Ludzkie społeczeństwa są trochę jak Borg ze Star Treka. Oczywiście nikt z nas nie jest cyborgiem, ale niepotrzebne są nam wszczepy, żebyśmy w kontaktach z innymi ludźmi kierowali się empatią i współodczuwali to, co czują osoby cierpiące. Z reguły czujemy dyskomfort, gdy ktoś w naszym otoczeniu cierpi i biegniemy z pomocą. Łączą nas więc różne więzi emocjonalne i jesteśmy dzięki nim w stanie działać, jak jeden organizm.
Oczywiście takie stadne zachowania prowadzą ludzi na manowce, bo zaczynamy zaszczuwać kogoś, kogo uważamy za wspólnego wroga i dokonujemy linczu na tej osobie, chociaż potem często nie jesteśmy w stanie powiedzieć, dlaczego to zrobiliśmy. Bardzo łatwo ludzi nakręcić emocjonalnie i sprawić, żeby przestali myśleć logicznie. Właśnie bardzo często takie rzeczy robią ludziom schizofrenicy.
W naszych mózgach znajdują się neurony lustrzane, które odpowiadają za współodczuwanie różnych emocji, za to że zaczynamy się z innymi ludźmi śmiać, płakać lub ziewać, chociaż nie widzimy wcześniej żadnej potrzeby. Niestety w kontaktach z paranoją schizofreników, którzy zaczynają szlochać o swojej wielkiem krzywdzie, te mechanizmy empatii sprawiają, że wydawałoby się dobrzy ludzie niszczą niewinne ofiary, bo wierzą we wszystkie urojenia, a nie mają żadnego przygotowania, które by im pomogło rozpoznać schizofrenika. Są tak zaangażowani, że nie chcą nic weryfikować, albo zadowalają się rozmową z urobionymi ludźmi lub innymi spokrewnionymi schizofrenikami. I uważają, że „znają prawdę o mnie”. Nie pozwolę się tak obrażać.
Z drugiej strony są ludzie, którzy nie mają odpowiednio wykształconych tego reakcji, bo nie nauczyli się ich w dzieciństwie. Na przykład Michała nigdy nie potrafiłam zarazić ziewaniem. Z reguły też olewał wszystkie moje prośby, a kierował się tylko tym, co on uważał za odpowiednie. Był jedną z tych osób, które uważały (całkowicie błędnie), że nie należy walczyć z moją amnezją i lepiej dla mnie będzie, że będę pamiętać o swoim zmarłym mężu. Zupełnie czułam się, jakbym miała przy sobie androida. Przy czym zupełnie nie zdawał sobie sprawy z moich uczuć i już planował całe wspólne życie, podczas gdy ja absolutnie nie zamierzałam wiązać się z nim na tak długo. Nie byłam w nim zakochana i tylko zastanawiałam się, gdzie czmychnąć.
Ludzie są monogamicznym gatunkiem i z reguły bardzo źle przechodzimy stratę kogoś, kogo kochamy. Nawet jeśli pójdziemy z kimś innym do łóżka, to się nie zakochujemy. Potrzeba czasu, żeby zakończyć żałobę, potrzeba też czasu, aby się wyleczyć po stracie lub porzuceniu. Przeciętnie ludzie dopiero po siedmiu latach potrafią się ponownie zakochać. Nawet jeśli trafi się łóżko – a byłam osobą, na którą rzucił się facet i tak długo całował, że się poddałam – to się takiego faceta rzuca, bo człowiek się nie zakochuje tak łatwo w czasie żałoby.
W taki czy inny sposób straciłam czterech facetów, w których byłam zakochana, przy czym trójka z nich już nie żyje. Wszyscy mężczyźni, którzy mnie podrywali lub rzucali się na mnie wprost po każdej ze strat, trafiali na bardzo zły okres i w końcu dostawali po łapach, bo nie potrafiłam się w nich się zakochać. Naprawdę to było powodem, że się z nikim nie wiązałam na dłużej, a nie to, że „wracałam do Romana, bo tylko jego kocham”. Rzygam na samą myśl o nim.
Nigdy z nie byłam z Romanem związana. Wszelkie opowieści o nas jako o parze pochodzą z jego urojeń. Naprawdę nie ma prawa po mnie dziedziczyć, ani nie miał prawa o mnie decydować, czy być osobą, z którą konsultuje się jakieś moje sprawy. Jest całkowicie mi obcy i nic o mnie nie wie. Za to chętnie rozpowszechnia swoje i Renaty urojenia o mnie. Jest osobą przeze mnie znienawidzoną od zawsze, tak samo jak jego cała rodzina.
Każda osoba, która uważa go za mojego faceta, staje się błyskawicznie moim osobistym wrogiem już na zawsze.