Ludzie, którzy mnie znają, wiedzą, jakie to absurdalne, ale miałam propozycję współpracy z obcym wywiadem. I to powtórną, bo już mnie coś takiego spotkało na początku lat dziewięćdziesiątych.
Podejrzewam, że stoi za tym Roman i jego opowieści o tym, że jestem „byłą prostytutką”. Jak usłyszałam, „pan z ambasady” chciał mnie komuś przedstawić i potem mówić, co mam robić. Bo podobno „ktoś ważny mi się przyglądał.” Niejeden wywiad podsuwał ludziom, których chciał urobić, różne inteligentne, a bardzo bezpruderyjne panie, więc pewnie „pan z ambasady” uznał, że chętnie tak dorobię. Obiecywał spory zarobek. Byłam przekonywana o celowości włączenia Polski w wojnę z Ukrainą na wiele lat zanim Rosja zaatakowała naszego wschodnego sąsiada. Usłyszałam też więcej rosyjskiej indoktrynacji.
Bardzo nie chciałam kariery Maty Hari. Oczywiście, że poinformowałam wywiad, dzwoniąc na numer 112 i streściłam naszą rozmowę, a także gdzie się dokładnie odbyła – w wielu miejscach są kamery. Dyspozytor pod tym numerem przekazuje informacje, gdzie trzeba. Innym nagabywanym przez obcy wywiad zalecam podobne postępowanie. Nie dajcie się nigdy.
I nawet jeśli ktoś przedstawia się jako nasz wywiad lub wywiad zaprzyjaźnionego kraju, też warto poinformować służby, wykorzystując Policję. Zasada jest taka, że wywiad zawsze przedstawia się jako ktoś inny. Pan z GRU w pewnym momencie mi wmawiał, że jest z krajów arabskich. Warto ciągnąć za język i dowiedzieć się, ile tylko się da i donieść jak najszybciej.
Zgłaszajcie wszystkie takie akcje i czekajcie, co się będzie działo. Jeśli trzeba, dostaniecie instrukcje, co robić i szpiedzy zostaną bardzo szybko wyłapani, a ludzie z poszportami dyplomatycznymi zostaną uznani za personae non gratae. Warto tak robić, nawet jeśli zaczną ściemniać, że są tylko docipnisiami, bo dowcipnisie zawsze powinni dostać po nosie. To jest jak z krzykiem „Bomba!” na lotnisku – takie żarty mają bardzo złe konsekwencje dla żartownisiów.
A mój rekruter wyleciał z Polski na zawsze, jak się dowiedziałam.