Drzewo, o które roztrzaskał się Piotr, było jednym z bardzo licznych drzew, które spróchniałe, wpadają do wielu jezior. Jest to typowy wypadek na jeziorze. Dlatego też należy w łodziach, szczególnie szybkich, zapinać pasy.
Roman i jego brat przypisują sobie rolę sprawczą w tym wypadku, z paru powodów. Po pierwsze jako schizofrenicy chcą uchodzić za ludzi o prawie boskich możliwościach, a także wykorzystują każdą okazję, aby sterroryzować i przerazić swoją ofiarę, którą poddają torturom, chcąc przekonać, że białe jest czarne, czarne jest białe, a ich wszystkie urojenia są prawdziwe.
Powtórzę jeszcze raz – moje problemy psychiczne są przejściowe i wywołane przez ataki schizofreników. Opisywałam ich działania już wcześniej. Ani ja nie jestem żoną Romana, ani mój tata nie był niczyim gwałcicielem. Gwałcicielami byli wyłącznie ojcowie mojej koleżanki i kolegi z podstawówki, obaj schizofrenicy, co od lat siedemdziesiątych doskonale jest wiadome Policji, bo po napadzie na mnie od razu poszłam na komisariat. Nie ma wątpliwości, kto był pedofilem i gwałcicielem. Z całą pewnością nie był to mój rodzony ojciec, co najwyżej pedofil, który czasemi lubi podawać się za najlepszego przyjaciela mojego taty, abo mojego zastępczego ojca, czy też wręcz rodzonego. Nie mam z ojcem Renaty nic wspólnego. Jest to mój osobisty wróg tak samo jak Nycz. Mój tata nie utrzymywał z nim kontaktów. Ja też nie utrzymuję.
Nikt z gangu Roman i Renaty nie są ludźmi z mojej rodziny, ani ktoś z kim utrzymuję kontakty.
A Piotr zmarł tak jak chciał, beż uczucia lęku i wduszając pedał gazu, ile się tylko dało. I lekceważył przy tym, jak zwykle, obowiązek zapinania pasów. No bo kto bogatemu zabroni. Najwyżej zapłaci kolejny mandat, którego nawet nie odczuje. A za to będzie żył, tak jak chce – bez uczucia lęku. Moim zdaniem był pozytywnym, dobrze socjalizowanym, psychopatą, bo tylko tacy nie zachowują ostrożności, bo uważają swój brak lęku za cechę pozytywną. Tacy ludzie lekceważą przepisy i ponieważ nie odczuwają lęku, który jest jest zdrową reakcją i pozwala zachować odpowiednią ostrożność, bardzo często ginął giną w wypadkach. Nie jest to trudne do przewidzenia, gdy ktoś ma odpowiednią wiedzą psychologiczną połączoną z kryminologiczną. Takie wypadki na jeziorach są bardzo częste, więc śmierć Piotra nie jest zaskoczeniem. Jak wiele osób wie, przeczytałam kiedyś podręcznik na temat przyczyn wypadków i takie wydarzenie na jeziorze, jak już wspomniałam, jest czymś typowym. Piotr za to uważał, że zawsze zauważy w wodzie odpowiednie wcześnie spróchniały pień. No ale go nie zauważył. Miał zawsze gorszy refleks ode mnie. A na jeziorze i łodzi nie miał najlepszych na świecie poduszek powietrznych, podobnych do tych, jakie pomogły mu przeżyć w samochodzie dachowanie bez zapiętych pasów. Jego brawura i debilizm mnie zawsze od niego odpychały. Przy tym dachowaniu skurwysyn po prostu miał szczęście. Poduszki powietrzne wybuchające z bardzo siła potrafią zmiażdżyć twarzoczaszkę, gdy ktoś nie ma zapiętych pasów. A Piotr przy dachowaniu od razu poleciał w górę, więc nie uderzył głową w wybuchającą poduszkę.
Tak się składa, że o mało co a nie wzięłam udziału w identycznym wypadku. Było to na morzu w bardzo słoneczny dzień i zauważyłam pień drzewa, tylko dlatego, że uniosła go fala. Skipper, który był skoncentrowany na obserwowaniu morza nie zauważył zagrożenia. Skręcił w ostatniej chwili. Nie ma żadnej możliwości, aby zauważyć spróchniały pień na jeziorze w nocy. To jest bardzo typowy wypadek.
Dla mnie takie zachowanie było skrajną nieodpowiedzialnością i tępotą, więc nie byłam w stanie utrzymywać z nim kontaktów. A kobieta, która była z nim w łodzi, to wbrew opowieściom schizofreników nie byłam ja. Tylko kelnerką, którą przewoził przez jezioro, aby mogła złapać autobus. Taki był jego zwyczaj, bo był jednocześnie życzliwy ludziom.
Chociaż przez bardzo długi czas nie potrafił zrozumieć, że opowieści o moim małzeństwie z Romanem, czy przyjaźni, albo pokrewieństwie ze schizofrenikami z mojej podstawówki, są po prostu opowieściami wariatów i nikt z wariatów, podających się za moją rodzinę, nie jest ze mną związany. Aż nie chce mi się wyliczać, ile związków, czy przyjaźni straciłam przez kłamstwa i intrygi moich gwałcicieli z podstawówki, którzy jednocześnie nie tylko mnie opluwali swoimi kłamstwami i urojeniami, ale lata wcześniej zaszczuli mojego tatę tak, że przestał brać udział w konwentach.
Nycz autentycznie był też jego wrogiem, nie tylko moim, więc niech nie udaje teraz przyjaciela „księcia Mariana”, a ze mnie niech nie robi jakieś „nawróconej grzesznicy” czy „kurwy”. Ta kościelna wesz ma zniknąć za kratami więzienia. Nikt z mojej rodziny go nie zna i o ile się orientuję, nie chce znać. Koleguje się ta kurwa kościelna (tak, zgodnie z prawem mogę odpowiedzieć dokładnie takimi samymi epitetami, jakie wobec mnie mnie stosował bez zagrożenia karą), powtórzę więc koleguje się ta kurwa kościelna z samymi wariatami, a nie ze mną, czy moimi krewnymi.
Jest to wredny skurwysyn, który zniszczył mnie i mojego ojca swoimi pomówieniami. Ma zniknąć z fandomu. No chyba, że fandom rzeczywiście składa się z samych wszy, schizofreników i kurew.