„Leczenie seksem”

Jak bardzo na niskim poziomie jest świadomość psychologiczna w narodzie (szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę tą część, którą nazywam religijną prawicą) widać w oczekiwaniach, że psycholog może kogoś „leczyć seksem”. A z takimi oczekiwaniami się spotkałam. Możliwe, że wynika to z kontaktów ze schizofreniczkami, które podają się za „psychoterapeutki”.

Postawmy sprawę jasno, psychoterapeuci mają obowiązek zachowywać profesjonalny dystans przy jednoczesnym życzliwym traktowaniu pacjentów. Bardzo możliwe, że w życiu pacjentów kontakt z psychologiem jest jedynym pozytywnym kontaktem z kimś, kto nie ocenia, za to traktuje życzliwie i stara się tłumaczyć różne prawidła i zasady psychologii, a także mówi, co może powodować, że komuś coś nie wychodzi w życiu. Kontakty seksualne są oczywiście zabronione i psychoterapeuci, mając świadomość, że pacjent może się zakochać, są zobowiązani utrzymać profesjonalizm tych kontaktów. Czyli przypomina się, że relacja wyklucza kontakty przyjacielskie czy romantyczne. Pacjenci są zniechęcani do formowania więzi innych niż te, które wynikają z sytuacji pacjent-psycholog.

Za to moje znajome schizofreniczki, z tego co usłyszałam, „leczą seksem” i podobne zachowanie było mi reklamowane, jako coś co ja też powinnam robić. Powiedzmy sobie szczerze, nie interesuje mnie to. Przy czym wierzę, że faceci wciagnięci do wyra przez schizofreniczki (i na odwrót, babki sypiające ze schizofrenikami) czują się świetnie i pozbywają się wątpliwości. Ale powodem nie jest psychoterapia, ale zalanie mózgu endorfinami. Taki seks działa jak łapówka, więc „pacjent” przestaje być obiektywny i bez problemu przyjmuje chorą perspektywę schizofrenika, gotowy we wszystko uwierzyć bez jakichkolwiek problemów.

Schizofrenicy mają podkręcone libido na maksa, można wręcz powiedzieć, że przeżywają schizofreniczną ruję. Chcą seksu, lubią seks, w odróżnieniu od zwykłych ludzi nie potrzebują do seksu odpowiedniego nastroju, czy zabiegów drugiej strony, czy też atrakcyjnego partnera. Niedoświadczeni faceci, raczej prymitywni w łóżku wpadają w pewną pułapkę, bo przeżywają takie uniesienie ze schizofreniczkami, że uważają je za żywe Boginie na Ziemi.

Wyjaśnię, co się dzieje od strony seksuologii. Tak naprawdę nie tylko kobiety potrzebują dłuższej stymulacji do odczucia prawdziwej satysfakcji i sam wytrysk nie oznacza monumentalnego orgazmu. Ten następuje dopiero po którymś wytrysku podczas miłosnej nocy. I tutaj napotykamy problem. Religijna prawicą z katolickimi seksualnymi zahamowaniami posiada tak niską wiedzę o seksie, że panowie nie tylko nie zadowalają swoich żon, ale sami też nie przeżywają prawdziwego orgazmu. W efekcie zbyt łatwo wpadają w sidła schizofreniczek-prostytutek, które bardzo szybko są gotowe bez żadnej dodatkowej stymulacji odbyć pod rząd kilka stosunków. Za to legalne małżonki potrzebują kwiatów, zabiegów, odpowiedniego nastroju i czegoś, co nazywa się kulturą i ars amandi. Czyli tych rzeczy, do których kler zniechęca, bo ma być szybko i bez grzechu. Panowie, porównując małżonki ze schizofrenicznymi kochankami, szybko dochodzą do wniosku, że ich żony są oziębłe, szczególnie jeśli zastosowali się do rady księdza i „nie bali się zgwałcić żony” w noc poślubną. Ja powiem, że nie ma oziębłych kobiet. Gwarantuję, że z kobietami zdrowymi można też osiągnąć spełnienie w łóżku, co więcej one też osiągną maksymalną satysfakcję. Ale trzeba się starać i myśleć o drugiej stronie. A także poszerzać wiedzę, chociaż to jest zabronione przez katolicki zabobon i poczucie wstydu.

Z Michałem świetnie dogadywaliśmy się w łóżku, oczywiście dopóki nie wtrącili się schizofrenicy i całkowicie poza moją wiedzą nie zaczęli instruować Michała w taki sposób, że seks przestał być, czymś, co nas łączyło. Podejrzewam, że Barbara i Ryszard, kierując się katolickim poczuciem, co wypada, postanowili przerobić nas na osoby, które nie mają przyjemności z seksu, za to cierpią i harują ponad siły. No bo trzeba by było zarobić na te dzieci urodzone zaraz po dwudziestce, do czego planowali nas zmusić. I chuj by studia strzelił, nie mówiąc o dobrej płacy później.

Najzabawniejsze, że teraz gdy mam dyplom wyższej uczelni, największym problemem schizofreników, jak usłyszałam, jest „skąd ona ma pieniądze”. Wcale nie mam aż tak dużych pieniędzy, jak na kogoś, kto skończył studia. Ale bardzo warto było skończyć studia na dwóch wydziałach. Mam też absolutorium, oprócz magistra Anglistyki. I nie muszę się kurwić.

Katolicki kler wydziela ludziom seks na kartki i dba o to, aby nie było z niego radości. Jest to sposób kontrolowania ludzi i podporządkowywania ich sobie. Padliśmy tego ofiarą z Michałem. Nie mylę się tej kwestii, pamiętam „nauki” mojej katechetki. Wiem, że ideałem jest seks bez przyjemności, do którego dochodzi wyłącznie w celi spłodzenia dzieci. I najlepiej, aby liczba stosunków była identyczna z ilością dzieci. Byliśmy przerabiani na takie osoby. Miałam też ochrzcić Michała. Zamiast tego kler widzi moją bardzo publiczną apostazję i pokazywanie moich ran na blogu.

Nigdy się z katolickim podejściem do seksu nie zgodzę. Ludzie mają prawo do szczęścia. I dobry seks jest też możliwy w małżeństwie, a nie tylko ze schizofrenicznymi katolickimi kurwami. Które są wręcz wyszukiwane i wdrażanie do zawodu. Mnie też chciano tak urobić już w dzieciństwie, ale opowieści o kosmopolitycznym pochodzeniu moich rodziców naprawdę nie były moim urojeniem. I nie byłam łatwą schizofreniczną ofiarą naganiaczy.

I bardzo mnie bawią przerażone westchnienia schizofrenika, który – gdy usłyszał lata temu, co zamierzam napisać na blogu, – jęczał, że „jeśli ona to napisze, to będzie po Chrystusie w fandomie”.

Nigdy nie udało mi się dowiedzieć od któregokolwiek z tych schizofreników, co to znaczy „Chrystus w fandomie”, ale spodziewam się czegoś w rodzaju ochrzczenia i nawracania metali i pogan (chociaż, jak mi powiedzieli, nie wierzą w istnienie pogan, ale ja muszę odpowiedzieć, że wiem, że istnieją). Ja osobiście nie dam się ochrzcić, ani nawrócić. Chociaż spotkały mnie wszystkie opisane w podręcznikach metody kontroli i zaszczucia, jakie stosują sekty, przy czym absolutnie ani razu nie wyraziłam chęci przystąpienia do Opus Dei. Nigdy nie byłam religijna. Nie ma takiej możliwości, abym cofnęła apostazję. Nie mają znaczenia kłamstwa schizofreników w tej kwestii. Wszystko, co trzeba wiedzieć o moich poglądach na kwestie religijne, znajduje się na blogu i nie trzeba sięgać do bełkotu schizofreniczek.

Bardzo niezabawne za to jest, że wystarczyły urojenia schizofrenika, aby wiele osób uznało, że nie mam żadnych praw i że jestem tego schizofrenika własnością i że ten kutas może nie tylko mną, ale też moimi rzeczami swobodnie dysponować.

Nie da się cofnąć tego, co ludzie zrobili pod jego wpływem i pozostaje tylko żałować, że nawet dla prawników religijnej prawicy prawo i prawa człowieka to coś, czego absolutnie nie rozumieją. Bo nawet zakładając, że zostałabym legalnie ubezwłasnowolnienia (chociaż tak nie było) to ubezwłasnowolnienie nie oznacza niewolnictwa. Osobowa ubezwłasnowolniona naprawdę ma szereg praw. I przede wszystkim nie może być ubezwłasnowolniona osoba, która jest niezależna i samowystarczalna. Nie może być też zmuszana do zawarcia małżeństwa wbrew jej woli. Również sama różnica zdań nie wystarcza do tego, aby kogoś ubezwłasnowolnić.

Nie należy też wierzyć, że ubezwłasnowolnienie oznacza, że można kogoś bezkarnie okradać z własności intelektualnej, bo „opiekun” pozwolił, szczególnie jeśli w pomieszczeniu pełnym ludzi okradana osoba powiedziała, że nikt nie może korzystać z konspektów przechowywanych przez Michała. To, że wyłudził je od niego schizofrenik, nie oznacza, że plagiatorka ma prawo ich używać, a potem zaszczuwać osobę, którą okradziono, i okazywać rażącą niewdzięczność. Nie dostała tych konspektów ode mnie. Absolutnie nie ja powinnam przepraszać. Tym bardziej, że ani Roman nigdy nie był moim mężem, ani nigdy nie zostałam ubezwłasnowolniona.

Przy czym oczywiście, ani Roman, ani Barbara czy Ryszard nigdy nie byli moimi bliskimi, więc z całą pewnością nie mogli wystąpić do Sądu Opiekuńczego i przejąć pode mną pieczy. Przy czym to co zrobili, to typowe akcje schizofreników z ich typowymi urojeniami. Nikt nigdy nie powinien aż tak bardzo przejmować się ich kłamstwami i urojeniami, aby łamać obowiązujące w Polsce prawa, także te medyczne.

Niestety takie osoby, jak ojciec Michała, gdy znajdą się w środku jakiejś schizofrenicznej intrygi, mają minimalne szanse na zrozumienie, co się dzieje. Najlepiej pomagają ludzie z zewnątrz, tak ja mu pomogłam poradzić sobie z gangiem schizofreników, który go nękał od dzieciństwa. Popełnił ten błąd, że myślał, że mówiąc o schizofrenikach, którzy mnie prześladują, odnoszę się do „jego” schizofreników. Nic dalszego od prawdy nie było. Niestety ludzie zostali zaszczuci i stracili życie, bo nie dostałam pomocy. Schizofrenicy z mojej podstawówki, którzy znaleźli sobie miejsce w fandomie, są jednymi z najgroźniejszych schizofreników, jakich ojciec Michała widział. I dostają zbyt dużo pomocy.

Zawiodłam się bardzo. Ojciec Michała i on sam, gdy chcieli mi pomóc, bo zorientowali się w sytuacji, też bardzo się zawiedli na kilku osobach. No cóż, fanatycy religijni, to fanatycy religijni, a idiotki wychowane od dzieciństwa przez schizofreników, to idiotki wychowane na wariatki i wściekłe tępe suki.

Jednym słowem, nikt kim trzeba się przejmować.

Dodaj komentarz