Postanowiłam napisać o dziecku, które przez wariatów jest nazywane „nasza wodnica”. Chodzi o dziecko, które zginęło utopione w czasie konwentu. Wydobyłam je z wody, bo przeszukałam całe jezioro, gdy się dowiedziałam, że rodzice szukają tej dziewczynki. Niestety przeleżała w wodzie wiele godzin i już nic się dla niej nie dało zrobić. Nie poszła sama pływać, była ubrana i miała ze sobą misia.
Wariaci zabili ją, bo niespodobało im się to, co o mnie powiedzieła ta dziewczynka, nie chcą, aby ktokolwiek mnie chwalił. Jak już wspomniałam wcześniej, nie jestem w stanie zapobiec tego rodzaju wydarzeniom. Niestety wiele osób mnie zna, więc są narażone na to, że podpadną wariatom z mojej podstawówki.
Do tego zabójstwa przyznała mi się Anna, która wcześniej i później próbowała mnie otruć, podając trujące opieńki. W pracy wyrzuciłam jej potrawkę z grzybków, bo chociaż ja byłam ostrożna wobec takich podarków, to jedna z moich koleżanek chciała zjeść tę trującą potrawę. Na całe szczęscie wariatka nie pokroiła grzybów i wiedziałam, co to jest. Zawiadomiłam o tym Policję.
Ale wróćmy do utopionego dziecka. Wariaci rozpowiadają, że to ja miałam coś wspólnego z jej śmiercią. Jest to nieprawda, spędziłam cały tamten dzień w towarzystwie Adama i Michała. Anna zaś, według jej własnych słów, przyznała mi się, gdy mnie zatraszała, zabrała dziecko nad jezioro i tam je utopiła. Ta schizofreniczka gdakała ze śmiechu, szczęśliwa opowiadając, jak biedne dziecko, gdy już się płuca wypełniły wodą, próbowało wypłynąć na powierzchnię, ale już nie mogło, bo straciła pływalność. Pływacy wiedzą, że z płucami wypełnionymi wodą już się nie wypłynie, więc ostrzegają wszystkie osoby, które uczą pływać, przed zachwyśnięciem się wodą. Anna zrobiła to celowo i z premedytacją obserwowała walkę dziecka i gasnące w jej oczach życie.
Jej brat też nie jest aniołem, pomógł jej we wszystkim. Też się do tego przyznał.
Takie osoby jak on powinny spędzić sześć miesięcy w psychiatryku i brać leki pod kontrolą. Wiedzą o tym psycholodzy kliniczni. Tacy specjaliści mają świadomość, że bez psychoterapii tacy schizofrenicy mordercy przestają brać leki, bo im się nie podoba rzeczywistość, jakiej doświadczają, gdy biorą leki. Psychologów klinicznych bawi, jak mało wiedzą psychiatrzy i jak lekceważą ich profesję. Można różnicę między tymi dwoma zawodami związanymi ze zdrowiem psychicznym określić tak – psycholodzy są od software w mózgu (a wiele sytuacji w życiu rozwala nam software), a psychiatrzy od hardware. Wady hardware z reguły są dziedziczne. Ale oprócz wad hardware bardzo często spierdolony jest software, bo schizofrenik nie potrafi żyć poza swoimi urojeniami.
Ojciec Michała, profesor psychiatra, myśląc, że Roman rzeczywiście się we mnie kocha, pewnego razu ustawił go na lekach. Roman brał leki przez miesiąc i zgodnie z moimi przwidywaniami przestał je brać. Dowiedziałam się jednak wtedy bardzo ciekawych rzeczy o nim. Przede wszystkim jest gejem i jego motywacja do nękania mnie jest całkowicie finansowa, więc nie było szans, aby z miłości do mnie zdecydował się na kontynuację leczenia, zbyt dużo wyciagnął kasy, będąc chorym. Z reguły nieleczący się schizofrenicy kierują się chęcią „dorobienia się” i cierpią na urojenia, że mają szansę dziedziczyć po kimś. Motywacje Romana na lekach są bardzo podobne, nie chce żyć z pensji kogoś ze sklepu.
Nie mówcie, że to są osoby, z którymi jestem związana. Piekielne rodzeństwo schizofreników i ich krewna Renata to ostatnie osoby, z którymi chce być łaczona. To wariaci z mojej podstawówki, przed którymi ostrzegam od zawsze.