym i brutalnym atakiem na niewinnego człowieka. Do tej pory nie mogę uwierzyć, że dorosły człowiek, który śmie nauczać o prawdzie i grzechu, posunął się do zapewniania, że był na moim ślubie z Romanem i że mam amnezję, i że należy mnie „leczyć”, bo tego nie potwierdzam. Mam nadzieję, że moja apostazja oraz zaświadczenie o stanie cywilnym kończy wiarygodność tych ludzi wszędzie, gdzie sięgnie mój blog.

Usłyszałam już kiedyś, że Opus Dei uważa, że ma prawo mnie karać i sabotować wszystko w moim życiu, bo „obraziłam zakonnicę”, ale to musi się skończyć. Nie mam męża, a nawet gdybym miała, to naprawdę prośby o kontakt ze mną powinny kończyć się przesłaniem mejla do mnie, a nie informowaniem o takich prośbach schizofrenika, który udaje mojego męża i uniemożliwia mi kontakty z ludźmi, z którymi chciałabym współpracować.

Prymitywizm kleru to jedna sprawa, ale prymitywizm ludzi z klubów miłośników fantastyki, którzy uważają, że z pisarkami należy kontaktować się przez ich mężów jest czymś, co należy napiętnować. Mają pecha, że nikt z rodziny Romana czy Rafała nigdy się nie przyjaźnił ze mną, ani nigdy z żadnym z tych facetów nie byłam związana. To są naprawdę niebezpieczne zjeby oraz imbecyle nasłani na mnie przez kler. Między innymi naraziłam się tym, że od dzieciństwa jestem Wicca, to jest moja prawdziwa religia. I osoby wtajemniczone widzą to w niektórych elementach mojego pisarstwa. Stąd też były powtarzające się próby nawracania mnie oraz terror.

Moja przyjaciółka bardzo się kiedyś obraziła, gdy jeden z klubów próbował umówić się z nią na prelekcję za pomocą jej męża. Bo nie jest jego niewolnicą ani pracownikiem. Przy czym akurat to był jej mąż, a nie udający go schizofrenik. Klub i schizofrenicy mają bardzo duże kłopoty, bo informacje jednak dotarły do mnie jednak okrężną drogą, bo mój były ze Stanów zaczął wszystko weryfikować na moją prośbę.

Bardzo proszę osoby, które znają historię odcinania mnie od osób, które chciały ze mną współpracować, o kontakt z Policją. Moi znajomi z Policji bardzo się ucieszą, widząc kolejne donosy na tych schizofreników oraz imbecyli, którzy udają ludzi dla mnie ważnych. Niestety, schizofrenicy przechwytują kontakty swoich ofiar i zaczynają je reprezentować, opowiadając bzdury. Nic z tego, co o mnie powiedzieli, nie jest prawdą. Wcale nie wyjechałam do Stanów. Za to po brutalnym praniu mózgu (które dla zjebów z Opus Dei jest „psychoterapią”) straciłam pamięć.

I żadna ilość „opieki” – bardzo proszę, niech już się odpierdolą – ze strony Opus Dei i uniemożliwienie mi założenia rodziny nie sprawią, że te kurwy odziedziczą po mnie chociaż złotówkę. Jakby co, to znajdę osoby godniejsze od tych ludzi z półświatka.

Powtarzam, żadna tych tępych kurew nie jest moją „przybraną wnuczką”. Niech już nie planują żadnego skoku na mnie, moje mieszkanie, czy pieniądze. Te zawodowe oszustki mają się w końcu odpierdolić.

Stan cywilny

Mój stan cywilny powinien być sprawą prywatną, o którą co najwyżej się mnie pyta, ale od bardzo dawna dla pewnej grupy ludzi jest czymś bardzo ważnym. Czymś, czym się bardzo przejmują. A wszystko z powodu Opus Dei oraz mojej dawnej katechetki, która „obrażona” przeze mnie, postanowiła wezwać na pomóc „świętego” czyli schizofrenika Ryszarda. Owa zakonnica zaśmiewając się, oświadczyła mi, że „znalazła mi męża”. Nie miałam wtedy nawet dziewięciu lat i się wkurzyłam, bo zaręczanie dzieci jest nielegalne. Za to zakonnica radośnie oświadczyła mi, że do tego małżeństwa doprowadzi i uratuje mnie tylko zajście w ciąże w wieku piętnastu lat, bo inaczej za niego wyjdę, jej w tym głowa. Niestety nie miałam nikogo fajnego w tym momencie pod ręką. Stąd się wzięło zainteresowanie tej bzykniętej rodziny Romana moją osobą i przekonanie fanatyków, że mam dostosować do decyzji zakonnicy. Bo podobno ani księdzu, ani zakonnicy nie wolno się sprzeciwiać. Nigdy nie byłam z Romanem zaprzyjaźniona, ani się nigdy z nim nie spotykałam, ale i tak fanatycy przekonali przekonali wszystkich, że jestem z nim związana.

Ale i tak za tego schizofrenika nie wyjdę.

Rozmawiałam z Romanem i wiem, że jest to imbecyl i że oczekuje, że ktoś o mojej pozycji będzie mu gotował, sprzątał, a on zabierałby mi wszystkie pieniądze, wydzielałby je oraz bił i zmuszał do wielogodzinnych modlitw. Gdy byłam studentką, napadł na mnie na uczelni i próbował wywieść do jakiegoś sanktuarium na kilkudniowe modlitwy.

Byłam tak przerażona jego obecnością na uczelni oraz wyłudzeniem moich ubrań od mojej mamy, że próbowałam się ratować. Wyciągnęłam swoje zaświadczenie o stanie cywilnym i zaczęłam pokazywać na dowód, że z tym człowiekiem, który twierdził, że ożenił się ze mną, gdy miałam osiemnaście lat, nie mam nic wspólnego. Zbierałam podpisy na kopii zaświadczenia, gdzie widniałam jako panna, żeby mieć dowód, że ludzie wiedzą, że nie jestem żoną Romana.

Pewnie udałoby mi się przekonać ludzi do tego, gdyby nie fala kłamstw pochodzących od Opus Dei. Zaczęto opowiadać, że to zaświadczenie nie jest moje, bo mam podobno nazywać się z domu Nowak. Jest to oczywista bzdura. Moje nazwisko jest po tacie, nie wychodziłam nigdy za mąż, nie zmieniałam go i jak najbardziej moimi rodzicami są Helena oraz Marian. To jest perfidne kłamstwo, że Barbara jest moją matką. Zabawne jest, że przed ludźmi, którzy nie znają sprawy i nie wiedzą, że osoba znana w fandomie jako „Yennefer” jest córką Heleny oraz Mariana, udaje moją mamę, Helenę Wieczorek. Jest to przykre, bo moja mama nie żyje od bardzo dawna.

Miałam swój dowód w ręku, miałam w ręku także swoje zaświadczenie o stanie cywilnym. Wszystkie papiery były w porządku, a jednak Opus Dei postanowiło ze mnie zrobić Małgorzatę Nowak, chorą psychicznie żonę Romana, która zaszczuła Yennefer. Pojawiły się też opowieści, że nazwisko Wieczorek noszę po mężu i Roman ma być podobno Wieczorkiem, trzecim dzieckiem mojego ojca. I w taki sposób ten schizofreniczny gang poszczuł na mnie polski fandom, twierdząc, że zaszczułam prawdziwą Yennefer. Historia, co miałoby się z nią stać, jest dostosowana do tego, kto słucha. W jednej wersji miałam ją zaszczuć i zabić, w innej zaś miała wyjechać do Stanów. Znaczy się, wyjechałabym, ale schizofrenik ukradł mi paszport z amerykańską wizą dla narzeczonej i zanim obroniłam pracę magisterską z psychologii (bo studiowałam na dwóch wydziałach), zostałam tak poturbowana psychicznie, że straciłam pamięć, a moi oprawcy mogli dalej robić, co chcieli. Ale i tak nie wyjdę za Romana. I nic nie poradzę, że mam takie wykształcenie jakie mam, chociaż gang schizofreników z Opus Dei twierdzi, że moje kolejne studia to dowód na moje urojenia.

No cóż, to jest kolejna próba przeprowadzenia akcji informacyjnej, która jest niezbędna (wszyscy psychoterapeuci o tym wiedzą), żeby udało się mnie obronić przed schizofrenikiem i jego samego wsadzić w końcu do psychiatryka. Wszyscy muszą przestać podtrzymywać jego urojenia. Ja osobiście wolałabym uciec przed nim do Arizony i gdy próbuje wedrzeć się do domu, bo działa pod wpływem urojeń, że może tam mieszkać (gdzie ja jestem), po prostu go zastrzelić. Zasada stand your ground bardzo mi się podoba. W Polsce niestety prawo zobowiązuje mnie do uciekania przed zagrożeniem i nie wolno mi agresora, który wielokrotnie wchodził do mojego domu i groził mi wielokrotnie śmiercią, zabić. No, ale może jeszcze uda się go wywabić do Arizony.

Gówno mnie obchodzi, co ludzie o mnie myślą, ale nie jestem Nowak i nie da się mnie wydać za Romana. Wypraszam sobie takie insynuacje. Dodam tylko, że działania „życzliwych” zniszczyły mi całe życie i sprawiły, że jestem sama i nie mam dzieci. I nie urodzę już żadnego dziecka, bo musiano wyciąć mi macicę oraz już weszłam menopauzę. Wszystkich kurwom, które do tego doprowadziły, bardzo nie dziękuję. Szczególnie tym, które mnie zaszczuły w krytycznym momencie, kiedy walczyłam o ostatnią szansę zostania mamą i możliwość pobrania komórek jajowych.

I bardzo proszę nie nazywać mnie już Yennefer. Z różnych powodów, niektórych bardzo oczywistych, jest to dla mnie zbyt bolesne.

I mam tylko nadzieję, że nikt już nie będzie ułatwiać Barbarze przemocowego łączenia par oraz ich rozdzielania, co zresztą jest jednym z ulubionych zajęć schizofreników i podszyte jest ich urojeniami, a nie znajomością prześladowanych i nękanych osób.

A z fandomem, który został zainfekowany szaleństwem Romana oraz Opus Dei, już nic mnie nie łączy. Możecie sobie dalej przybijać piątkę, że się mnie pozbyliście. Ja za wami nie będę płakać.

Ubranie

Jak już chyba wszyscy wiedzą, Roman, który udaje w fandomie (i nie tylko w fandomie) mojego męża, bardzo się interesuje moim ubraniem. Nie miało to tylko formy kultu cargo, czyli wyłudzenia od mojej mamy moich ubrań, pod pozorem, że Bret po nie przysłał, w nadziei że za ubraniami ja sama podążę i się w nim zakocham. Gwoli wyjaśnienia – mama pozwoliła mu zabrać te ubrania, bo końcu już kiedyś mieszkałam z facetem, a ponieważ Bret miał swoje warszawskie mieszkanie już od dawna, to trochę było dziwne, że nie mieszkamy razem. Póżniej już po ukradzeniu moich ciuchów pod pozorem – jak wspomniałam – przeprowadzenia mnie do Breta, gdy mnie nie było w domu, Roman wdarł się do mieszkania i przy mojej przerażonej mamie wywalił mi wszystko z szafy, obejrzał każdą sztukę odzieży i uciekł, zostawiając bałagan na podłodze, bo mama wezwała tym razem Policję. Nie wiem do tej pory, czego szukał, ale możliwe że chciał kolejną partię ubrań przejąć. A ledwo kupiłam sobie coś do noszenia na codzień, bo po wcześniejszej kradzieży praktycznie nic już nie miałam.

Moja rodzina wie, że mam z tym zakochanym schizofrenikiem problemy od dzieciństwa. Żadna ilośc prania mózgu nie jest w stanie mnie przekonać, że mam za niego wyjść, albo że kiedyś byliśmy razem. Tak samo nie mam zamiaru wychodzić za Michała, co jest kolejnym idee fix kogoś z otoczenia Opus Dei. Nigdy nie byłam w Michale zakochana i stąd wynikały. moje problemy z seksem. Niepotrzebnie byłam oskarżana o oziębłość, tym bardziej, że Michał sterowany przez schizofreników, którzy podawali się moich byłych, którzy niby wszystko o mnie wiedzą, kazali mu rezygnować z gry wstępnej, a problem z penetracją rozwiązali mu, nakazując używanie prezerwatyw, które są pokryte lubrykantem. Związek ratował mój psychoterapeuta i nawet udało się osiągnąć obopólną satysfakcję, ale skończyło się to tak, że Michał został nakłoniony do brutalnego gwałtu, Na jego usprawiedliwienie mogę tylko dodać, że ten nieochrzczony ateista wpadł w łapska Opus Dei, które zrobiło mu takie pranie mózgu, że zachowywał się jak Patricia Hearst. Co znaczy, że robił straszne rzeczy (panna Hearst, dziedziczka fortuny Hearstów, dokonywała napadów na banki z grupą terrorystów i strzela do ludzi oraz posługiwała się imieniem – o ile dobrze pamiętam – Tanya, czego nikt nie mógł zrozumieć). Michał miał tak jak panna Hearst poczucie, że jest tylko pasażerem w swoim ciele, które wykonuje rzeczy poza jego kontrolą. Niestety, tak wygląda zaawansowany syndrom sztokholmski. Ja w takim stanie weszłam pod tramwaj, czego nie chciałam, na całe szczęście opamiętałam się na widok miny motorniczego i skoczyłam do tyłu, uciekając śmierci. W taki sposób terroryści z Opus Dei próbowali mnie po raz kolejny zabić. Zgłosiłam to Policji.

Ale bez względu na to, co się będzie działo, bez względu też na kłamstwa rozpowszechniane o mnie oraz o moich wielbicielach, nie wyjdę za Romana. Jego upór i odmowa leczenia, zniszczyły mi całe życie, bo zgromadził wokół siebie stadko enablerów, którzy spijali mu każde jego urojenie z ust. Za nim dąży reszta jego rodziny z kolejnymi pokoleniami idiotów, którzy uważają się za „świętych” (co jest częstym schizofrenicznym urojeniem i nie powinno na nikim robić wrażenia).

Jakiś czas potem Adam, którego znam od dziecka, postanowił mi zrobić prezenty, bo ma za co być mi wdzięczny. Kupił mi kilka sztuk ubrań w moim obecnym rozmiarze, który jest większy od tego, jaki nosiłam na studiach. Między innymi zmiana rozmiaru jest powodem, dlaczego nie robi na mnie wrażenia przekonywanie mnie, że mam się związać z Romanem, bo „już ma moje ubrania”. Mój dzisiejszy pomiar jest dwa numery większy niż to, co kupowałam już stale w czasie studiów, więc rzeczy, które ma, w niczym mi nie są potrzebne. Zresztą chyba już odkupiłam sobie wszystko, co kiedyś miałam i straciłam. Rozmiar moich starych ubrań oznacza, że nie trzeba mnie było mnie „leczyć” z pomocą terroru na „anoreksję” pod dyktando wariatów, bo wcale tak bardzo nie schudłam. Człowiek tak potraktowany naprawdę zaczyna się przejadać i nie może nad tym zapanować. I to też jest jeden z powodów, dlaczego nie wróciłam do sportu. Kilka razy próbowałam wrócić do formy fizycznej, ale zawsze następował kolejny atak karzącej mnie sekty. Moje utycia nigdy nie były związane z ciążami, ale były spowodowane traumą i syndromem sztokholmskim.

Roman – już to wcześniej opisałam, ale powtórzę – wyłudził klucze od mamy Adama, bo postanowił i te kupione przez niego w prezencie ubrania przejąć. Na całe szczęście zderzył się z dwiema sukami, które wcale nie powitały go jak domownika. Również dla nich był całkowicie obcą osobą. Roman uciekł, za to Adam stanął przed rozwiązaniem zagadki, dlaczego jego białe psy mają zakrwawione pyski. Mieszkanie było zamknięta, a psy nie miały żadnych ran. Dopiero dokładniejsze śledztwo ujawniło, kto wyłudził klucze i skończyło na pośpiesznej wymianie zamków w drzwiach.

Ostatnio Roman znowu próbował się do mnie dobijać parę razy, ale wiem, że nie należy mu otwierać, bo chce się wprowadzić. Nie mam najmniejszego zamiaru na to pozwolić. Mam tak duże poczucie zagrożenia i nerwicę, że będę musiała się przeprowadzić gdziekolwiek. W sumie Adam ma już moje ubrania (które – w odróżnieniu od Romana – kupił, a nie ukradł), więc może mnie przyjmie na chwilę pod swój dach, zanim znajdę coś innego, albo wyjadę już na zawsze z Polski.

Przypomnę jedną psychoterapeutyczną zasadę. W przypadku amnezji z reguły „opiekuje się” swoją ofiarą i próbuje ją reprezentować właśnie schizofrenik, który tę amnezję wywołał swoim działaniem i prześladowaniem. Dlatego słucha się ofiary, jej emocji i pozwala się jej decydować za siebie. Amnezja nie jest powodem pozwalającym na ubezwłasnowolnienie człowieka, bo człowiek jest całkowicie racjonalny, więc próby takiego ubezwłasnowolnienia osoby z amnezją są olbrzymim przestępstwem wobec wszystkiego, także praw człowieka, bo nikt nie ma prawa decydować z kogoś, z kim ma być, czy nawet tylko rozmawiać. Więc nie łączy się przemocą osoby z amnezją ze schizofrenikiem, nawet jeśli uważa się go za multimiliardera oraz anioła. Bo nie, nie robi się tak i już.

Decyzja, aby postąpić inaczej, jest łamaniem podstawowych zasad społecznych. I nie uwierzę, że osoby z Kościoła, które zaplątały się w tę sprawę, czy jakieś moje koleżanki, nie znają tak podstawowych zasad postępowania z ludźmi. Ci wszyscy ludzie po prostu postanowili zostać przestępcami. Podejrzewam, że kierowali się jakimiś swoimi urojonymi zasadami, których nie podziela reszta społeczeństwa. Ale tak się składa, że mają równać do większości. A większość już dawno postanowiła, że takie postępowanie to przestępstwo.

Postać literacka

Dla ateisty, czyli kogoś takiego jak ja, Chrystus to postać literacka. Więc na wrzaski ludzi z Opus Dei, które miały mnie zdyscyplinować, odpowiadam, że tak, jak najbardziej „chcę zabić Chrystusa”. Ale nie czyni to z mojego ojca Żyda. Ciekawe zresztą, że edukacja religijna katolików sprowadza się do zastraszania, terroryzowania oraz wywoływania syndromu sztokholmskiego. To oczywiste, że nie dam się moralnie zaszantażować tym, że jeśli nie robię tego, co chce schizofreniczka Barbara, to „zabijam Chrystusa”. A niech ginie!!! I tak już nie żyje, bo w pewnej książce już go dawno zabito.

A skąd się ci ludzie z Opus Dei wzięli? A zostali przywołani przez zakonnicę, którą wkurwiło to, że moi rodzice uczyli mnie czegoś innego niż ona. Absolutnie nie była w stanie zrozumieć, że to rodzice wychowują dzieci, a nie Opus Dei. Według tego co mi powiedziano – a rozmawiałam z przedstawicielami Opus Dei, czyli Barbarą i Ryszardem, długo chociaż wbrew własnej chęci – typową praktyką katechetów jest wzywanie na pomoc tak zwanych „świętych” z Opus Dei oraz „zaręczanie” takiego zbyt pyskatego dziecka ze schizofrenikiem z tej organizacji, żeby takiemu dziecku nie było zbyt dobrze w życiu. Stąd wziął się Roman, który mnie prześladuje mnie od dzieciństwa. Takie nielegalne zaręczanie dzieci ma na celu zapewnienie, że tylko światopogląd katolicki przeważa w Polsce. Jeśli takie osoby jak ja nie zgodzą na to, aby związać się ze schizofrenikiem, są tropione całe życie i organizacja upewnia się, że nie będą szczęśliwe, ani nie założą innej rodziny. Mają też nigdy nie osiągnąć sukcesu, a wszystkie ich dokonania takich osób są przypisywane innym ludziom.

Jest pewna zasada – to zawsze osoby zdrowe wykorzystują chore. Moja wredna katechetka była przeszczęśliwa i zaśmiewała się z tego, że udało jej się wywołać u Romana i jego równie schizofrenicznej rodziny obsesyjne zainteresowanie mną i moimi krewnymi, które trwa do tej pory. Niestety schizofrenicy albo doprowadzą do samobójczej śmierci swojej ofiary (trudno znieść powtarzające się pranie mózgu, oszczerstwa i szczucie środowisk na siebie), albo jakimś cudem uda się wsadzić schizofrenika do psychiatryka, chociaż najczęściej w takim przypadku ucieka się do innego kraju. Schizofrenicy z Opus Dei (aka „święci”) mają poparcie całego Kościoła i posłuszeństwo wobec nich jest wpisane w Katechizm, bo są tymi ludźmi, „do których®ich mówi Bóg”. Są krańcowo zdemoralizowani. Podobnie Kościół nadaje im prawo zostania „opiekunami” jakiś dzieci. Ich współpraca z katechetami jest czymś oczywistym dla Kościoła.

Odmawiam porzucenia ateizmu tylko dlatego, że zostałam zaszczuta oraz zaczęto mnie za plecami pomawiać o bycie członkinią Opus Dei. To nie ja jestem ulubienicą Opus Dei, tylko Krystyna, której Opus Dei za plecami nadało ksywkę „Yennefer”. Jest ulubienicą schizofreników, ja nie.

Nie będę czołgać się przed Opus Dei. Mam za dobre przygotowanie psychologiczne, żebym dała się złamać przez terror oraz indukowane stany lękowe. Nie boję się wmawianego mi Piekła. Do Piekła zgodnie z moim światopoglądem idą wszyscy enablerzy oraz handlerzy takich schizofreników jak Barbara i Roman. Chociaż wierzę tylko w Piekło na Ziemi i zamierzam tam zaprowadzić tam cały Kościół Rzymsko-Katolicki. Muszą zerwać z tradycją zaszczuwania najzdolniejszych dzieci z każdego pokolenia, tylko dlatego, że jakaś durna katechetka zaczęła dbać o swój „autorytet”. Przede wszystkim nie powinna była dawać lekcji seksu, które były deprawacją dzieci, bo przekazywała treści narzucone przez Opus Dei, które są niezgodne z jakimikolwiek programem nauczania religii, czy konsensusem naukowym. Wmawianie dzieciom, że nie wolno mieć satysfakcji z seksu, czy też wmawianie, że wolno współżyć tylko parę razy, aby spłodzić potomka, nie powinno mieć miejsca we współczesnym świecie. To oczywiste, że dzieci oraz dorośli protestowali przeciwko takim „naukom”.

Tragedią jest, że ludzie, którzy wtedy zainspirowali moją katechetkę, tak dobrze odnaleźli się w fandomie i swobodnie prowadzili dalej kampanię oszczerstw wobec mojej rodziny oraz mieli luksus swobodnego zaszczuwania z wynikiem śmiertelnym każdej osoby, która im się sprzeciwiła, bo mnie znała i wiedziała, jaka jest prawda. Są też zawodowymi gwałcicielami, nie tylko mordercami.