Opisałam już wizyty schizofreników oraz ich fanów u siebie w pracy. Wspomniałam też o niekończących się próbach podkopania zaufania, mojego i innych ludzi, do tego co potrafię. Uświadomiłam sobie skąd się to wzięło.
Tym razem nie chodziło o schizofreniczkę Renatę, ale o siostrę Romana, schizofreniczkę Annę. W sumie jej działania były dla mnie jeszcze bardziej katastrofalne niż działania Renaty. Anna z całych sił próbuje mnie udawać.
Jak to schizofreniczki przeżywa ze jednocześnie ze mną moje romanse, oskarżając mnie o niszczenie jej życia. Twierdzi, że każdy razem to ona jest „prawdziwą ukochaną| mojego faceta. Wielu moich byłych było przez nią opisywanych jako jej „mężowie”. Niestety tak uwidoczniają się jej urojenia, których podstawą jest wcale nie tak tłumiona zawiść, która się z tej schizofreniczki wylewa.
Schizofrenia Anny nie ogranicza się do urojeń na temat moich facetów. Niestety jej zazdrość dotyczy też tego, co robię zawodowo. Furię Anny wywołało pojawienie się na rynku moich tłumaczeń. Zaczęła nachodzić mnie w pracy i razem z swoimi fanami robić mi awantury, w czasie których niszczyła mnie psychicznie i obrzucała obelgami.
Ludzie, którzy jaką wspierają, są przekonani, że „ukradłam jej tłumaczenie”. Jest to wierutna bzdura. Nie kontaktuję się z nią, tłumaczyłam sama, więc jeśli chodzi o to, że niby miałabym ukraść jej plik, to jest to niemożliwe. Jak najbardziej zawarłam umowę z wydawnictwem, dostałam egzemplarz powieści, więc ją przetłumaczyłam. Nie ukradłam też jej żadnego zlecenia. Jestem święcie przekonana, że szef wydawnictwa nigdy w życiu jej nie spotkał i że nie wykonała ani jednego gestu, który pomaga zdobyć zlecenie. Wszystkie zarzuty o to, że „zniszczyłam tłumaczkę” są wzięte wprost z jej urojeń. Jedyne co tutaj jest prawdziwe, to jej szlochy i skargi, ale to objaw choroby i zawiści. A nie mojego braku umiejętności, czy wredności. Tak się składa, że nie będę się kopać z koniem, bo mam kurwa dosyć. Wycofałam się z tłumaczeń, a jednak nigdzie nie widać żadnych tworów „geniuszu Anny”. Jedynie ona i jej sfora wykopali mnie z różnych miejsc i tłumaczeń. Ale nie będę za nią tłumaczyć, aby mogła to przedstawić jako swoje dzieło. Tak samo jak nie będę za Renatę pisać.
Tak się składa, że muszę za coś żyć, więc nie dam się wykopać z mojego głównego miejsca pracy. Gang schizofreniczki Anny musi się zadowolić tym, że ma pod swoją kontrolą polski fandom. Bawcie się dalej dobrze niszcząc ludzi wskazanych przez schizofreników.
Grzeczna prośba – odpierdolcie się ode mnie!!!
Byłam przez gang Anny atakowana także w czasie konwentów. Wmawiano mi, że nie znam angielskiego i że powinnam przestać tłumaczyć. Doprowadzono mnie do takiego stanu, że nie mogłam przetłumaczyć drugiej części cyklu, bo cierpiałam z powodu indukowanej psychozy (na całe szczęście takie rzeczy mijają), więc zrezygnowałam. Odrzucałam wszystkie próby kontaktu i byłam w tak złym stanie, że doprowadzono mnie wtedy nie tylko do amnezji, ale też właśnie do indukowanej psychozy.
Końmi nikt mnie teraz nie zaciągnie do fandomu. Wolę nie pisać, nie tłumaczyć i być sama. Za wiele razy traciłam mężczyzn przez tę zgraję schizofreników i ich pomocników. Mam też dosyć aspergerowców zakochanych w schizofrenikach z tego gangu. Aspergerowiec potrafi człowieka zabić, aby tylko postawić na swoim i udowodnić, że schizofrenik ma rację.
Prawda jest taka, że to Anna i jej znajomi zniszczyli tłumaczkę, a nie ja. Anna nie jest tłumaczką, nie studiowała Anglistyki. Jest urojenia powodują, że – wiedząc, że nic nie potrafi i nie funkcjonując na rynku tłumaczeń – oskarża mnie o to, że z mojego powodu nie tłumaczy. Niestety jej potrzeby schizofreniczne koncentrują się na chęci robienia wszystkiego, co ja robię. Jestem jej obsesją i jej chory mózg podsuwa jej powiązania, które tłumaczą, dlaczego świat się nie zgadza z jej urojeniami. Według jej schizofrenii odzyska swoje „umiejętności”, gdy mnie zniszczy i ja jej „oddam” tłumaczenie. Przerwałam tłumaczenie cyklu, ale oczywiście jej to nie zadowoliło. Jakoś wydawnictwo z nią się nie skontaktowało i nie została tłumaczką.
Taki schizofrenik może swoją ofiarę zabić, bo chory mózg podsuwa mu, że zabicie ofiary sprawi, że nie będzie już przeszkód, żeby świat uważał go za prawdziwego twórcę, w tym przypadku tłumaczkę.
Analogicznie mogę paść ofiarą Renaty, która już myśli, że moja śmierć jest rozwiązaniem jej problemu i że po mojej śmierci wszyscy już będą pewni, że jest „Yennefer” i autorką wszystkich moich tekstów i pomysłów.
Już wielokrotnie słyszałam, że mam umrzeć, bo to rozwiąże wszystkie problemy schizofreniczek i na świecie zapanuje miłość. One oraz jej pomagierzy żądali, abym sama się zabiła. Ofiara schizofreników zabija się, żeby przed nimi w końcu uciec, ale oczywiście nie rozwiązuje to problemów schizofreników, bo prawdziwym ich problemem jest ich własna choroba psychiczna.
To nieprawda, że „wszyscy mnie kochają” – schizofrenicy to Marsjanie nie z filmu „Mars Attacks”. Dwulicowi schizofrenicy mnie nienawidzą z całych sił i chcą mojej śmierci. Już mnie wielokrotnie przyjaciele wyciągali z dołka i odwodzili od decyzji o samobójstwie.
W takim stanie, w jakim ja się znajduję, ludzie zabijają się, bo dokonują na sobie eutanazji ` pokosu krańcowego cierpienia. Muszę to opisać, bo mnie zmuszono do tego i działam w ramach syndromu sztokholmskiego, ale też dobrze, aby pomagierzy schizofreników wiedzieli, co naprawdę zrobili. Oczywiście, że schizofrenicy spodziewali się zupełnie innych wyznań na blogu, o wiele bliższych ich urojeniom.
Mnie obiecano, że jeszcze będę szczęśliwa, więc jakoś się trzymam. Ale nie chcę nikogo z tych schizofreników oglądać na oczy i mam zamiar bardzo dokładnie selekcjonować ludzi, z którymi się kontaktuję.