Wszyscy mają dosyć schizofrenicznych intryg Barbary i jej córki Renaty. Jak już wspominałam wcześniej, Renata cierpi na urojenie, według którego jestem bardzo religijna, chcę iść do klasztoru, a także zostawić jej – i to jest tutaj najważniejsze – moje mieszkanie i pieniądze. Wymyśliła to sobie jeszcze w dzieciństwie. Cierpi przy okazji na złudzenia, że mnie jakoś nawróciła, a jeśli nie ona, to jej matka, Barbara.
Zresztą Barbara jest bardzo pewnym, zdaniem niektórych kościelnych dostojników, materiałem na świętą Kościoła Rzymsko-Katolickiego. Odpowiadają za to jej przechwałki o różnych cudach, a przede wszystkim o moim „nawróceniu”, wyleczeniu mojego „alkoholizmu”. (Przy czym moi znajomi metale oskarżenia mnie o alkoholizm witają wybuchami gromkiego śmiechu, bo raczej promuję zdrowy tryb życia i dopiero chcą zobaczyć mnie pijaną). Podejrzewam, że wymieniane są jeszcze inne elementy „dokumentujące” według Kościoła „świętość” Barbary, ale nie jestem w stanie nadążyć za jej (Barbary) brakiem logiki.
Jakiś czas temu przeżyłam horror, bo próbowano mnie zmusić do potwierdzenia właśnie owej „świętości” Barbary. Zostałam sterroryzowana na korytarzu mojej pracy i zmuszona do rozmów z jakimiś fagasem z Watykanu przez telefon, który mi przystawiono do ucha. Zaliczam to do kolejnych szykan oraz łamania moich praw jako poganki przez Kościół Rzymsko-Katolicki.
Po moich odmowach potwierdzenia „świętości” Barbary oraz jej „cudów”, nastąpiła pewna wolta i okazało się, że Nycz jest bardzo zadowolony z jakiś niby moich e-maili. Jako żywo nie pisałam wtedy żadnych e-maili, szczególnie do Kurii, czy Nycza. (Owszem, napisałam potem e-maile do swojego Dzielnicowego i pewien anty-list, ale to już inna sprawa.)
Ciągnęłam przesłuchanie dalej i okazało się, że z nie mojego adresu e-mail wysłano pochwalny list na temat Barbary, który podpisano w moim imieniu, bo schizofreniczka „wiedziała”, co chcę napisać, bo taki ma dar – jak usłyszałam – że „wie”, co różne osoby chcą zrobić i z kim też chcą być. I bez zawahania realizuje swoje pomysły.
Jest to kolejne fałszerstwo po liście do Dyrektora Opus Dei, w którym podobno „potwierdziłam” wszystkie urojenia Barbary na temat mojej rodziny, a także ślubowałam pracę w zasadzie niewolniczą dla Opus Dei. Jeszcze w czasie studiów próbowano mnie zmusić do podpisania tego sfałszowanego listu, ale odmówiłam. Nie wiem, jak to się stało, że ludzie z Opus Dei ten list przyjęli, bo nie ja się pod nim podpisałam. Mój podpis musiał zostać sfałszowany. Jakiś czas temu, dowiedziawszy się o tym liście i że jest traktowany poważnie, a ja sama jestem zmuszana do przestrzegania sfałszowanych obietnic w nim zawartych, napisałam anty-list do Dyrektora Opus Dei, w którym tłumaczyłam, że poprzedni list to fałszerstwo i nie chcę, aby mnie kiedykolwiek więcej próbowano terrorem zmusić do przestrzegania obietnic z treści tego listu. Odręczny list został zeskanowany i wysłany na adres Kurii. Sprawa została przekazana też Policji.
Nie mam żadnego pojęcia, co któraś z tych schizofreniczek napisała w e-mailu, który nie pochodzi ode mnie, a potwierdza „świętość” Barbary. Ale mam nadzieję, że moja tak bardzo publiczna apostazja i demonstrowanie bezczelnego poganizmu sprawi, że sponad mojej głowy zostanie usunięte oskarżenie o „nawrócenie się”. Wiem, że moi znajomi ze swojej strony zaczęli opisywać Barbarę szczerze i z całym przekonaniem opowiadać o nieszczęściach i przekleństwach, jakie na wiele osób sprowadziła. Profesor przedstawił swoją diagnozę tej pani. Ja ze swojej strony wiem, że Kościół neguje istnienie chorób psychicznych, bo podobno istnieją tylko opętańcy oraz święci, a nie schizofrenicy, więc może to dużo nie pomóc. Ale zawsze warto spróbować, więc zachęcam do wysyłania podobnych „świadectw”.
Ja ze swojej strony mam do tego takie podejście, że nie interesuje mnie, co robią małpy w sutannach do momentu, aż zaczną mnie nękać. Więc muszę bardzo dokładnie i szczerze przedstawić swój punkt widzenia – za chuja nie napisałam żadnego z tych listów czy e-maili, jakie mi Nycz czy Opus Dei przypisuje. Wiem, że „odnalezienie świętej” (którą psychoterapeuci identyfikują jako schizofreniczkę) – delikatnie mówiąc – nie przeszkadza w karierze, więc nie dziwcie się mojemu wkurwieniu, gdy dowiedziałam się o awansie tego gościa na kardynała.
Już samo odmawianie leczenia chorób psychicznych może zdenerwować, ale wplątywanie mnie w takie hece to coś, czego nigdy nie wybaczę.
A jako ilustracja mój posążek Bogini. Bo tylko Ją postanowiłam sobie kupić, lekceważąc namowy i terror, który miał mnie „ponownie nawrócić” i zmusić do modlenia się do figury Matki Boskiej.
(Duże litery w ostatnim zwrocie to nie wyraz szacunku, ale stosowanie się do konwencji, która nakazuje przydomki i przezwiska właśnie w taki sposób pisać.)

