Mój pseudo-psychoterapeuta, a jednocześnie pedofil i seksoholik, zrobił wszystko, żeby zdemoralizowanym pizdom, które zmówiły się przeciwko mnie z zawiści, że spotykam się z Piotrem, udało się mnie zniszczyć wszędzie. Sam też działał bardzo aktywnie. Jak sam mi się pochwalił zrobił wszystko, żeby nikt na moje pierwsze opowiadanie nie zagłosował.
Również obsmarował mnie, czym mi się pochwalił, w naszych niszowych wydawnictwach, żeby mieć pewność, że nikt mnie nie wyda. Ma pecha, bo od lat dziewięćdziesiątych mam obiecaną pomoc w założeniu wydawnictwa wraz z odpowiednimi środkami na jego rozwój. Piotr mnie do tego przygotowywał i pożyczał podręczniki, bo nie chciał, żebym uczyła. I miał rację, bo do biznesu nadaję się lepiej, szczególnie dzięki mojej znajomości psychologii i marketingu, czy zasad prowadzenia PR.
Powieść, którą wydałam własnymi środkami, traktowałam jako demo. Był to sposób na wyjście z zastraszenia i przekonanie się, że jednak potrafię pewien proces wydawniczy domknąć pomimo moich traum i wmawiania mi przez schizofreniczną kurwę z mojej podstawówki, że nie umiem pisać. Każda osoba, która jej uwierzyła, powinna zapoznać się z tym blogiem (na którym są teksty, których na pewnie tej schizofreniczce nie mogłam ukraść, bo w życiu by nie napisała artykułów, które są jej krytyką i przedstawiają prawdziwą wersję wydarzeń) i zastanowić się, czy naprawdę nie potrafię pisać. Nie mówiąc o tym, że treść mojej powieści zupełnie nie przystaje do tego, co schizofreniczka sobie wymyśliła, że powinnam napisać, żeby jej zrobić przyjemność.
Przy okazji – pomoc, jaką dostali ci schizofrenicy, sprawiła, że biegły psycholog i profiler z Policji nie potrafili namówić ich na leczenie, co jest ewenementem w jego karierze, bo w życiu nie spotkał tak bezczelnych schizofreników, przekonanych, że zawsze wszyscy im będą pomagać. Ale tak się kończy spełnianie marzeń schizofreników o władzy nad losami ich ofiar.
Moje koleżanki, które zmówiły się, że albo któraś z nich będzie z Piotrem, albo nikt, wychowały potwora, który mordował bezkarnie ludzi. Osoba, która została w końcu żoną Piotra na całe szczęście nie jest z ich grona, ale też próbowały zrobić z niej schizofreniczkę, wmawiając ludziom, że ma urojony zawód. Były bardzo rozczarowane, że ich nie poparłam i że powiedziałam, że znam ją na tyle, że wiem, że mówi prawdę. Ale i tak ryły i złośliwie szukały jakiegoś punktu zawieszenia swoich oskarżeń o schizofrenię w nadziei, że uda się wykorzystać psychiatrę, aby ją zniszczył. Dziewczyna miała to szczęście, że ją obroniłam i powiedziałam Piotrowi i jego narzeczonej, co się dzieje. Miała też to szczęście, że nie latał za nią żaden schizofrenik z Gdańska, którego mogłyby wykorzystać do zniszczenia jej przed wszystkimi.
Chociaż i tak schizofreniczka z mojej podstawówki ją dopadła, ale to jest jej opowieść i pewnie sama będzie chciała o tym opowiedzieć.
Mam totalnie zniszczoną reputację wśród fanów fantastyki jako kobieta, człowiek i pisarka. Ale postanowiłam się tym nie przejmować, tylko uderzyć na salę gimnastyczną. Był pewien moment, gdy byłam prawie szczęśliwa po odejściu z fandomu, bo skoncentrowałam się na pracy i treningach. Lubię być sprawna i tylko wtedy czuję się sobą. Fandom i pisanie nie są mi potrzebne w życiu aż tak bardzo jak sport. Jeśli schizofreniczka myślała, że da radę mnie zabić, niszcząc kłamstwami mnie jako autorkę, to się zawiodła.
Zamierzam przetestować, co się będzie działo z moją zgłoszoną prelekcją, a także podczas warszawskiego konwentu. Inne kluby potrafiły mi zapewnić bezpieczeństwo, mam nadzieję, że uda się to w końcu też klubowi z mojego rodzinnego miasta. Miałam tu być bezpieczna, w odróżnieniu od pewnego konwentu, który miał miejsce na Śląsku, podczas którego schizofreniczka ze swoim kochankiem i bratem zrobili wyjątkowe bydło.
A jeśli pewien sponsor dalej będzie chciał zainwestować w moje wydawnictwo, to z wdzięcznością zajmę się rozkręcaniem tego interesu. Wiem, że schizofrenicy są tak sobą zachwyceni i tym, co zrobili, że uważają, że dzięki swoim kłamstwom zniszczyli mi możliwość działania w fandomie i że każde moje przedsięwzięcie będzie klapą. Ale muszę ich rozczarować. Ja sobie przepowiadam olbrzymi sukces. Podczas Warszawskich Targów Fantastyki w ciągu dwóch dni sprzedałam trzydzieści egzemplarzy mojej powieści, chociaż nie było żadnej reklamy. Wyciągam z tego wniosek, że nie są w stanie zaszkodzić mi w fandomie aż tak bardzo, jak chcieli, czy mieli nadzieję.
Profesjonalne wydawnictwo z odpowiednim budżetem na reklamę nie potrzebuje fandomu. Moim zdaniem kupowanie w czasie konwentu stolika i wystawianie powieści to ładowanie kasy w coś, co nie ma sensu marketingowego. Ma sens odpowiednia kampania medialna i wykupywanie reklam. Jeżeli się pisarz gdzieś pojawia ze swoją powieścią, to dopłaca z własnej kieszeni i robi to tylko po to, aby mieć kontakt z fanami. Jeśli kontakt jest nieprzyjemny, to zabiera swoje zabawki i działa w głównym nurcie.
Są ludzie, pisarze, którzy zostali zaszczuci w fandomie przez schizofreniczki tak dokładnie, że nie pokazują się na fanowskich imprezach, bo po co mają to robić, skoro przy dokładaniu z własnej kieszeni jeszcze się narażają na afronty i opluwanie. Z drugiej strony schizofreniczki kreują na wielkie gwiazdy ewidentnie chore osoby i pozbawione talentu szuje.
To wy mnie bardziej potrzebujecie, niż ja was, więc zastanówcie się, co robicie.
xoxo Your Gossip Girl


