Wszystkie wpisy, których autorem jest Gosia

Schizofreniczka z mojej podstawówki

Ulubienicą mojego dawnego psychoterapeuty z dzieciństwa (który już dawno powinien trafić do więzienia, jeśli o mnie chodzi, za opieranie swoich „diagnoz” na urojeniach znanych Policji schizofreników, którzy przyczynili się do mojego – delikatnie mówiąc – złego samopoczucia, które było powodem jego zatrudnienia) jest schizofreniczka z mojej podstawówki, Renata, córunia schizofrenika-pedofila, który ma urojenia, że jestem prostytutką (co próbował udowodnić, gwałcąc mnie oralnie). Zresztą oboje, razem z przyrodnim bratem Renaty, Rafałem, prezentują cały zestaw typowych urojeń dla schizofrenii, ale na razie skoncentruję się na mojej dawnej koleżance.

Jak już napisałam gdzie indziej, jest to tępa picza, która nigdy nie była moją przyjaciółką, za to od początku naszej „znajomości” zadręczała mnie swoją zawiścią i urojeniami na mój temat. Spróbuję je po kolei wymienić.

Gdy tylko dowiedziała, że pływałam zawodniczo jako dziecko, okazało się, że – będąc osobą nie potrafiącą pływać – zaczęła się przedstawiać jako zniszczona przeze mnie gwiazda pływania. Oczywiście, że jej nie było w klubie sportowym.

Gdy tylko nauczyłam się jeździć na łyżwach na lodowisku, które zorganizowała szkoła przez swoim budynkiem (hej, panie, kiedyś to były zimy!), okazało się, że to ona jest niby zniszczoną przeze mnie łyżwiarką. Nie muszę dodawać, że nie umie jeździć na łyżwach.

Gdy tylko zaczęłam studiować Anglistykę, okazało się, że to niby mam być sklepową, a ona studiuje zamiast mnie.

A gdy dowiedziała się, że piszę i tłumaczę, miałam być wedle jej opowieści tłukiem bez matury, i bezpodstawnie ogłosiła się pisarką i tłumaczką, robiąc ze mnie wariatkę, która nigdy nic nie napisała, ani nie opublikowała.

Śledzi mnie, tak jak śledzą schizofrenicy ofiary swojej obsesji. Lepiej nic jej o mnie nie mówić, bo gdy zapomina o mnie, zajmuje się kimś innym. Gdy w liceum pokazałam się gdzieś z Bartkiem, okazało się, że w jej urojeniach jest jej chłopakiem. Spotyka to wszystkich moich miłych. A także facetów, których prawie nie znam, wystarczy że wymienię czyjeś imię. I ze wszystkimi z nich miała być w ciąży. I to jeszcze zagrożonej. A ja miałam ich jej odbić.(1) Nieważne, że nigdy o niej nie słyszeli. Kieruje nią typowa złośliwość schizofrenika.

Tak samo było, gdy się zaręczyłam z pięknym młodym facetem na początku lat dziewięćdziesiątych. Było to na tyle głośne, że sfiksowała i odwiedziła mnie ze swoimi urojeniami na Anglistyce. Nakarmiła panią Szkwał swoim standardowym zestawem kłamstw i urojeń. Od tego momentu pani Szkwał mnie nienawidzi. I próbuje „leczyć” razem ze schizofrenikami, zarażając swoją głupotą inne osoby.

Nie wiem, jak można być tak głupim jak pani Szkwał i mój dawny psychoterapeuta z dzieciństwa.

Mam nadzieję, że pani Szkwał już trochę przeszła ochota polować na mnie i na moich przyjaciół. Jeśli nie, to ja na nią zapoluję razem z Policją, bo już tego wystarczy.

⛧⛧⛧

(1) Wykonała ten manewr także przy pani Szkwał, a ja do tej pory nie mogę wyjść ze zdziwienia, jak to się stało, że moja dawna koleżanka ze studiów tak bardzo w tę sprawę się zaangażowała, że nęka mnie do tej pory. Abstrahując już od tego, że mój dawny narzeczony nigdy o Renacie nie słyszał, dopóki mi nie ukradła notesu ze wszystkimi numerami telefonów i nie zaczęła przedstawiać się fałszywie jako moja wielka przyjaciółka, to kto z kim jest, jest prywatną sprawą różnych ludzi i nie powinno być rozwiązywane przez zaszczuwanie obecnej wybranki na polecenie dawnej „kochanki”. Naprawdę uważam, że pani Szkwał mianując się szeryfem w tej sprawie, wykazała się brakiem rozumu. Tym bardziej mój dawny narzeczony poznał mnie w latach osiemdziesiątych jeszcze jako nastolatek i od tamtej pory był mną zafascynowany, i na pewno nie oświadczał się schizofreniczne Renacie, ani z nią nie sypiał.

Psychoterapeuci

Z każdym z moich byłych miałam analogiczne przeżycia z dzieciństwa. Wszyscy byliśmy zaatakowani przez schizofreników, a później zniszczeni przez psychoterapeutę, który uznał, że to niemożliwe, żeby atakujący człowiek lub dziecko byli chorzy psychicznie, więc dopatrywał się jakiś problemów z socjalizacją.

Za każdym razem padał argument, że chorzy się leczą (co jest nieprawdą, zadowalają się niskopłatnymi zajęciami i hodują świra, bo im prawo na to pozwala i radośnie zaszczuwają na śmierć coraz to nowe ofiary) i że to niemożliwe, żeby byli stroną atakującą. Wszędzie więc tacy psychoterapeuci dopatrują się problemów po stronie swojego pacjenta, zamiast go wspierać. Podobno są w ten sposób szkoleni (w co nie wierzę – myślę, że są po prostu głupi). I dlatego właśnie wyrzucają za okno zasadę, że nie wolno im uwzględniać w diagnozie bełkotu innych ludzi, chociażby dlatego, że może być to właśnie zakłamany schizofrenik. Nie obchodzi ich także, że zgodnie ze sztuką, nie powinni słuchać nawet członków rodziny. Tylko pacjenta. Nie mówiąc już o sytuacji, kiedy załgany schizofrenik podaje się za członka rodziny.

Żeby było zabawniej, schizofrenik, który znajduje sobie psychiatrę czy psychoterapeutę, któremu skarży się na swoją ofiarę, jest opisany w podręcznikach jako klasyczna sytuacja, która nie może być podstawą działania czy diagnozy. Po prostu osoby chore psychicznie tak robią. Nie rozumiem więc osób z dyplomami, które na mnie poszczuli Ryszard, Renata czy Rafał. Nie rozumiem i kropka. To są podstawy diagnostyki. Nie wiem, jak można być takim głupim, żeby lekceważyć wszelkie zasady z podręczników i nadal uważać się za specjalistę.

W moim przypadku psychoterapeuta owszem nie słuchał moich rodziców, ale zamiast tego pobiegł do szkoły przesłuchać moich napastników – czyli jak już napisałam, prześladujących mnie schizofreników ze szkoły, z którymi się nigdy nie przyjaźniłam, oraz ich ojca, czyli mojego gwałciciela. Z tego, co wiem, za to godzenie ofiary gwałtu z oprawcami stracił prawo wykonywania zawodu, bo mój ojciec się zaopiekował tą sprawą. Niestety zdążył mi jeszcze zniszczyć życie pod dyktando zawistnej schizofreniczki, która nawet nie potrafi pływać. Przekonany o mojej złej socjalizacji, uznał że problemem jest moja sekcja pływacka i sterroryzował mnie tak, że straciłam po gwałcie pamięć i zabronił mi pływać. Jeden z moich byłych został w dzieciństwie potraktowany identycznie. Trzeba zweryfikować, jak tacy ludzie są szkoleni. Dzieci mają prawo konkurować w bezpiecznym otoczeniu kontrolowanym przez trenerów, którzy dbają o ducha sportu i wychowują dzieci na osoby, które sobie pomagają. I ja i mój były mogliśmy w sporcie wiele osiągnąć, ale przeszkadzało to psychoterapeutom, którzy uznali, że właśnie dobrych trzeba zniszczyć psychicznie, żeby stali się nikim. Bo tak chcieli zazdrośni schizofrenicy.

Inny mój były został moim zdaniem zamordowany przez niewłaściwą psychoterapię. Jako dziecko został porwany przez osobę chorą psychicznie, też był zgwałcony, bo trafił się również schizofrenik-pedofil, podobnie został poddany zastraszeniu oraz praniu mózgu. Tak samo cierpiał na syndrom sztokholmski, który wykorzystał jego psychoterapeuta, żeby go kontrolować przez całe jego życie.

Jego psychoterapia była fatalna. Psychoterapeuta zamiast zająć się jego fobią społeczną, zajął się znowu jego socjalizacją i wmawianiem, że ma wszystkim ufać. No sorry, nie w sytuacji, gdy na niego znowu mógł napaść jakiś schizofrenik, tym bardziej że urodziwi ludzie zawsze przyciągają wariatów. Był to strzał w stopę. Trzeba znać zagrożenie, a nie je ignorować. Schizofrenicy to realne zagrożenie i słusznie się ich unika. I nie należy im wierzyć, że są „najlepszymi przyjaciółmi” – bo nie są. Ufa się ludziom godnym zaufania, a nie znanym wariatom. Podobne bezsensowne było wmawianie mu, że nie powinien się bać niczego. Jest zdrowy poziom stresu i lęku, który pozwala zachować życie. Mercedes klasy A bez dodatkowego obciążenia waży ponad tonę. Nie trzeba studiować fizyki, żeby zdać sobie sprawę, jak bardzo niebezpieczny jest to przedmiot i że trzeba zachować wszystkie należne środki bezpieczeństwa, bo zagrożenie jest realne. Oceną zagrożenia zajmują się specjaliści i jeżeli gdzieś znajdują się pasy, to się je zapina. A nie słucha psychoterapeuty, który zapewnia, że nic się nie stanie.

Z jednym z moich byłych już nie nigdy nie porozmawiam, tak samo z jego mamą, bo przekonany przez psychoterapeutę, że nic mu nie zagraża, nie zapiął pasów. Wystrzegajmy się psychoterapeutów, którzy „uczą się nie bać”. Wypraszam sobie – nie chcę być już uczona, że mój gwałciciel i schizofreniczni prześladowcy są osobami, których „mam się nie bać”, i że mam mu dziękować za „opiekę”. Mam nadzieję, że ten dureń psychoterapeuta w końcu trafi do więzienia i przestanie udawać psychologa.

Psychoterapeuci nie mogą być tak głupi, żeby nie wierzyć w istnienie schizofreników na świecie. Powinni przejrzeć ponownie podręcznik, bo chyba zapomnieli, że osoby chorej psychicznie nie można rozpoznać na pierwszy rzut oka. Bo nie. Najlepiej osoby chore psychicznie znają ofiary i tylko ich należy słuchać. Mam prawo nie przyjaźnić się z osobami, które za bullying zostały wydalone z mojej podstawówki, ale dalej łżą i rozprowadzają swoje urojenia na mój temat. Są chore tak samo jak Ryszard. Nie jest moim wujem.

A ja nie jestem z Gdańska.

Jestem cięta na psychiatrów za to, że u moich przyjaciół nie rozpoznali syndromu sztokholmskiego i zaszczucia przez osoby chore psychicznie, ale z tego co wiem, oboje zostali wcześniej sterroryzowani przez tego pseudo-psychoterapeutę działającego z fandomie oraz jego przyjaciół. Uważajcie na tego człowieka, bo kontakt z nim może się skończyć tragicznie. Ratowałam kogoś po jego „terapii”, więc wiem, jak bardzo może ludziom zaszkodzić.

Mam nadzieję, że naprawdę stracił już prawo do wykonywania zawodu psychoterapeuty, bo mój ojciec zgłosił jego przypadek Policji i wywalił z roboty (w sensie mój psychoterapeuta przestał być moim psychoterapeutą ze względu na swoje błędy, imbecylizm i zaszkodzenie mi, co zrobił zresztą celowo, bo wziął w łapę od jednego z moich gwałcicieli). A wiem, ile złamał zasad pracy z pacjentem. Nie chodzi tylko o sięganie do urojeń i celowych kłamstw schizofreników i gwałcicieli, podczas gdy podręcznikowo wolno mu rozmawiać tylko z pacjentem, to także zastraszanie i nękanie, które się ciągnie latami i celowe wywoływanie syndromu sztokholmskiego. Nie mówiąc o sięganiu do Freuda. Szkoda, że uznał za zasadne użyć w dyskusji którejś z teorii ze Średniowiecza lub Renesansu, bo tyle samo obecnie znaczą w dyskursie naukowym co Freud. Sądząc po jego zachowaniu, fałszywie ogłaszał się w prasie jako psychoterapeuta i jest oszustem, nie znającym podstaw swojego zawodu. Policja musi go prześwietlić, jakie rzeczywiście posiada zawodowe kompetencje, bo pewnie jak Ryszard żadne. Niech go ktoś zmusi do pokazania dowodu, bo nie pamiętam, jak się nazywa, a odpowiednie służby muszą mieć pewność, kim jest.

Ktoś taki nie może być dalej szanowany. Trzeba przed nim przestrzec ludzi. Mam dosyć ratowania różnych osób po jego „terapii” i podtrzymywania na duchu wybitnie utalentowanych dzieci, którym złośliwie psuje psychikę oraz zniechęca do sięgania po więcej i realizowania się w pełni. To samo zrobił ze mną. Musi się to skończyć.

Okłamywał Piotra podając się z mojego psychoterapeutę i ciągnął od niego kasę. Jedyne osoby, którym pomagał to schizofrenik z Gdańska i moi gwałciciele. Mam nadzieję go w końcu zabaczyć na sali sądowej.

Wszystkie osoby, które mogą coś o nim powiedzieć Policji, są proszone o znalezienie w Internecie adresu email swojego dzielnicowego i opisanie poczynań tej kreatury. Jest to najszybszy i najprostszy sposób, który nie dostarcza dodatkowej pracy dzielnicowym.

Pretty please! Zróbcie to dla mnie i dla innych jego ofiar, w tym ludzi których zaszczuł na śmierć.

I oczywiście nie jest to Prima Aprilis, chociaż bardzo żałuję.

Pani Szkwał

Szkwał to nieprawdziwe nazwisko pani, z którą studiowałam, ale muszę ją jakoś nazywać, więc niech już tak zostanie. Z tego, co usłyszałam jakiś czas temu, była osobiście odpowiedzialna za wszystkie nieszczęścia, które na mnie spadły w czasie studiów. Oczywiście można winić za nie schizofreników, ale powiedzmy sobie szczerze – schizofrenicy w naszym systemie prawnym są jak grad. Za nic nie odpowiadają, ale trzeba się przed nimi zabezpieczać i nie wolno niszczyć nikomu dachu nad głową, bo uderzenia wielkich gradzin potrafią nawet zabić.

Pani Szkwał złośliwie rozpowiedziała na Anglistyce, że nie jestem kimś z Warszawy, tylko z Gdańska i że rzeczywiście schizofrenik Ryszard jest moim krewnym, który za mnie odpowiada. Świat anglistów znał sprawę gwałtu z podstawówki i prześladujących mnie schizofreników, bo moja nauczycielka angielskiego z podstawówki, Emma,(1) opowiedziała swoim kolegom i koleżankom z Uczelni o tym, co mnie spotkało i poprosiła o pomoc i ochronę, jeśli kiedykolwiek trafię na Anglistykę.

Pani Szkwał postanowiła pomóc właśnie tym osobom, przed którymi Emma ostrzegała. ręcząc za nie wszędzie i rozpowiadając, że mój narzeczony zerwał ze mną dla mojej schizofrenicznej koleżanki z podstawówki. No cóż, nie było to prawdą, ani ta schizofreniczka nie była moją przyjaciółką, ani mój narzeczony się w niej nie zakochał. Ja z nim zerwałam. Byłabym w końcu z kimś zupełnie trzecim, albo nawet czwartym, kto o mnie zabiega od lat, gdyby nie upór pani Szkwał w niszczeniu mnie i pomaganiu schizofrenikom z mojej podstawówki oraz schizofrenikowi z Gdańska. Niestety amnezja na skutek zaszczucia przez schizofrenika jest czymś tak częstym i oczywistym, że ta pani nie powinna wykorzystywać moich problemów z pamięcią jako czegoś, dzięki czemu może mnie zniszczyć, a za to koronować na królową fandomu schizofreniczkę Renatę. A w jej wersji tej historii zostałam rzucona przez narzeczonego z powodu mojej „choroby psychicznej”.

Pani Szkwał była tak ambitna w terroryzowaniu mnie i zaszczuwaniu, że posunęła się do rozpowszechniania swoich pomówień na mój temat również w czasie anglistycznych konferencji, tak żeby wszystkie moje koleżanki również się na mnie rzuciły. Także z tego powodu spotkały mnie szykany i robienie ze mnie wariatki i wmawianie mi, że nic nigdy nie napisałam, ani nie opublikowałam, tylko się fałszywie podaję za kogoś, kim nie jestem. I ja i urząd skarbowy wiemy coś innego i mamy na potwierdzenie tych słów PITy.

Rozumiem, że była zazdrosna nie tylko o mojego dawnego narzeczonego, ale również o mój – potwierdzony wygranym konkursem – talent, ale ta żmija powinna znać granice i nie posuwać się do kłamstw w swoim celowym niszczeniu mnie. Mam szczerą nadzieję, że jeszcze przed formalnym procesem karnym i cywilnym usłyszy od osób, które okłamała, co o niej i jej postępowaniu myślą.

Oczywiście, jak w przypadku wszystkich takich żmij mojej prześladowczyni jest dobrze w życiu i osiąga same sukcesy, bo nie ma ani jednej nieprzespanej nocy za sobą, za to skutecznie niszczy wszystkie zdolniejsze od siebie osoby ze swojego otoczenia. Nie chcę jej nigdy oglądać. Gdyby nie jej łgarstwa dostałabym prawidłową pomoc w czasie studiów, a także później. I obcy dla mnie schizofrenicy byliby wyrzuceni z mojego miejsca pracy.

Mam nadzieję, że zdechnie i nigdy nie będę musiała z nią rozmawiać. Pamiętam sprzed lat jej złośliwości i napaść na mnie, kiedy się dowiedziała, kim jest mój narzeczony. Składałam wtedy formalną skargę na jej zachowanie. Prześladujący mnie schizofrenicy spadli jej chyba z nieba i dali podkładkę do dalszego nękania mnie. Było jej też wyjaśnione, że osoby na które się powołuje, to wariaci. Ale cóż, puściła to koło uszu i nadal wykorzystuje nie tylko ich samych, ale również ich koneksje, żeby mi dokopywać. Jest jedną z osób, przed którymi muszę przestrzegać. I proszę o ochronę także przed nią, bo poluje na mnie razem ze schizofrenikami zamieszanymi w gwałt w podstawówce od samego początku lat dziewięćdziesiątych, a wszystko co mówi to kłamstwa.

Nie spodobało jej się, że zaręczyłam się wtedy z osobą, z którą jej zdaniem nie powinnam się była zaręczyć. Zaszczuwaniem mnie i oskarżaniem o chorobę psychiczną chciała doprowadzić do tego, abym związała się ze schizofrenikiem Rafałem (którego dobrze kojarzę z podstawówki i nigdy nie byliśmy parą). To z kim byłam, czy jestem, jest tak bardzo nie jej sprawą, że albo sama jest chora, albo kieruje się patologiczną zawiścią. Dobra koleżanka byłaby szczęśliwa, że związałam się z tak majętną i zakochaną we mnie osobą, a dałam kosza idiocie. Upór pani Szkwał w doprowadzeniu do mojego małżeństwa ze schizofrenikiem Rafałem, którego nienawidzę od dziecka, można wytłumaczyć tylko złośliwością i tym, że uznała, że na nic lepszego nie zasługuję. Tłumaczyłam jej, że Ryszard to też wariat, a nie mój „wujek” czy „chrzestny”. Uznała, że ma prawo decydować, z kim mam się związać i odpowiedziała kampanią oszczerstw i zaszczucia, która się ciągnie po dzień dzisiejszy, włącznie ze szczuciem na mnie ludzi z Anglistyki i organizowaniem wokół mnie „kordonu sanitarnego” jako osoby „chorej psychicznie”, a którą nikt nie powinien rozmawiać, ani nic jej mówić.

Nie martwi mnie ten ostracyzm, bo i tak zamierzam rozmawiać tylko z metalami, a moja prelekcja na Polconie ma służyć głównie zaprezentowaniu dowodów świadczących o chorobie Ryszarda i jego przyjaciół (czyli między innymi przyrodniego rodzeństwa Renaty i Rafała). Twierdzą, że jestem z Gdańska i Ryszard jest moim chrzestnym – ale mój akt chrztu mówi inaczej. Upierają się, że jestem żoną Rafała – mam zaświadczenie o stanie cywilnym, które temu przeczy.

Chyba powinnam też przygotować sobie jakiś PIT? Czy już wystarczy tych dokumentów, żeby wyśmiać panią Szkwał? Są osoby, które dobrze wiedzą, że piszę (a raczej pisałam, dopóki mnie zawistni schizofrenicy nie zniszczyli), więc chyba wystarczy ich świadectwo.

⛧⛧⛧

(1) Oczywiście nie chodzi o panią Emmę Harris, która była szefem Instytutu Anglistyki w czasie moich studiów. Moja Emma – jak napisałam wcześniej – zmarła, gdy jeszcze byłam dzieckiem.

Skansen

Pisałam już kiedyś o masowych grobach dzieci pomordowanych przez ludzi Kościoła Rzymsko-Katolickiego. Nie jest więc nową wiadomością, że Kościołem rządzą świry życzące dzieciom jak najgorzej. Nie przesadzam – byłam zapewniana przez wiele osób związanych z Kościołem, że zgodnie z ich doktryną choroby psychicznie nie istnieją, więc jeśli jakiś wariat ma prywatne „objawienie”, że dziecko jest we władzy złego, to ma prawo je zakatować na śmierć. Ja sama też prawie zostałam zakatowana na śmierć w dzieciństwie i później. Żeby było zabawniej miałam rodziców na poziomie, którzy nie podzielali tego rodzaju zabobonów, ale wystarczy, że kościelny wariat trafi na ślad kogoś takiego jak ja – wokół kogo wariaci rozpięli siatkę swoich kłamstw i urojeń – żeby miał bezproblemowy dostęp do swoje ofiary w szkole lub w pracy. Nie można się wtedy doprosić, żeby taki wariat był usuwany z terenu, bo oczywiście wszyscy są zachwyceni pojawieniem na terenie szkoły „wujka” i spijają z jego ust kłamstwa i wszystkie jego urojenia.

Jeśli weźmie się pod uwagę, że uczniowie, studenci i nauczyciele funkcjonują według dostępnej wszędzie rozpiski, dzięki której wiadomo, gdzie mają zajęcia i o której porze, to sama się dziwię, że przeżyłam aż tak długo. Do tej pory „moi” wariaci siedzieli cicho, ale nie wiem, co się będzie działo, gdy dowiedzą się, że zamierzam pojawić się na warszawskim konwencie.

Polska jest obecnie skansenem Europy. Bardzo proszę, uchwalcie w końcu prawa, które pozwalają takich ludzi leczyć, nie mówiąc o wsadzaniu do więzień idiotek, które bez weryfikacji z najbardziej zainteresowanymi osobami (pomimo wcześniejszych próśb o to) ręczą wszędzie za wariatów i twierdzą, że wszystko, co wariaci mówią to prawda.

Serio, nie jestem z Gdańska, a schizofrenik Ryszard nie jest moim wujkiem. Mam nadzieję, że w końcu to trafi do kogoś.

Affluenza

Termin affluenza ma wiele definicji, mój były narzeczony rozumiał ten termin jako smutek, wynikający z tego, że posiadając wszystko, nie musi o nic walczyć, a i tak nie ma tego, na czym mu najbardziej zależało. Moim zdaniem jego affluenza widoczna była najlepiej w przekonaniu, że jest niepokonany i że nie ma powodów, żeby się bać czegokolwiek. Kochał prędkość i prowadził samochód w sposób, który bardziej byłby na miejscu na torze na wyścigowym, a nie w mieście. Już na początku znajomości przepowiedziałam mu, że zginie w wypadku. Miał potem lekką stłuczkę (jak to określił) i potłukł się tak dotkliwie, że zaczął zapinać pasy w samochodzie. Ale tylko w samochodzie.

Zerwałam z nim, bo się zakochałam w kimś innym. Nie był aż tak uparty i był długowłosym anarchistą, studentem medycyny, co było dobrze widzianą odmianą, chociaż dla otoczenia moja decyzja była całkowicie niezrozumiała. Bo kto wymienia zamożnego i przystojnego faceta na grubasa o cienkim portfelu? Co ja mogę powiedzieć. Poleciałam na seks, po tym gdy niebieskooki grubas spojrzał mi głęboko w oczy i zaciągnął na spacer nad Wisłę.

Gdy zerwałam z narzeczonym, usłyszałam, że to „tylko ciało” i że będę mogła wrócić.

Wróciłabym, gdybym nie została zaatakowana przez wariatkę – oraz osoby, które uwierzyły w jej urojenia – na Anglistyce. Zostałam nakarmiona morzem kłamstw i zaszczuta aż do próby samobójczej. Delikatnie mówiąc, nie wspominam okresu studiów zbyt dobrze.

Przez całą resztę życia mój były i ja byliśmy ofiarami skomplikowanych intryg schizofrenicznego przyrodniego rodzeństwa wspieranego przez ich przyjaciół. Ja miałam problemy z pamięcią z powodu traumy, a mój dawny narzeczony wierzył, że nie chcę z nim rozmawiać.

Zaczęliśmy się dogadywać wiele lat później i tłumaczyć sobie, co się naprawdę wydarzyło. Przede wszystkim, że naprawdę nie jestem żoną Rafała. Mój były miał się wszystkim zająć i obronić mnie przed kolejnymi atakami schizofreników, ale postawił wyjechać nad swoje ukochane jezioro.

I tak jak przepowiedziałam, zginął w wypadku.

Mam jeszcze innych adoratorów. Na całe szczęście dla mnie są zdrowi psychicznie i nie nazywają się Rafał.

Matura

Zdarzyło mi się kiedyś pracować w całkiem renomowanym liceum. Uczyłam wtedy maturalną klasę, do której chodziła dziewczyna na początku kariery aktorskiej. Zaczęła grać w serialu i w związku z tym opuszczała lekcje. Jej polonistka oczekiwała, że zostanie poparta w pokoju lektorskim i da radę doprowadzić do ukarania jej za tak dużą absencję. Spodziewała się wydalenia ze szkoły, bo nie chciała pozwolić lasce zaliczać zaległych klasówek.

Opadła mi szczęka i postanowiłam to odpowiednio skomentować jako totalną bzdurę, bo moim zdaniem nieobecności były usprawiedliwione. Dziewczyna nie stoczyła się, nie stała pod budką z piwem w czasie lekcji, tylko pracowała. Pracowała na swoją przyszłość w zawodzie, bo takie propozycje się nie powtarzają, szczególnie dla kogoś w tym wieku bez szkoły aktorskiej. Albo się wejdzie do zawodu, w momencie kiedy ma się ten fart, że wygra się kasting, albo nie. Dziewczyna harowała na to szczęście całe liceum. Oczywiście nie dotyczy to celebryckich supergwiazd, ale to nie był to przypadek tej laski. Nie była z aktorskiej rodziny, ani nikim z tabloidów czy czasopism, żeby spodziewać się, że będą za nią ganiali producenci z ciekawymi propozycjami.

Zupełnie nie rozumiałam, jak można ją chcieć ukarać za usprawiedliwione nieobecności w sytuacji, kiedy młody człowiek pracuje na swoją przyszłość. Nie oszukujmy się, prawdziwe życie jest poza murami szkoły i dopiero tam zdobywa się kompetencje, które naprawdę liczą się w dorosłym życiu. Większość rzeczy, które mi ratują skórę zawodowo i prywatnie to rzeczy, których nie nauczyłam się od nauczycieli. To są przeczytane poza programem książki, dyskusje ze specjalistami, dopytywanie znajomych i szukanie wiedzy na własną rękę.

Argumentem, które chyba przekonało grono pedagogiczne, było, że jakby co to młoda aktorka i tak ucieknie do szkoły prywatnej i tam zda maturę, do której jej nie chciano dopuścić. Więc i tak wyjdzie na swoje. Wiele osób uczących się w tym elitarnym liceum – a było to jeszcze przed reformą egzaminów maturalnych, dzięku którym są obiektywne, chociaż i tak zdarzają się egzaminatorom błędy – spierdalało przed egzaminami do szkoły prywatnej, która funkcjonowała przy CKU, czyli liceum dla pracujących dorosłych, do której oprócz młodzieży, która uciekała z pokracznego toksycznego systemu, chodzili zawsze muzycy oraz sportowcy. Doskonale zaliczając egzaminy przed gronem nauczycielskim, które chyba wszystko widziało i niczemu się nie dziwiło, bo również przychodzili tam na egzaminy w obstawie policji ludzie z aresztu śledczego i więzienia.

Młoda aktorka usłyszała od wychowawczyni, że ma swojej anglistce podziękować za uratowanie tyłka. No cóż, interwencja wydawała mi się oczywista, bo jakiś głos rozsądku w tym morzu tępoty był potrzebny. A zaległe testy i egzaminy laska zaliczyła sama.

Oczywiście powyższa historia wcale nie sprawiła, że zacząłem bardziej podziwiać typowych przedstawicieli mojego zawodu. Zresztą tępienie młodych artystów widziałam też w innej szkole.

Meh!

Włosy

Zerwałam kiedyś z chłopem, bo ściął włosy. Ojciec go na to namówił. W zamierzeniu miał wyglądać poważnie, jak ktoś z kim można związać się na stałe i założyć rodzinę. Dla mnie prezentował się, jak ktoś z kim wstyd się na jakimś koncercie pokazać, a co dopiero mieć jakieś bardziej stałe plany.

Inne rzeczy potrafiłam wybaczyć, ale zaprezentowania się w eleganckim garniturze z krótkimi włosami nie zniosłam, wpadłam w szok i zerwałam z człowiekiem na miejscu.

Ojciec-normik, który go na ścięcie włosów namówił, nadal niewiele rozumie z tej subkultury.

Psychologia kliniczna

Spotykałam się na początku studiów z chłopakiem, którego ojciec jest profesorem psychiatrą. Niedoszły teść zachęcał mnie, żebym zaczęła studiować równolegle psychologię, bo uważał, że się lenię na Anglistyce.

No owszem, nie przemęczałam się wtedy, a zawsze lubiłam ciekawe lektury. Profesor pożyczył mi więc podręcznik do psychologii klinicznej, a potem zrobił mi z niego nieformalny egzamin. Od tamtej pory czasem, gdy go mniej lub bardziej przypadkiem spotkam, kłócę się z nim z pozycji psychologa (amatora), bo znam pewną sprawę lepiej niż on i jestem cięta na nieudouczonych psychiatrów mordujących pacjentów razem ze schizofrenikami.

Inne pozycje psychologiczne wcześniej pożyczał mi Piotr.

Emma

Emma to najlepsza nauczycielka, jaką kiedykolwiek spotkałam na swojej drodze. Już przed przyjazdem do PRL była nauczycielem akademickim i kiedy wpadła do Polski z wizytą, zakochała się w długowłosym chłopaku, który został jej mężem. Zamieszkała więc na stałe w Polsce.

Poznałam ją na kilka lat przed jej śmiercią. Była już na emeryturze, kiedy spełniając prośbę umierającego na raka męża, rozgłosiła w mojej podstawówce, że zbiera grupę dzieci, które będzie uczyć angielskiego. Mąż chciał, żeby miała zajęcie, które może pokochać i dzięki któremu się nie zabije. Poza nim nie miała nikogo innego, bo nie mogła mieć dzieci.

Jedyny warunek Emmy był taki, że dzieci powinny już wcześniej uczyć się angielskiego, bo oficjalnie zaczynaliśmy od poziomu A2. Zapowiedziała ustny egzamin, od którego zależało przyjęcie do grupy. Była to taka szansa na rozwój, że nie tylko ja, ale też inne dzieci z mojej budy stwierdziły, że mimo wszystko spróbują nauczyć się same, ile się da i może uda się ubłagać Brytyjkę, żeby przyjęła nas do grupy. Nikt z nas wcześniej nie uczył się angielskiego.

Zajęcia zaczynały się od października, tak jak zaczynają się zajęcia na Uniwersytecie, bo do tego była przyzwyczajona. Poprosiłam tatę, żeby mi kupił jakieś podręczniki i ryłam, korzystając z pomocy mojej starszej siostry, już studentki, oraz jej przyjaciółki.

Udało się. Emma mnie nawet pochwaliła, bo jej zdaniem byłam już nawet na poziomie B1,(1) głównie chyba dlatego, że liznęłam odpowiednio dużo gramatyki.Uważałam, że brakuje mi słownictwa. Zadowolona Emma (każdy nauczyciel kocha bardzo zmotywowane dzieci) odmówiła mi podania listy słówek, które muszę zapamiętać, żeby nadrobić zaległości. Bo ma mi samo wejść do głowy w czasie kursu. Było to moje pierwsze spotkanie ze współczesną metodyką nauczania i pierwszy opad szczęki. Były kolejne.

Emma robiła wszystko tak jak chciała, bo nie miała nad sobą nikogo. Nie sprawdzała listy. Nie uznawała też robienia kartkówek czy testów. Nie stawiała ocen, chociaż robiła egzaminy sprawdzające kompetencje. (A kompetencje wzrastały u wszystkich dzieci.) Grupa mówiła jej po imieniu. Używała w uczeniu metody komunikacyjnej, podczas gdy standardem w polskiej szkole były metody z dziewiętnastego wieku, między innymi tłumaczeniowa.

Emma robiła wszystko, co budzi sprzeciw pewnej pani Barbary z Krakowa, która – przywołana przez schizofrenika Ryszarda – postanowiła mnie nauczyć metodyki, jednocześnie udowadniając, że nic nie wie o współczesnych metodach pracy z ludźmi, czy o psychologii. I to podobno ktoś, kto wtedy pracował w Kuratorium. Żeby było zabawniej ta pani, czerpiąc wiedzę o mnie z ust schizofrenika, który na pewno nie jest moim wujkiem, uważa, że nie mam wyższego wykształcenia, a jeśli uczę angielskiego to tylko dlatego, że chodziłam do szkoły w Stanach i znana mi metodyka nauczania języka to jakieś amerykańskie wynaturzenie, o którym muszę zapomnieć. Zastraszyła mnie tak, że się rozpadłam na kawałki.

Stanowczo ta pani nigdy nie była moją przyjaciółką, chociaż może tak bredzić oraz podawać inne kłamstwa jako prawdę. Wypieram się jej, tak samo jak wypieram się Ryszarda, Renaty czy Rafała.

Emma doprowadziła naszą grupę do poziomu upper-intermediate. Dopiero na tym poziomie dawała nam listy słówek do przejrzenia w domu i jakieś zadania, żebyśmy mogli swobodnie ćwiczyć mówienie na dany temat w czasie zajęć. Jeżeli ktoś nie zajrzał do tych materiałów to jedyne, co mu groziło to, że zawiedzie Emmę. Po gwałcie w szkole i zaszczuciu przez Ryszarda, który biegał po różnych nauczycielach ze swoimi kłamstwami, byłam w takim stanie, że nie mogłam się skoncentrować. Wytłumaczyłam Emmie, dlaczego nie zrobiłam pracy domowej po angielsku i się rozpłakała. Uratowała mnie wtedy i doprowadziła do zwolnienia z pracy największej i najgłupszej wydry z grona nauczycielskiego z mojej podstawówki. Schizofreniczne dzieci poleciały wcześniej.

Byliśmy jej najzdolniejszą grupą i bardzo nas kochała, ale chciała jeszcze pomóc kolejnej grupie dzieci, więc nas pożegnała. Udało jej się ich też doprowadzić do końca jej kursu, chociaż równocześnie przyjmowała chemię oraz była coraz słabsza. Zaraz po zakończeniu zajęć z nimi położyła się do szpitala już umrzeć.

Mój tata ją odwiedził przed śmiercią i z nią rozmawiał. Podziękował jej za uratowanie mnie. Mnie by nie przyjęła, bo był to już koniec jej drogi, jak powiedziała i źle wyglądała, a dziecka nie chciała straszyć.

Takich nauczycieli się zawsze pamięta.

Emma mnie uratowała przed fałszywymi oskarżeniami o „demoralizację” – do której podstawą był gwałt pedofilski na mnie. Wywaliła z mojej podstawówki zdemoralizowanego nie-psychoterapeutę, który stanął po stronie moich gwałcicieli.

Żeby było zabawniej sprawa Emmy i prośba o ochronę dla mnie jest znana temu pseudo-psychoterapeucie, który dla mnie jest nie-psychoterapeutą. Bredzi, że nie rozpoznał siebie czy mnie w tej historii. Oczywiście możliwe jest, że kłamie, ale równie dobrze może być to kwestia jego psychopatii, która jest związana z imbecylizmem. Psychopata może być tak głupi, że nie rozumie, że coś jest o nim, jeśli nie jest wymieniony z imienia i nazwiska.

Złapcie go i wytłumaczcie kim jest, dobrze? I niech wpłynie na swoją kochankę, żeby oddała ukradziony mi pierścionek zaręczynowy.

⛧⛧⛧

(1) Pamiętam z tej rozmowy kwalifikacyjnej, że miałam problemy z mówieniem, ale też nie miałam dużo praktyki. I jak to ja, wcale nie uważałam, że umiem jakoś specjalnie dużo.

Amerykanka

Jednym z urojeń Ryszarda jest, że spędziłam dużo czasu w Stanach jako dziecko, miałam chodzić też tam do szkoły. Ignoruje przy tym fakt, że przychodził do mojej podstawówki w Warszawie mnie nękać, ale ma wyjaśnienie, dlaczego mieszkałam w Warszawie, a nie w Gdańsku – miałam tu osiąść po powrocie z Ameryki.

Wmawia mi, że mam amerykański akcent i że on to potrafi rozpoznać. Jest to bardzo zabawne, bo ten człowiek za grosz nie zna angielskiego. Testowałam go i jego tłumaczenia na polski tego, co powiedziałam, są tak hilaryczne, że żałuję, że nie mam tego nagranego. Polegały na tym, że gdy na przykład ja mu mówię po angielsku, że jest skończonym idiotą, to on w zachwyceniu sobą twierdzi, że powiedziałam, że go kocham. Nie jest więc wiarygodnym źródłem informacji na temat jakiegokolwiek akcentu. I oczywiście zaplątani w jego sieć politycy i lekarze, którzy tylko jemu wierzą, również uważają, że jestem Amerykanką, tylko się wstydzę przyznać. Akurat do tego nie mogę się przyznać, ale za to po stronie taty byli w rodzie Szwedzi, Norwedzy oraz Francuzi. Więc oprócz polskiej narodowości mogę się przyznać do tych trzech, ale za diabła nie przyznam się do bycia Amerykanką.

A mój dziadek ze strony mamy na pewno nie był Serbem, tylko urodził się na Bałkanach. Pochwaliłam się tym w szkole i od tamtego czasu dziadek dla imbecyla jest Serbem. Dziadek był stuprocentowym Polakiem.

Owszem, wmawiano mi, że jestem Brytyjką i zrobił to pewien Brytyjczyk przed koncertem. Spotykałam się wtedy z Michałem, który nauczył mnie, że trzeba przyjść dużo wcześniej, poniważ można wtedy mieć przyjemność zobaczyć muzyków, lub z nimi pogadać, bo muzycy lubią przejść się wśród ludzi i porozmawiać z fanami. Wśród miłośników fantastyki podobną funkcję pełnią konwenty, w czasie których też można spotkać ulubionego pisarza lub pisarkę.

Uważam, że Brytyjczyk przesadził, ale jakby nie było, raczej poprawny akcent zawdzięczam native speaker-ce Emmie, która prowadziła pozalekcyjne lekcje angielskiego dla dzieci z mojej szkoły. Była na tyle miła, że dopasowała dni zajęć do moich treningów na pływalni, które nie były codziennie (za to trenerzy kazali każdego dnia trenować w domu poza wodą), więc mogłam swobodnie to połączyć. Gdy Emma uznała, że nauczyła nas dostatecznie dużo, żebyśmy zawsze potrafili sobie poradzić z angielskim, nawet jeśli przejściowo zapomnimy, czego nas nauczyła, porzuciła nas i wzięła nową grupę dzieci. Był szloch z mojej strony, bo nie mogłam się z tym pogodzić.

Emma, why?

Na studiach miałam fonetykę, fonologię wraz z różnicami pomiędzy akcentami, więc jeśli potrafię coś powiedzieć z amerykańskim akcentem, to właśnie dlatego, że jestem lingwistką i wiem, jakie są różnice w akcentach. A nie dlatego, że wyniosłam to z amerykańskiej szkoły.

Facepalm.