Zostałam poproszona w czasie robienia mi de-programmingu, abym coś, co wmówili mi schizofrenicy, sprostowała. Nycz nie rozmawiał z Johnem, nie poznał go w ogóle. Rozmawiał z nim Ryszard i to on Johna okłamał, twierdząc że był na moim oraz Romana weselu. Wydawało mi się to nieprawdopodobne, ale przypomniano mi, że John tak samo jak Bret nauczył się polskiego. Wygląda to na tradycję świata metalu, że zadurzeni faceci uczą się języka wybranki, nawet jeśli zna angielski. Dla mnie praktycznie eponimem takiej postawy jest Marty Friedman, który postanowił się nauczyć japońskiego dla swoje ukochanej i już praktycznie jest Japończykiem. Był w swojej Japonce po uszy zakochany już wtedy, gdy poznałam jego zespół w latach osiemdziesiątych.
Schizofrenik Ryszard rozmawiał z Johnem po polsku i zaszczuł go aż do popełnienia samobójstwa, bo inaczej nie potrafię tego nazwać, skoro dostarczył Amerykaninowi środki przeciwwymiotne, aby ten się skutecznie i szybciej zapił.
Przypomniano mi, że John i Bret regularnie sobie dawali po mordach, gdy byłam zaręczona z Bretem. Tak więc Bret, jak i inni moi wielbiciele, wcale się nie zmartwił się, gdy schizofrenicy wypisali Johna ze świata żywych. Za to ja się wkurwiłam, bo mi zepsuto wyciąganie Johna z alkoholizmu, więc można powiedzieć, że wkurw był poniekąd zawodowy.
Wiem o co najmniej dwóch innych panach, którzy się nauczyli polskiego i do tego jeszcze żyją. Bo nie liczę Kruka oczywiście jako martwego, zabitego dla odmiany przez norweskiego schizofrenika.
Nie jestem żoną Romana i nie jestem kuzynką Ryszarda czy Barbary. Za schizofrenikami ciężko trafić, bo łżą świadomie, ale też przeżywają intensywne urojenia wywoływane w ułamku sekund. Nieprawdą jest, że moi rodzice zmarli, gdy byłam malutka, a oni mnie przygarnęli. Nie mam choroby psychicznej po tacie. Opowiadają o tej przypisywanej nam chorobie bzdury, na które łapią się psychiatrzy nie mający pojęcia, że nigdy nie rozmawiał ze mną psycholog kliniczny, a ci wariaci są dla mnie obcymi osobami. Mogą się najwyżej powoływać na jakąś „nielegalną adopcję”, bo podobno „Kościół im mnie dał’ – i owszem, są całkowicie przekonani, że są moimi właścicielami i mogą swobodnie mną dysponować.
I tutaj ciekawy fakt – to psycholog kliniczny diagnozuje i jego się słuchają psychiatrzy, bo lekarze są za krótcy, aby się połapać w siatce różnych dziwacznych prawidłowości. jakie prezentują w wywiadzie ofiary zaszczucia oraz sami schizofrenicy. Tylko psychiatrzy o tym zapominają. Powtórzę, nigdy nie badał sprawy psycholog kliniczny, dopiero po wielkiej awanturze zrobionej Policji, która powinna była mnie ratować przed schizofrenikami, a nie pozwalać, żeby mnie zaszczuwali całe życie, zaopiekował się mną biegły sądowy psycholog.
Mój tata zmarł, gdy miałam prawie siedemnaście lat, a moja mama opuściła ten świat gdy już byłam całkowicie samodzielna, bo kończyłam trzydzieści dwa lata. Brakowało mi trochę ponad miesiąc do urodzin.
Naprawdę nikt z rodziny Barbary czy Ryszarda nie miał powodów, aby się mną „opiekować”. Za to wymyślili sobie, że się na mnie wzbogacą, bo mam iść do klasztoru, a im oddać moje mieszkanie.
Chęć wzbogacenia się jest bardzo częstą motywacja schizofreników.
Szkoda tylko, że ludzie którzy słuchali tych zjebów, postanowili mnie zaszczuć i zniszczyli mi życie.