Nigdy nie zaśpiewałam piosenki „Kokomo” użytej w filmie Cocktail dla Romana. Nie powinien się pod to podczepiać, bo nie ma prawa i zbyt mnie boli, że syn schizofrenika, który zabił prawdziwego Ravna, stuprocentowego Norwega, jest na tyle bezczelny, że podszywa się pod mojego męża. Oczywiście rozumiem, że sterują nim przypadkowe wyładowania jonów w mózgu, które produkują te urojenia, ale nie jest to dla mnie wcale przez to łatwiejsze do zniesienia.
Kokomo miało być miejscem, gdzie z Ravnem, blondynem o niebieskich oczach, pojedziemy na miesiąc miodowy. Nie jestem w stanie zaśpiewać tej piosenki od tamtego momentu. Śpiewałam ją, gdy byłam szczęśliwa i zakochana. Nigdy wcześniej, i nigdy później nie byłam tak radosna, jak w tamtym momencie. Bywałam później również zakochana, zawsze w blondynie, ale moje szczęście było zakłócane przez powtarzające się na uczelni ataki schizofreników oraz ich enablerów z fandomu. W końcu mi też te związki zniszczono.
Ani Ravn, ani Bret, czy też John nie byli gangsterami. Oskarżenia o to pochodzą z urojeń Renaty, z którą w ogóle się nie kontaktowałam i nie kontaktuję. Podobnie jak jej kuzyni, czyli Roman i Anna, prawie nic nie rozumie z tego, co się dzieje. Rozmawia się z nimi jak z zombie, więc takie rozmowy nie mają sensu, a znam już ich główne urojenia. I jak to u schizofreników z reguły te urojenia szkodzą innym ludziom. Schizofrenicy nie mają urojeń, które by pomagały innym ludziom. Chcą tylko sobie pomagać i szukają okazji przejęcia różnych majątków z równym poświęceniem jak zombie chcą chcą mózgów. Zawsze uważają, że wszystko, tytuły, pieniądze, zaszczyty czy mieszkania do nich należą. Bo każdy schizofrenik uważa, że powinien urodzić się księciem, czy gwiazdą i spotyka go wielka niesprawiedliwość, bo inni są zdolniejsi i są podziwiani. Schizofrenik nie podziwia, schizofrenik taki jak Renata, niszczy gwiazdy.
Mnie te urojenia bardzo zaszkodziły, bo Renata zaczęła sobie przypisywać autorstwo moich konspektów oraz opublikowanych utworów, czy też pomysłów, którymi się dzieliłam z innymi twórcami. Ale najgorsze były jej działania w mojej sferze prywatnej.
Nigdy jej nie mówiłam o gwałtach, jakie niby miał na mnie popełnić mój tata, czy też pewien pisarz. Jak już wcześniej opisałam, mój tata też Renaty nie poznał. Nie jest ze mną spokrewniona i nie miała żadnych podstaw, aby twierdzić, że jej mówiłam, że mój ukochany to gangster.
Po ślubie mieliśmy przenieść się do Oslo i miałam tam studiować Anglistykę. Nie wiem skąd pomysły, że mój mąż miał mnie niby chcieć wywieść do burdelu w Helsinkach. Owszem, mam kilku znajomych Finów, ale są muzykami, a nie gangsterami. Jedyny gang, jaki znam, to ten stworzony przez schizofreników, którzy otoczyli się pomagierami. Muszę zaznaczyć, że słowo „gang” w tym kontekście pochodzi z książek naukowych i tak opisywane są grupy, którymi dowodzą urojenia schizofreników i które ich bronią, a także wymierzają ofiarom coś, co uważają za „sprawiedliwość”.
Nie mam żadnego „drugiego męża”, a mój jedyny mąż został zabity w czasie konwentu w Warszawie. Nie jestem wdzięczna schizofrenikowi, który uważa, że mnie w ten sposób „ochronił”. W Polsce jestem panną, a w Norwegii wdową, bo nie miałam siły zająć się papierkami w Polsce, zresztą wydawało się to nieważne, co chyba każdy zrozumie. Stałam się wdową o wiele za wcześnie. Tak wcześnie, że znajomi męża bali się, że popełnię samobójstwo. Jest to dokładnie to samo, co spotkało mojego tatę we Francji, który tak samo jak ja został zaszczuty przez ludzi odpowiadających za śmierć drugiej połówki. Uważał się jednak za szczęściarza, bo zakochał się potem drugi raz w życiu i miał zdolne oraz zdrowe psychicznie dzieci. Ja nie miałam jego szczęścia.
I to jest właśnie opowieść o tym, jak to się stało, że nie pojechałam do Kokomo, gdzie miałam z mężem wzorem postaci z filmu jeździć konno po plaży. Wiem też, że już nigdy nie zaśpiewam tej piosenki. Nawet przy Brecie nie byłam w stanie jej zaśpiewać, a czułam się przy nim bezpiecznie.
Każda osoba, która będzie komukolwiek wmawiać, że byłam w Kokomo z Romanem w czasie miesiąca miodowego to prostak i chuj, którego trzeba zgłosić Policji. I strzelić mu płaskacza w ryło.
Nie byłam nigdy w Kokomo.