Archiwum miesiąca: marzec 2026

Prawo własności

Mam nadzieję, że ten wpis zakończy pewną aferę, która ciągnie się od czasów mojej podstawówki. Wtedy to właśnie schizofreniczne dzieci, z którymi chodziłam do szkoły, uknuły spisek, aby wejść w posiadanie mieszkania. Miałam albo pójść do klasztoru, albo zaszczuta przez nich się zabić, a oni mieli zostać dziedzicami moich rodziców. I to był powód dlaczego się podlizywali moim rodzicom za moim plecami oraz fałszywie przedstawiali jako moi przyjaciele. Stąd także się wzięły jeszcze inne marzenia i urojenia tych osób, które zostały rozpowszechnione wśród warszawskich fanów.

Dla zwolenników wariatki Renaty mam złe wiadomości – jestem dokładnie tą osobą, za którą się zawsze podawałam. I jestem jedyną dziedziczką mojej mamy, Heleny. Zupełnie niepotrzebne mi były wjazdy do mojej pracy (i to niejednej) zwolenników i kochanków schizofreników, którzy mieli nadzieję, że terrorem zmuszą mnie do oddania mojego mieszkania. Nie powinnam też była wysłuchiwać krzyków i wrzasków (a wszystko działo się, przypominam, w pracy przed studentami), że mam oddać klucze i że jestem wariatką. Zupełnie też bez sensu było wplątanie w to prawnika N., czy też innych osób, także psychiatrów i psychologów, bo to nie ja byłam problemem, i to nie ja powinnam się leczyć. Niestety takie urojenia kleptomanek schizofreniczek, jak te panie z mojej podstawówki, są bardzo częste. I powinny takie rzeczy zawsze być pozostawiane Policji i biegłym. Samosądy i zaszczuwanie różnych osób (w tym też mnie) to objaw skrajnej demoralizacji i nic więcej nie mogę na ten temat powiedzieć. Dodam tylko, że ja sama postanowiłam trzymać się od tego środowiska już zawsze z daleka i nie pcham im się na oczy. Nic nie mogą zrobić, abym zmieniła zdanie na temat osób, które mnie zaszczuwały całe moje życie i torpedowały moje plany osobiste i zawodowe swoimi kłamstwami ora urojeniami. Zbyt się ich boję, aby uczestniczyć w warszawskich konwentach, bo takie imprezy bardzo trudno ochraniać.

Swoje mieszkanie zajmuję jak najbardziej legalnie i nikt inny nie ma do niego prawa. Odebrałam dzisiaj legalny dokument, w którym zawarte jest wszystko, co tylko sądom jest wiadome o moim mieszkaniu. Jestem zatem gotowa do wstąpienia na drogę powództwa cywilnego, bo mam już dosyć złodziei i skurwysynów z warszawskiego środowiska fanów fantastyki.

Wcale już nawet nie chcę, aby osoby zakochane w schizofrenikach (czyli Renacie i Romanie) mnie przeprosiły. Nie ma to dla mnie znaczenia po tym, jak zniszczyły mi całe życie, pomimo wysiłków wszystkich moich przyjaciół oraz prawdziwych psychoterapeutów, aby postawić mnie na nogi. Całe moje życie to rollercoaster i po podniesieniu się z depresji i zaszczucia byłam ponownie atakowana i wyzywana. Nic, co jest związane z warszawskim fantomem, nie ma już dla mnie znaczenia.

Kurwy i ich wielbiciele, bardzo proszę, odpierdolcie się ode mnie. Ani Renata nie ma prawa do mojego mieszkania, ani Roman czy Ryszard nie są moimi „opiekunami prawnymi”. Są po prostu złodziejami i oszustami, jak to zwykle jest ze schizofrenikami, którzy odkrywają, że dzięki kłamstwom i wyłudzeniom nie muszą się leczyć, a mogą dostawać kasę za nic. W czym zawsze pomagał im Kościół i brał swoją dolę za ochronę.

Nie mogę umieścić całego dokumentu, bo nie pozwala na to WordPress, a nie chce mi się szukać w Sieci, jak to obejść, bo pewnie wystarczyłoby zmienić jedną linijkę kodu. Ale wrzuciłam skan całego dokumentu sobie do Chmury i mogę w każdej chwili okazać.

Pokojówka

Czyli wpis o podłościach Kościoła Rzymsko-Katolickiego i mojej walce z niesprawiedliwościami, jakie spotykają ludzi żyjących w katolickim kraju.

Pewnego lata, jeszcze na początku podstawówki spędzałam wakacje z rodzicami na letnisku na wsi. Nudziłam się, więc jak zwykle rozmawiałam ze wszystkimi i próbowałam się dowiedzieć wszystkiego o ludziach ze swojego otoczenia (nawet tymczasowego). Pewna młodsza ode mnie drobna dziewczynka siedziała zapłakana. Dowiedziałam się, że rozpacza, bo musi zostać zakonnicą, bo zarządała tego katechetka. Nie wiem, czym jej to dziecko podpadło, ale widać była za szczera i zbyt otwarta. Ogarnęło mie przerażenie, bo byłam wychowana wolnościowo i wierzyłam, że każdy ma prawo sam kształtować swój los. Więc nie ma miejsca na aranżowane małżeństwa, ani na wybieranie komukolwiek wbrew jej czy jego woli kariery kościelnej. Stwierdziłam, że muszę temu dziecku pomóc.

Powiedziałam jej, jakie ma prawa i że coś takiego nigdy w życiu nie powinno się było wydarzyć. Porozmawiałam z moim ojcem, ale rodzina u której wynajmowaliśmy pokoje była zastraszona przez księdza i zakonnice. Psychoterapeuci wiedzą, że praktycznie wszyscy z Kościoła są zdemoralizowani, bo są przyzwyczajeni groźbami osiągać wszystko, co tylko sobie wymarzą. W podobny sposób – czyli terrorem – wchodzą w posiadanie dóbr poczesnych, którymi oficjalnie gardzą. Znam te metody, bo stosowano je także na mnie – są opisane jako zbrodnicze w podręczniku o sektach. Naprawdę kościół Rzymsko-Katolicki powinien być zdelegalizowany, bo są groźniejszy od mafii, która Kościoła i Opus Dei się boi. Przestępcy się ich boją, chociaż sami przestępcy potrafią nieźle zniszczyć ludzi za odmowę współpracy. Ale nie potrafią zrobić człowiekowi takich rzeczy, jakie potrafią zrobić zatrudnieni przez Kościół schizofrenicy, którzy są szczuci na niepokornych, którzy kontestują całkowitą i absolutną władzę Kościoła.

Nie jestem osobą, która się łatwo poddaje, więc zaczęłam myśleć, jak dziewczynce pomóc. Poprosiłam tatę, żeby jej dał trochę pieniędzy na autobus do Warszawy i dostała też telefon do ojca Piotra, żeby w rezydencji zatrudniła się jako pokojówka. Oczywiście mogła to zrobić dopiero jako osoba pełnoletnia. Dowiedziałam się później, że pozwolono jej skończyć tylko podstawówkę i oddano w niewolę do zakonu. Zakonnica, którą niby obraziła, torturowała ją i kazała pracować ponad siły. Pewnego razu dziewczyna w zakonie musiała szorować podłogi oraz kible przez bite dwadzieścia cztery godziny. Na całe szczęście nauczyła się różne informacje i swoje opinie zachowywać tylko dla siebie. Odczekała do swoich osiemnastych urodzić i nad ranem wymknęła się z budynku zakonu.

Mój tata i ojciec Piotra znali się jeszcze z czasów francuskich, obaj już wtedy byli przyjaciółmi. Piotr został przeze mnie ostrzeżony, że ktoś taki jak ta dziewczyna będzie szukała pomocy. Na całe szczęście była na tyle potulna, że nie zrobiono jej tego, co zrobiono mnie i nie straciła pamięci, bo katowano ją tylko fizycznie i odmawiano jedzenie. Ma niecałe metr czterdzieści i przeszła w dzieciństwie piekło.

Mam z nią tylko tyle wspólnego, że moja katechetka też się na mnie uwzięła, bo poczuła się obrażona, bo ją poprawiłam i zaczęła opowiadać o mnie kłamstwa, a także poszczuła na mnie swoich znajomych „świętych” – czyli schizofreników, którzy zgodnie z prawem mogą nawet bezkarnie kogoś zabić. Kościół to nie jedyni przestępcy, którzy posługują się chorymi psychicznie ludźmi, aby kogoś zastraszyć lub sobie podporządkować. Czy też zemścić się za odmowę współpracy.

Moja katechetka miała tego pecha, że moi rodzice to wielkomiejscy ateiści i nie zamierzali spełniać jej żądań. To że wyznaczyła schizofreników na moich „zastępczych rodziców” wcale jej wiele nie pomogło. Nie da się mnie nawrócić, bo jedyną religią, jaką szanuję jest Wicca. Oprócz tego jestem ateistką i kieruję się nauką we wszystkim, co robię. I nie jestem zbuntowaną pokojówką, więc bardzo proszę się ode mnie odpierdolić.

Fałszywa tożsamość

Jedną z najzabawniejszych opowieści o mnie rozgłaszanych przez schizofreników z mojej podstawówki (oraz okolic) jest ta jakobym nie potrafiła nawet włączyć komputera. Mam też mieszkać w mieszkaniu komunalnym i podszywać się pod pisarkę Małgorzatę Wieczorek. Wprawdzie nie utrzymuję się z pisania, więc mam opory przed nazywaniem się „pisarką”, ale moi przyjaciele twierdzą, że nie powinnam się niczego wstydzić.

Ale wariatki i wariaci oraz imbecyle nie zatrzymują się na tym. Nie tylko nie jestem pisarką, ale mam też bezzasadnie uważać się za anglistkę. Według tego grona nie mam nawet matury, nie mówiąc już o dyplomie wyższej uczelni. Nie znam też angielskiego. Chociaż, przyznam, są osoby z tego grona, które jednak zauważają, że angielski „trochę” znam. Oczywiście nie jest to żadną moją zasługą, tylko faktu, że miałam niby nauczyć się angielskiego w amerykańskiej podstawówce, gdzie się uczyłam, zanim przyszłam do szkoły w mojej okolicy w Warszawie. I to podobno z czasów mojego pobytu w Stanach mam znać Breta.

Breta znam, jak już wspomniałam, z koncertów. Szczególnie tego, na który przybył jako słuchacz, bo wylot do ojczyzny mu się przesunął. Po jakimś czasie pojawił się w Warszawie jako artysta, a ja jak zwykle wtedy dręczyłam – ku zadowoleniu wszystkich – dźwiękowca, aby dźwięk był jak najlepszy. Dzięki mojemu woluntariatowi (który sama klubowi zaproponowałam – wcale tam nie pracowałam, rzuciwszy studia, jak twierdziłam wariaci, nadal dzielnie uczyłam się) poznałam zresztą wielu ciekawych muzyków. Chociaż Ravna poznałam, gdy był jeszcze grubym nerdem, bo jak wiele innych osób, przyjechał na Polcon mnie zobaczyć, bo opowieści Andrzeja przyciągnęły ciekawość fanów. Bretowi też o mnie opowiadał. Bardzo źle się stało, że on i Nycz stanęli w pewnej sprawie po stronie wariatów i okłamywali moją matkę.

Te opowieści oczywiście przyciągnęły ponownie wariatów z mojej podstawówki, bo inaczej by mnie nie odnaleźli i nie rozpoznali. Ludzie, którzy mówią, że mam w życiu szczęście, mylą się całkowicie. Nikt nie ma większego pecha ode mnie.

Ambasada

Ślub z Ravnem wzięłam w Ambasadzie Norweskiej, a moją świadkową była najlepsza przyjaciółka. Oczywiście nie był to nikt z gangu Renaty czy Romana, bo z tymi osobami nie chcę mieć nic wspólnego od dzieciństwa. Nie rozmawiam z nimi i nie rozmawiałam o także nigdy nie prosiłam o „pomoc”.

Pokazałam się z Ravnem jako mężem na polskim konwencie i byłam bardzo szczęśliwa, bo w ten sposób zablokowałam schizofrenika Romana. Nie mógł starać się zostać moim mężem, a potem po mnie dziedziczyć, jeśli byłam mężatką. Niestety on wraz ze swoim bratem, jak go nazywa, zabił Ravna później w Oslo. Wiedziałam o ich groźbach i ostrzegałam Ravna, ale i tak nie udało się go ocalić. Świat muzyki stracił doskonałego wokalistę, a moja osobista strata jest, jak myślę, oczywista.

Bardzo szybko zostałam przez schizofreników oraz ich pomagierów tak skatowana, że straciłam pamięć. Moja norweska rodzina próbowała mi pomóc, ale sama amnezja nie jest powodem do ubezwłasnowolnienia kogoś. Zostałam sama na pastwie schizofreników oraz ich enablerów. Przez jakiś czas jeszcze byłam racjonalna i wtedy próbowałam wyjść za Breta. Ale zapowiedzi wyjazdu do Stanów z narzeczonym, spowodowały już takie ataki i pranie mózgu, że wywołano u mnie syndrom sztokholmski i zniszczono do reszty życie.

Obie schizofreniczki z mojej podstawówki udają psychologów. Ich jedyną pretensją do takich stwierdzeń jest ukradziona mi praca magisterska z psychologii klinicznej. A właściwie jej rękopis. Policja doskonale wie, kto mi ją ukradł i czyim charakterem pisma została napisana. Do momentu, zanim schizofrenicy dostali w łapska wiedzę psychologiczną, która pozwala zniszczyć człowieka, bo dotyczyła w dużej mierze syndromu sztokholmskiego, jeszcze byłam do pewna stopnia bezpieczna. Ale zgodnie z moimi przewidywaniami schizofrenicy po doszkoleniu się, rozpoczęli swoje „terapie”, niszcząc mi nie tylko pamięć, ale doprowadzając do zabicia psychiki.

Przeklinam wszystkie osoby, które pomogły im ukraść moją pracę, a potem pomogły im w urzeczywistnieniu ich wszystkich schizofrenicznych planów.

Poprosiłam moją norweską rodzinę i przyjaciela Ravna, który od dzieciństwa też ma problemy ze schizofrenikami, aby nie zgłaszali do polskich urzędów naszego małżeństwa. Miałam już wtedy amnezję, ale gdy przypomniano mi się fakty, podejmowałam racjonalne decyzje. Widziałam, że Roman chce wykorzystać moje małżeństwo, aby sam się podawać za mojego męża, bo nie będę mogła nic zrobić, gdy mam w polskich papierach mężatka. Przy czym gdy zabili Ravna powinnam była wtedy bardzo szybko dostać status wdowy, tak jak jest w Norwegii. Ale tak się składa, że to ja osobiście powinnam to zgłosić polskim urzędom.

Nie zgłosiłam mojego małżeństwa i śmierci męża z powodu amnezji. Teoretycznie mogłam w chwili, gdy mi to przypominano, upoważnić prawnika, aby zrobił to za mnie, ale tego nie chciałam, bo bałam się, jak już wspomniałam, że wykorzysta to Roman.

Przeżyłam tragedię, bo mój mąż zginął zasztyletowany przez schizofreników przed naszą nocą poślubną. Ravnowi zależało, aby najpierw kupić dom i dopiero w nim skonsumować nasz związek. Został zabity chwilę po kupnie domu.

Przeklinam wszystkich, którzy pomagali schizofrenikom oraz mordercom Ravna.

Będę musiała w końcu uporządkować sprawy w polskich urzędach i zgodnie z decyzją sprzed lat przyjąć norweskie nazwisko męża, pod którym funkcjonuję już w Norwegii.