Jest coś, co napawa mnie zdziwieniem. A mianowicie, jak to się stało, że wielu wydawałoby się zdrowych, odpowiedzialnych ludzi uwierzyło w schizofreniczną wersję mojej biografii i zaczęło mnie na tej podstawie tępić.
Spróbuję tę alternatywną wersję życia, jaką uroili sobie schizofrenicy z mojej podstawówki, streścić. Nie wiem, czy istnieje kanoniczna wersja, ale spróbuję zebrać to, co już udało mi się kiedyś z różnych wariatów i plotkarzy wyciągnąć.
Tak więc miałabym się urodzić we wsi pod Gdańskiem, w której moja mama niby miała zajmować się prostytucją. Jak usłyszałam od pewnej idiotki – za co ta idiotka dostała w twarz – miała też moja mama pijana zdechnąć pod płotem. Sama też spod tego płota miałam być zabrana.
Przeprowadziłam się do Warszawy podobno tylko dzięki łasce rodziny Renaty, która miała być córką mojej ciotki ze trony mamy. Pomińmy na razie fakt, że moja mama miała tylko brata. Z jakiś powodów nie mieszkałam z rodziną Renaty (która, przypominam, jest w rzeczywistości tylko moją nielubianą koleżanką z podstawówki).
Przeprowadziwszy się do Warszawy, jak już wspomniałam, nie zamieszkałam z rodziną Renaty. Wyjaśnienie wariatów – o ile się orientuję – jest takie, że Helena i Marian (czyli moi rodzice) wzięli mnie „na służbę”, gdy tylko zaczęłam podstawówkę (czyli mieli według tych oskarżeń wziąć udział w nielegalnym zatrudnianiu dziecka i zmuszaniu go do niewolniczej pracy). I od tamtej pory podobno zajmuję nielegalnie mieszkanie, które testamentem moja mama Helena miała zostawić Renacie (no ten testament oczywiście wyglądał inaczej). I złośliwie nie chcę się wyprowadzić.
W międzyczasie Renata budowała swój kult i mam na myśli nie tylko sektę, którą dowodzi wspierana przez schizofrenicznego egzorcystę. Zbudowała też swój kult jako jedynej osoby, z którą kontaktuje się Yennefer lub ma też być samą Yennefer (BTW Yennefer to była moja NPC w pewnym LARPie dawno temu i wiele osób od tamtej pory tak mnie nazywa – przy okazji disclaimer: nie kontaktuję się z Renatą). Podobno Renata ma też być „Buffy”.
Ale wróćmy do czasów podstawówki. Podobno nie mając nawet dziewięciu lat, miałam uwieść Romana-geja-schizofrenika, który od tamtej pory postanowił być moim mężem. Kolejny disclaimer: nie chcę go tak samo bardzo, jak nie chciałam być w podstawówce. Naprawdę nie chciałam stać na drodze szczęścia z nim jakiejkolwiek niewiaście. Nie odpowiadam za jego urojenia i upór, za to inni ludzie odpowiadają za podtrzymywanie jego urojeń.
Naprawdę nie odbiłam Piotra Renacie. Nie straciła z nim dziewictwa, do śmierci wypierał się znajomości z nią. Za to miał złamane serce, bo intrygami i zastarszaniem mnie – bo chciano, abym go zostawiła w spokoju – sprawiono, że straciłam do niego zaufanie, tym bardziej, że on sam też podlegał terrorowi imbecyli, którzy go przekonywali, że powinien być z Renatą i też się gorzej czuł. W końcu odbił mnie Ravn.
Nie zniszczyłam życia Annie, nigdy nie była wokalistką, tak samo jak Renata nie była pisarką. To wszystko ich schizofreniczne bujdy. Nie odbijałam Annie mężczyzn, to ona przeżywała urojone romanse równolegle ze mną. Ona sama oraz interwencje ludzi, którzy chronili te schizofreniczki, zniszczyły mi życie.
Moi znajomi schizofrenicy nie powinni mnie kontrolować. Naprawdę nie „uciekałam do burdelu”. Moja mama nie była „burdelmamą”. Miałam prawo wyboru miejsca zamieszkania. Bardzo często mieszkałam u swojego faceta lub w innym mieszkaniu. Jeśli wyjechałam w lato na jakieś intensywne kursy, które trwały dwa miesiące, to uzupełniałam wiedzę, a nie „pracowałam w burdelu”. Nie musiałam się ze wszystkiego tłumaczyć kontrolującym mnie wariatom. To są obcy ludzie!
Bardzo sobie nie życzę takich insynuacji. Nie życzę sobie takich scen. Nie chcę być ponownie zaszczuwana i atakowana przez ten gang schizofreników.
Nie jestem „chorą psychicznie żoną Romana”. Nigdy nie marzyłam o kościelnej karierze. Nie życzę sobie takich pomówień. Nigdy nie byłam w klasztorze. Nigdy za nic nie pokutowałam jako zakonnica. Nikogo nie zabiłam.
Nigdy nie zostałam ubezwłasnowolniona. Roman po prostu dopisał sobie na odmowie Sądu Opiekuńczego, co chciał i wskazuje tylko na swój dopisek (który nie ma sensu pod względem prawnym). Nie należało wciągać w tę aferę żadnych polityków, tylko przeczytać dokładnie cały dokument i się zastanowić. Z tego, co wiem obecnie Sąd Opiekuńczy obecnie z miejsca odrzuca (i bardzo dobrze, bo nie chcemy schizofrenikom dać do ręki dokumentu, który mogą wykorzystać do fałszerstwa) sprawy wniesione przez Romana, podobnie jak te wniesione przez schizofrenika, który nęka Agę – czyli tak zwanego „pierwszego męża Agnieszki”, który – co zabawne – do tej pory nie wie, w jaki sposób Aga przed ślubem unieważniła ich małżeństwo, a musiała tak zrobić, skoro hajtała się jako panna. Dodajmy, że w Polsce nie ma czegoś takiego, jak unieważnienie cywilnego ślubu.
Naprawdę nie wiem, jakim trzeba być debilem, aby roznosić wszędzie tak ewidentne urojenia wariatów. Nie można nie wyłapać nieprawdopodobieństwa takich wydarzeń. Śmiały się ze mnie z tego powodu chyba tylko tępe małpy. A z małpami nikt nie chce przebywać. Można je tylko wyśmiewać. Teraz nasza kolej się śmiać.
A dla przypomnienia (dobrze widać miejsce urodzenia i to że na pewno nie byłam chrzczona w Gdańsku, jak opowiadał jeden wariat, przedstawiając mi się jako mój „chrzestny” – znam swoich chrzestnych, to nie on):


