Schizofrenicy są w stanie wywieść każdego w pole, oprócz swojej ofiary, przed którą zrzucają maskę. Może się to wydawać dziwne, ale jest związane z urojeniami schizofrenika, które są tak silne, że schizofrenik twierdzi, że są jego prawdziwymi wspomnieniami. Przy czym schizofrenik na bieżąco dodaje kolejne urojenia, gdy tylko coś mu się powie, lub coś zobaczy. Cały mózg i wiedza schizofrenika zostają zaprzężone do wytworzenia urojenia, które ma przekonać osobę, która rozmawia ze schizofrenikiem, że ten ma rację.
Schizofrenicy są głupi, chociaż są inteligentni. Dla psychologa są to dwie różne cechy. Schizofrenicy kierują się zazdrością, szczególnie chodzi o aspekty finansowe, ale nie tylko. Ich urojenia są oparte na chęci bycia „kimś” – czyli osobami podziwianymi z jak najwyższej sfery. Gdy tylko poznają kogoś takiego, zaczynają cierpieć na silne urojenia, że są taką osobą, i że posiadali kiedyś wszystko, co ma obiekt ich zazdrości. W efekcie są kleptomanami i kradną, święcie przekonani w swojej psychozie „że odbierają to, co do nich należy”.
Mój znajomy schizofrenik z podstawówki był wychowywany przez swojego równie schizofrenicznego ojca, że ma „odebrać wszystko, co kiedyś było ich”. Tak więc to oni mają być z pochodzenia Norwegami (a nie moja rodzina), których pozbawiono dziedzictwa (mój Tata zbankrutował z powodu zaszczucia przez schizofreników we Francji oraz ich intryg – nie mamy czego odbierać komukolwiek i nie chcemy rzeczy, które do nas nie należą). Ich urojenia przybrały takie kształty, że mój Tata dostał w nich rolę ich „majordomusa”, któremu na jego nazwisko kupiono mieszkanie, w którym mieszkam, a które tak naprawdę ma niby należeć do moich znajomych schizofreników. Więc „mam im je oddać”. Schizofrenicy tak po kolei „odzyskują” różne mieszkania, bardzo często zawierając związki małżeńskie i mordując swoich małżonków, gdy już „przyszedł ich czas”.
Moi znajomi schizofrenicy zaczęli bredzić też, że są legalną linią dynastyczną, którą z powodu puczu pozbawiono tronu Norwegii. Ale „muszą wrócić na tron”. (To jest zabawne, bo linia władców Norwegii jest nieprzerwana i nudna, nie było takich ekscesów, jak na przykład w Anglii, żeby jacyś krewni ni z tego ni z owego przejmowali tron.)
Tak się składa, że osoby, które są prawnukami rodzeństwa władców Norwegii, znajdują się na liście potencjalnych dziedziców tronu, (ale to nie jest ani Anna, ani Roman). Są to tak bardzo potencjalne szanse na dziedziczenie tronu, że nikt się nimi praktycznie nie przejmuje. Przejmują się tym tylko dyplomaci i moi norwescy krewni. (Chociaż i tak jestem na każde wezwanie mojego Króla, każdy Norweg jest tak wychowywany.) Ale znajdował się na tej liście mój Tata, jako wnuk brata Króla, znajduję się też ja. Moje dzieci, których nie mam, nie znalazłyby się na tej liście, bo nie obejmuje praprawnuków. Mój Tata był zbiedniałym arystokratą, owocem mezaliansu (to wszyscy wiedzą), ale był arystokratą. Nie został wyrzucony z rodziny. Ja też jestem arystokratką.
Oczywiście moi znajomi schizofrenicy nie opowiadają o swoich pretensjach do tronu wszystkim. Jest tego pewien logiczny powód. Wiedzą, że ich „wspomnienia” (czyli urojenia) różną się od stanu rzeczywistego i chociaż dążą do zmienienia rzeczywistości w taki sposób, aby zgadzała się zich urojeniam, mają świadomość, że inni ludzie nie podzielają ich urojeń, więc aby nie stracić kontaktu z tymi ludźmi i tym, co mogą dla nich zrobić, zaczynają konspirę i nie odsłaniają się ze swoją „wiedzą”. Tacy ludzie, przed którymi schizofrenicy się nie odsłonią, widzą wspaniałe osoby, które co najwyżej są skrzywdzone przez niesłuszne zarzuty – tym bardziej, że schizofrenicy to, co robią, zwalają na kogoś innego. Tak się dzieje szczególnie, jeśli ktoś nie ma możliwości, lub nie chce niektórych stwierdzeń schizofreników zweryfikować.
Schizofrenicy lubią podawać się za osobę, która ich zainspirowała i której zazdroszczą, jednocześnie robiąc sobie z niej popychadło i przedstawiając w złym świetle. W przypadku Anny i Renaty jestem inspiracją ich urojeń. Żadna z nich ani nie jest psychoterapeutką, ani pisarką, która ma wiele ciekawych pomysłów i która została splagiatowana.
Schizofrenik dąży do przekonania całego świata, że jego urojenia to prawda. Dlatego katuje swoją ofiarę, aby ją zmusić do wyznania, że zarzuty lub przechwałki schizofrenika to prawda (i tak Renata chce walidacji, że jest „współautorką Wiedźmina”, tylko nie wiem, dlaczego chce, abym ja to powiedziała światu, a nie autor Wiedźmina, na pewno z nią nie pracowałam nad niczym). Ani mój Tata nigdy nie zgwałcił Renaty, ani ja nigdy nie byłam wiejską kurwą. Za to zachwyt wielu enablerów nad wyznaniami Renaty, Anny lub Romana i chęc udowodnienia, że mają rację, zniszczyły mi życie.
Ostrzegam także przez bezpośrednią konfrontacją ze schizofrenikiem. Potrafi zabić za to, że nazwie się go chorym psychicznie, tak bardzo chroni swój urojony świat i nie chce z niego zrezygnować. Zdrowy człowiek ucieka i nie chce konfrontacji w podobnej sytuacji (mówi, kurwa, wszystko mi jedno, whatever, nie chce mi się o to kłócić). Schizofrenik zabija za wszystko, co może odsłonić go jako impostora. Zaczyna mieć urojenia, że musi się w ten sposób „ratować” i że jest „prześladowany”, szlocha, że się”go zabija”, bo ktoś ma inne zdanie. Schizofrenik, który ma urojenia na temat jakiejś osoby działa obsesyjnie i nęka ją aż doprowadzi do jej śmierci. Przy czym starsi schizofrenicy się z reguły nie leczą. Nie dziwcie się więc, że jedyne co pozostaje ofiarom schizofrenicznych urojeń to ucieczka do innego kraju. Ja chciałam uciec w latach dziewięćdziesiątych do Arizony, gdzie można takiego wdzierającego się do domu schizofrenika, który twierdzi, że jest „mężem” i że będzie tam mieszkał, po prostu zabić.
Nie mam męża, nie mam dzieci. Schizofrenicy tutaj wygrali. I to stwierdzenie o wygranej to żadna przesada, bo schizofrenicy sabotują wszystko swojej ofierze w tym względzie, bo mają urojenia, że dziedziczą po swojej ofierze (więc nie potrzebni im inni „dziedzice” – z tego powodu też potrafią zabić dzieci) i że w ten sposób wszystko, co posiada ofiara do nich „wróci”. I pomimo tych wszystkich śmierci i prześladowania ofiar to nadal są w oczach prawa osoby niepoczytalne z powodu choroby psychicznej, z którymi – jeśli nie chcą się leczyć – nie da się nic zrobić.
Nie udaję, kogoś, kim nie jestem. Moje dokumenty nie są sfałszowane. Nie jestem niewolnicą schizofrenika Romana. Nie chcę go widzieć. Ani mnie nie ubezwłasnowolnił, (decyzję Sądu o ubezwłasnowolnieniu sfałszował, co jest typowym postępowaniem schizofrenika, który koniecznie chce „leczyć” swoją ofiarę, bo nie potwierdza jego urojeń, a on uważa, że ma rację – ja mam w dupie, czy ktoś „wierzy” lub nie „wierzy” w moje norweskie pochodzenie), ani nie jestem jego „żoną”.
Ponownie dla przypomnienia:
