Wszystkie wpisy, których autorem jest Gosia

„Bo Barbara mu powiedziała…”

Według tego, co mi Michał powiedział, kopia konspektów, które u niego zostawiłam wraz z listem zakazującym prodarowywania ich komukolwiek, jest nienaruszona i na całe szczęście nadal jest w jego posiadaniu. Zamierzam je wykorzystać, bo miał to być mój debiut wstrzymany przez ataki na mnie i moją amnezję. Zamierzam doprowadzić świat – na ile się da oczywiście – do takiej postaci, jaką by przyjął bez ataków schizofreników na mnie. A beztalencie nic ode mnie nie dostanie, bo nie można korzystać z owoców przestępstwa, jest to zasada prawnicza. Oświadczenie Michała, że on nadal posiada swoją kopię, oznacza, że konspekty wypłynęły od Andrzeja.

W życiu nie spodziewałam się takiej zdrady i to ze strony kogoś, kogo mój tata uważał za przyjaciela. Człowiek zignorował wszystkie moje prośby i zaprzeczenia. I nadal chyba uważa Romana za mojego męża. Co gorsza, każda osoba, która poznała moich rodziców, słyszała ostrzeżenia przed tym groźnym schizofrenikiem z mojej podstawówki, który już wtedy miał urojenia, że był moich chłopakiem. Jest to człowiek, który o mało co mnie nie zabił, tak samo jak Anna, która była prowodyrem pobicia mnie i skopania na przyszkolnym lodowisku. Wiem lepiej, kto mnie kopał, od ludzi winnych zmowy przeciwko mnie.

A właśnie, definicja zmowy przeciwko komuś. Sorry, not sorry, ale jeśli nic nie weryfikujesz u osoby najbardziej zainteresowanej i kompetentnej, a za to rozmawiasz na jej temat z ludźmi, których nie uważa za przyjaciół i wykonujesz ich polecenia, które szkodzą twojej – nie bójmy się tego słowa – ofierze, to jesteś winny zmowy.

I jedyne, co mogę powiedzieć, przy tym braku kontaktu i przeprosin, że z kilkoma osobami będę się widzieć już tylko w Sądzie w czasie rozprawy cywilnej. Na inne działania jest już za późno.

Barbara jest bardzo groźną schizofreniczką, a dobre maniery i zasady społeczne nakazują weryfikowanie wszystkiego u najbardziej zainteresowanych, a nie działanie na podstawie plotek i urojeń wariatki.

Dochodzenie do prawdy

Tak się składa, że zostałam zakatowana psychicznie w ramach czegoś, co księża nazywają „dochodzeniem do prawdy”. Bo rozumiecie, po zakatowaniu i egzorcyzmach powinnam zacząć zdaniem kleru „mówić prawdę” czyli potwierdzać słowa schizofreniczek. Moja amnezja, która wynikła ze strachu i przerażenia, został okrzyknięta zwycięstwem i „wyleczeniem z urojeń”. Chociaż za mało potwierdziłam moim prześladowcom, więc mieli ochotę zorganizować mi wyjazdowe egzorcyzmy, podobne do tych, w czasie których wielokrotnie zgwałcono przyjaciółkę mamy Michała i doprowadzono do jej śmierci. Kościół Rzymsko-Katolicki powinien zostać zdelegalizowany, bo to wylęgarnia samych patologii i powodem jest ich kult „świętych”, czyli według większości osób z kleru „sedno wiary katolickiej”.

Bardzo mi jest przykro powiedzieć, ale urojenia leczą tylko leki. To co mnie spotkało było bestialstwem i nie mam sił wymieniać wszystkich przestępstw, jakie na mnie popełniono. Celowe wywoływanie syndromu sztokholmskiego i mordowanie mi psychiki oraz sabotowanie wszystkich planów zawodowych i osobistych, tylko dlatego, że zadowolić schizofreników jest czymś za co kler już dawno trafić do więzienia. I podobnie kilka osób, które zbyt aktywnie opowiedziały się po stronie schizofreników oraz Opus Dei.

Nie mogę milczeć, bo tylko aktywne opowiadanie prawdy sprawi, że uznana zostanę za osobę pomówioną i niewinną. Bo rozumiecie – cynicznie wywołany syndrom sztokholmski, w czasie którego zaczyna się potwierdzać nieprawdę, to „dojście do prawdy”, a jak usłyszałam, terror i zaszczucie to regularne i typowe metody, jakimi posługuje się Kościół.

Wariatka Barbara nie ma prawa mówić w moim imieniu. Nigdy nie miała.

Nie zabiłam sama siebie i nie udaję kogoś, kim nie jestem, a i takie zarzuty już słyszałam. Tak się składa, że K. i jej gang zrobili cancelling całego mojego życia, nie tylko zawodowego ale też prywatnego i nie mam obowiązku pomagać tej plagiatorce.

Wszystko, co jest moje, musi do mnie wrócić i nie interesuje mnie, ile pracy włożyła w swoje plagiaty. Nawet gdybym miała tego cyklu nie napisać, to osoby, które mnie skrzywdziły, nie mają prawa wykorzystywać moich pomysłów.

Przy czym jest to osoba, która okłamała Adama, robiąc ze mnie wariatkę i mężatkę i zniszczyła w ten sposób kolejny ważny dla mnie związek. Musi się pogodzić z tym, że Barbara nie może „dać jej Adama” (jak to określili wariaci), bo Adam nigdy nie był nią zainteresowany. A dla wszystkich ważniejsze jest zdanie Adama, który zna mnie od dziecka, a nie fandomowej wariatki.

Przy tym wszystkim, co zrobiła, nie mam innej możliwości, jak tylko wypowiedzieć zdzirze wojnę. Andrzej był i jest po mojej stronie, bo znał moich rodziców i mnie od dziecka. A także odwiedzał mnie, gdy jeszcze żyli rodzice, w naszym mieszkaniu przy Puławskiej. To jest, kurwa, moje mieszkanie, a nie schizofreniczki Anny. Adam też mnie odwiedzał w tym mieszkaniu, gdy byłam dzieckiem. Michał, gdy byłam studentką. I jeszcze kilka innych osób.

Jedyne, co mogę zaproponować K., to aby poszła w końcu się leczyć. Najlepiej w zamkniętej instytucji.

Może moi prześladowcy zechcą sami oddać swoje mieszkania Annie, skoro tak łatwo moim postanowili dysponować. Jeśli uważają, że jakieś mieszkanie jej się należy, to niech wyskakują z własnych. Niech K. odda swoje.

Do momentu, aż to zrobią, mogą się odpierdolić.

Nazwiska

Tak się składa, że nie nazwisko decyduje, czy ktoś jest szlachcicem. Mój dziadek ze strony ojca został przyjęty do stanu szlacheckiego, ale warunkiem było, aby zerwał więzi ze swoją rodziną. Dlatego też nie mam w Polsce krewnych o nazwisku WIeczorek. Dziadek nie chciał przyjąć nazwiska żony, taki był uparty. Dla odmiany dziadek mojej przyjaciółki przyjął szlacheckie nazwisko swojej żony.

Szlachcice wiedzą, że o szlachectwie decyzuje coś innego niż nazwisko. Jest to genealogia. Drzewo rodzinne jest najważniejsze, kto od kogo pochodzi. Można być przyjętym do szlacheckiej rodziny, jak mój dziadek, ale można też ze stanu szlacheckiego wypaść. Według tego, co usłyszałam w dzieciństwie, zarzuty karne i pobyt w więzieniu sprawiają, że człowiek traci szlachectwo. Nie ma w Polsce króla, który by decydował o przyjmowaniu lub wyrzucaniu ze stanu szlacheckiego, ale kryminalista traci przywileje szlacheckie. Które akurat w Polsce, dodajmy, zostały zniesione konstytucją z dwudziestolecia międzywojennego. To tylko tradycja pewnych rodzin, która nie ma znaczenia prawnego.

W krajach, w których panuje monarchia konstytucyjna, członkowie rodzin królewskich oraz ich krewni mogą zostać powołani do pełnienia różnych funkcji reprezentacyjnych. W Polsce od szlachty w zasadzie nic się nie wymaga i obserwuję degrengoladę środowiska, objawiającą się bezzasadnym narcyzmem i głupotą.

Nie należy demonizować nazwisk i na siłę doszukiwać się krewnych wśród ludzi o tym samym nazwisku. Moi krewni o nazwisku WIeczorek mieszkają we Francji. Dziadek po narodzinach najstarszego syna wraz z rodziną wyjechał do Francji, bo jego żona chciała być z siostrami, które wyszły za Francuzów. Do tego mój dziadek Wieczorek pochodził z Poznania. I jak wspomniałam, zerwał więzi rodzinne ze swoimi krewnymi.

Jeśli spojrzymy na historię, to nazwiska są dosyć niedawnym wynalazkiem. Wcześniej używano przydomków, lub w inny sposób identyfikowano ludzi o tych samych imionach. W pewnym momencie państwa zaczęły przymusowo wprowadzać używanie nazwisk. Wiele osób używało tylko imion, a w spisach potrzebne były też nazwiska. Ta reforma wiąże się z rozwojem współczesnej państwowości. Wiele osób wymyślało sobie samodzielnie nazwiska, ale też funkcjonowały listy z propozycjami, takie same w całym kraju. Nie dziwmy się więc, że można spotkać osoby o tym identycznym nazwisku, które nie są ze sobą spokrewnione. A jeśli twierdzą, że są moimi krewnymi, to powinni coś wiedzieć o mnie lub o moim tacie. Osoba z Avangardy, która twierdzi, że jest moim krewnym, nic o mnie, czy o moim tacie, nie wie. Jest też za głupi, aby być moim krewnym.

Nie wszystko złoto, co się świeci, nie każdy błądzi, kto wędruje.

„Leczenie seksem”

Jak bardzo na niskim poziomie jest świadomość psychologiczna w narodzie (szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę tą część, którą nazywam religijną prawicą) widać w oczekiwaniach, że psycholog może kogoś „leczyć seksem”. A z takimi oczekiwaniami się spotkałam. Możliwe, że wynika to z kontaktów ze schizofreniczkami, które podają się za „psychoterapeutki”.

Postawmy sprawę jasno, psychoterapeuci mają obowiązek zachowywać profesjonalny dystans przy jednoczesnym życzliwym traktowaniu pacjentów. Bardzo możliwe, że w życiu pacjentów kontakt z psychologiem jest jedynym pozytywnym kontaktem z kimś, kto nie ocenia, za to traktuje życzliwie i stara się tłumaczyć różne prawidła i zasady psychologii, a także mówi, co może powodować, że komuś coś nie wychodzi w życiu. Kontakty seksualne są oczywiście zabronione i psychoterapeuci, mając świadomość, że pacjent może się zakochać, są zobowiązani utrzymać profesjonalizm tych kontaktów. Czyli przypomina się, że relacja wyklucza kontakty przyjacielskie czy romantyczne. Pacjenci są zniechęcani do formowania więzi innych niż te, które wynikają z sytuacji pacjent-psycholog.

Za to moje znajome schizofreniczki, z tego co usłyszałam, „leczą seksem” i podobne zachowanie było mi reklamowane, jako coś co ja też powinnam robić. Powiedzmy sobie szczerze, nie interesuje mnie to. Przy czym wierzę, że faceci wciagnięci do wyra przez schizofreniczki (i na odwrót, babki sypiające ze schizofrenikami) czują się świetnie i pozbywają się wątpliwości. Ale powodem nie jest psychoterapia, ale zalanie mózgu endorfinami. Taki seks działa jak łapówka, więc „pacjent” przestaje być obiektywny i bez problemu przyjmuje chorą perspektywę schizofrenika, gotowy we wszystko uwierzyć bez jakichkolwiek problemów.

Schizofrenicy mają podkręcone libido na maksa, można wręcz powiedzieć, że przeżywają schizofreniczną ruję. Chcą seksu, lubią seks, w odróżnieniu od zwykłych ludzi nie potrzebują do seksu odpowiedniego nastroju, czy zabiegów drugiej strony, czy też atrakcyjnego partnera. Niedoświadczeni faceci, raczej prymitywni w łóżku wpadają w pewną pułapkę, bo przeżywają takie uniesienie ze schizofreniczkami, że uważają je za żywe Boginie na Ziemi.

Wyjaśnię, co się dzieje od strony seksuologii. Tak naprawdę nie tylko kobiety potrzebują dłuższej stymulacji do odczucia prawdziwej satysfakcji i sam wytrysk nie oznacza monumentalnego orgazmu. Ten następuje dopiero po którymś wytrysku podczas miłosnej nocy. I tutaj napotykamy problem. Religijna prawicą z katolickimi seksualnymi zahamowaniami posiada tak niską wiedzę o seksie, że panowie nie tylko nie zadowalają swoich żon, ale sami też nie przeżywają prawdziwego orgazmu. W efekcie zbyt łatwo wpadają w sidła schizofreniczek-prostytutek, które bardzo szybko są gotowe bez żadnej dodatkowej stymulacji odbyć pod rząd kilka stosunków. Za to legalne małżonki potrzebują kwiatów, zabiegów, odpowiedniego nastroju i czegoś, co nazywa się kulturą i ars amandi. Czyli tych rzeczy, do których kler zniechęca, bo ma być szybko i bez grzechu. Panowie, porównując małżonki ze schizofrenicznymi kochankami, szybko dochodzą do wniosku, że ich żony są oziębłe, szczególnie jeśli zastosowali się do rady księdza i „nie bali się zgwałcić żony” w noc poślubną. Ja powiem, że nie ma oziębłych kobiet. Gwarantuję, że z kobietami zdrowymi można też osiągnąć spełnienie w łóżku, co więcej one też osiągną maksymalną satysfakcję. Ale trzeba się starać i myśleć o drugiej stronie. A także poszerzać wiedzę, chociaż to jest zabronione przez katolicki zabobon i poczucie wstydu.

Z Michałem świetnie dogadywaliśmy się w łóżku, oczywiście dopóki nie wtrącili się schizofrenicy i całkowicie poza moją wiedzą nie zaczęli instruować Michała w taki sposób, że seks przestał być, czymś, co nas łączyło. Podejrzewam, że Barbara i Ryszard, kierując się katolickim poczuciem, co wypada, postanowili przerobić nas na osoby, które nie mają przyjemności z seksu, za to cierpią i harują ponad siły. No bo trzeba by było zarobić na te dzieci urodzone zaraz po dwudziestce, do czego planowali nas zmusić. I chuj by studia strzelił, nie mówiąc o dobrej płacy później.

Najzabawniejsze, że teraz gdy mam dyplom wyższej uczelni, największym problemem schizofreników, jak usłyszałam, jest „skąd ona ma pieniądze”. Wcale nie mam aż tak dużych pieniędzy, jak na kogoś, kto skończył studia. Ale bardzo warto było skończyć studia na dwóch wydziałach. Mam też absolutorium, oprócz magistra Anglistyki. I nie muszę się kurwić.

Katolicki kler wydziela ludziom seks na kartki i dba o to, aby nie było z niego radości. Jest to sposób kontrolowania ludzi i podporządkowywania ich sobie. Padliśmy tego ofiarą z Michałem. Nie mylę się tej kwestii, pamiętam „nauki” mojej katechetki. Wiem, że ideałem jest seks bez przyjemności, do którego dochodzi wyłącznie w celi spłodzenia dzieci. I najlepiej, aby liczba stosunków była identyczna z ilością dzieci. Byliśmy przerabiani na takie osoby. Miałam też ochrzcić Michała. Zamiast tego kler widzi moją bardzo publiczną apostazję i pokazywanie moich ran na blogu.

Nigdy się z katolickim podejściem do seksu nie zgodzę. Ludzie mają prawo do szczęścia. I dobry seks jest też możliwy w małżeństwie, a nie tylko ze schizofrenicznymi katolickimi kurwami. Które są wręcz wyszukiwane i wdrażanie do zawodu. Mnie też chciano tak urobić już w dzieciństwie, ale opowieści o kosmopolitycznym pochodzeniu moich rodziców naprawdę nie były moim urojeniem. I nie byłam łatwą schizofreniczną ofiarą naganiaczy.

I bardzo mnie bawią przerażone westchnienia schizofrenika, który – gdy usłyszał lata temu, co zamierzam napisać na blogu, – jęczał, że „jeśli ona to napisze, to będzie po Chrystusie w fandomie”.

Nigdy nie udało mi się dowiedzieć od któregokolwiek z tych schizofreników, co to znaczy „Chrystus w fandomie”, ale spodziewam się czegoś w rodzaju ochrzczenia i nawracania metali i pogan (chociaż, jak mi powiedzieli, nie wierzą w istnienie pogan, ale ja muszę odpowiedzieć, że wiem, że istnieją). Ja osobiście nie dam się ochrzcić, ani nawrócić. Chociaż spotkały mnie wszystkie opisane w podręcznikach metody kontroli i zaszczucia, jakie stosują sekty, przy czym absolutnie ani razu nie wyraziłam chęci przystąpienia do Opus Dei. Nigdy nie byłam religijna. Nie ma takiej możliwości, abym cofnęła apostazję. Nie mają znaczenia kłamstwa schizofreników w tej kwestii. Wszystko, co trzeba wiedzieć o moich poglądach na kwestie religijne, znajduje się na blogu i nie trzeba sięgać do bełkotu schizofreniczek.

Bardzo niezabawne za to jest, że wystarczyły urojenia schizofrenika, aby wiele osób uznało, że nie mam żadnych praw i że jestem tego schizofrenika własnością i że ten kutas może nie tylko mną, ale też moimi rzeczami swobodnie dysponować.

Nie da się cofnąć tego, co ludzie zrobili pod jego wpływem i pozostaje tylko żałować, że nawet dla prawników religijnej prawicy prawo i prawa człowieka to coś, czego absolutnie nie rozumieją. Bo nawet zakładając, że zostałabym legalnie ubezwłasnowolnienia (chociaż tak nie było) to ubezwłasnowolnienie nie oznacza niewolnictwa. Osobowa ubezwłasnowolniona naprawdę ma szereg praw. I przede wszystkim nie może być ubezwłasnowolniona osoba, która jest niezależna i samowystarczalna. Nie może być też zmuszana do zawarcia małżeństwa wbrew jej woli. Również sama różnica zdań nie wystarcza do tego, aby kogoś ubezwłasnowolnić.

Nie należy też wierzyć, że ubezwłasnowolnienie oznacza, że można kogoś bezkarnie okradać z własności intelektualnej, bo „opiekun” pozwolił, szczególnie jeśli w pomieszczeniu pełnym ludzi okradana osoba powiedziała, że nikt nie może korzystać z konspektów przechowywanych przez Michała. To, że wyłudził je od niego schizofrenik, nie oznacza, że plagiatorka ma prawo ich używać, a potem zaszczuwać osobę, którą okradziono, i okazywać rażącą niewdzięczność. Nie dostała tych konspektów ode mnie. Absolutnie nie ja powinnam przepraszać. Tym bardziej, że ani Roman nigdy nie był moim mężem, ani nigdy nie zostałam ubezwłasnowolniona.

Przy czym oczywiście, ani Roman, ani Barbara czy Ryszard nigdy nie byli moimi bliskimi, więc z całą pewnością nie mogli wystąpić do Sądu Opiekuńczego i przejąć pode mną pieczy. Przy czym to co zrobili, to typowe akcje schizofreników z ich typowymi urojeniami. Nikt nigdy nie powinien aż tak bardzo przejmować się ich kłamstwami i urojeniami, aby łamać obowiązujące w Polsce prawa, także te medyczne.

Niestety takie osoby, jak ojciec Michała, gdy znajdą się w środku jakiejś schizofrenicznej intrygi, mają minimalne szanse na zrozumienie, co się dzieje. Najlepiej pomagają ludzie z zewnątrz, tak ja mu pomogłam poradzić sobie z gangiem schizofreników, który go nękał od dzieciństwa. Popełnił ten błąd, że myślał, że mówiąc o schizofrenikach, którzy mnie prześladują, odnoszę się do „jego” schizofreników. Nic dalszego od prawdy nie było. Niestety ludzie zostali zaszczuci i stracili życie, bo nie dostałam pomocy. Schizofrenicy z mojej podstawówki, którzy znaleźli sobie miejsce w fandomie, są jednymi z najgroźniejszych schizofreników, jakich ojciec Michała widział. I dostają zbyt dużo pomocy.

Zawiodłam się bardzo. Ojciec Michała i on sam, gdy chcieli mi pomóc, bo zorientowali się w sytuacji, też bardzo się zawiedli na kilku osobach. No cóż, fanatycy religijni, to fanatycy religijni, a idiotki wychowane od dzieciństwa przez schizofreników, to idiotki wychowane na wariatki i wściekłe tępe suki.

Jednym słowem, nikt kim trzeba się przejmować.

O tym, jak „rzucił” mnie Michał

Wiem, że po fandomie krąży zupełnie inna wersja rozstania z Michałem, więc muszę przedstawić swoją. Zresztą Michał poprosił mnie o to, bo to nie on mnie rzucił, tylko ja byłam tą osobą, która stwierdziła, że nie może z nim już być.

Nasz związek stał się ofiarą schizofrenicznych intryg Barbary i Michała. Za moimi plecami dotarli do rodziców Michała i przekonali ich, że są moimi adopcyjnymi rodzicami, czyli sprzedali kłamstwa, które kolportują wśród wielu osób. Cały czas nie mogłam się dogadać z rodziną Michała i wybić im z głowy przekonanie, że są to moi rodzice. Ze swojej strony ja nadal czekałam na rodzinną imprezę, oni byli przekonani, że wszystkich z mojej rodziny już poznali. Ja zaś Barbarę, Renatę oraz Ryszarda brałam za jakiś dziwacznych znajomych rodziców Michała, z którymi nie chciałam rozmawiać.

Oczywiście za to, że są moimi rodzicami i że należy im wierzyć, ręczył skurwysyn Nycz, jak usłyszałam, który prześladuje mnie od dzieciństwa i jest ostatnią osobą, którą należy o mnie pytać. Ma najniższą wiarygodność w fandomie, jeśli o mnie chodzi.

Schizofrenicy, którzy udawali moich „rodziców” zaczęli mnie reprezentować i mówić rodzicom Michała, jakie są „moje” pragnienia. Z powodu swoich różnych psychotycznych jazd uważają, że studia są tylko dla katolików. Albo najlepiej nikt nie powinien studiować, ani okazywać ambicje. Dlatego ja miałam bardzo szybko pobrać się z Michałem i zacząć rodzić dzieci, co miało niby być moim marzeniem. Michał miał zabrać do roboty, oczywiście miał rzucić medycynę.

Także wszystkie morderstwa schizofrenika Ryszarda są motywowane fanatyzmem religijnym, kieruje się tym nie tylko przy wpierdalaniu się ludziom w życiorysy. Uważa (podejrzewam, że Nycz też), że ateistki to kurwy i powinny się tym zajęciem zajmować. Nie mówiąc o przedstawicielkach niższych raz. Więc mam bardzo złe wiadomości dla Nycza – nie będzie mnie miał w łóżku, bo nie jestem schizofreniczką, którą bez leków da się skurwić.

Zostałam przez to towarzystwo tak obrażona i pomówiona, że mogę bez ogródek walić, co myślę o nich obu. Byłam o to też poproszona wprost. I nadal odczuwam skutki i efekty wprowadzenia w syndromu sztokholmski. Nie mam wyboru, muszę pisać prawdę, jak to ode mnie zażądano. A prawda jest zupełnie inna od urojeń Barbary.

Gdyby tylko skończyło się na moich fałszywie przekazywanych „marzeniach” o wczesnym macierzyństwie, to jeszcze nie byłoby tak dużego problemu, bo to nasza dwójka o tym decydowała. I Michał mnie posłuchał w tej kwestii. Więc mnie nie zapłodnił bez mojej zgody.

Niestety Michał zaczął być terroryzowany i instruowany, co ma robić, przez „przyszłych teściów”. Barbara jako kobieta (ten kobieton nie zasługuje na to określenie) zaręczyła, że bardzo ostry seks sprawia, że kobieta nigdy nie odejdzie i że Michał ma robić to z całej siły, bez względu na to, co ja mówię.

Skończyło się to tak, że moja ginekolog chciała go wsadzić do więzienia za gwałt. Ja go zaczęłam bronić, ale zniszczyło się między nami tak, że stwierdziłam, że mogę go co najwyżej traktować jak głupiego brata, a nie faceta, z którym chcę spędzić życie. Tak więc po dyskusji z moją kotką (która przestała lubić Michała i dawała temu wyraz, sikając na niego w nocy, bo lepiej od niego orientowała się, co się stało) wróciłyśmy obie do mojej prawdziwej mamy i do mieszkania, które do chwili obecnej legalnie zajmuję, bo je odziedziczyłam.

Rodzice Michała i on nadal wierzyli w urojenia Barbary i Ryszarda i traktowali ich, jak moich adopcyjnych rodziców, więc do reszty mnie z nimi zniszczyli. Także na uczelni.

A kolejne bardzo ważne dla mnie związki zniszczyła mi schizofreniczka Anna. Ludzie, którzy jej bronią, są skazani na moją pogardę i nie mają prawa nazywać się moimi przyjaciółmi. Muszą zdać sobie sprawę, że tylko jej zaszkodzili, a nie pomogli. Ten wariatce pomoże tylko grzeczne branie leków. Nigdy nie powinna była z nich rezygnować.

Chicago Tylenol Murders

Nie mam siły wiele pisać na ten temat, ale wariaci czy fanatycy którzy mordują jak leci, to nie jest nieznane zjawisko w kryminologii. Zaznaczę tylko, że Paracetamol, który wykorzystał wariat do trucia ludzi cyjankiem, był w formie łatwo otwieranych kapsułek, więc mógł podmienić zawartość. A upublicznienie tych morderstw spowodowało pojawienie się naśladowców.

Dziennikarze w takim momencie balansują pomiędzy ostrzeganiem opinii publicznej, a reklamowaniem przestępców, którzy przez innych zjebów mogą zostać uznani za idoli wartych naśladowania.

Morderstwa z użyciem Tylenolu (czyli Paracetamolu) spowodowały, że leki bez recepty nie mają formy kapsułek z proszkiem. Wszystko co jest sprzedawane w drogeriach z łatwo dostępnych półek to tabletki, z którymi niewiele można zrobić.

Jeśli ktoś daje wam lub sprzedaje kapsułki, to zawsze jest podejrzane.

https://en.wikipedia.org/wiki/Chicago_Tylenol_murders

Pomówienie

Jednym z zabawniejszych pomówień Anny i jej gangu (a każdy schizofrenik tworzy wokół siebie gang ludzi przekonanych, że jego urojenia to prawda i że schizofrenika trzeba „chronić” oraz „ratować”) jest, że utrzymuję swoje miejsce w Studium, ponieważ ze wszystkimi sypiam.

Muszę zaznaczyć, że nie jestem lesbijką, a wszystkie kolejne szefowe Studium, ich zastępczynie oraz kierowniczki zespołów lektorów to kobiety. I to takie, które absolutnie nigdy na mnie nie leciały. Też są całkowicie hetero. A mężczyźni profesorowie nie mają wpływu na politykę kadrową Studium.

Muszę zaznaczyć, że pracuję w Studium, bo jestem dobrą lektorką. Nawet, gdy walczę z syndromem sztokholmskim, to jestem całkiem niezła. Owszem są rzeczy, które mi gorzej wychodzą, bo – jak to się mówi – brakuje mi łyżek, ale znam angielski. Emma wykonała bardzo dobrą robotę, a ja nie jestem kimś, kto nie lubi czytać po angielsku. Wielu z moich znajomych nejtiwów bierze mnie za zamieszkałą w Warszawie Brytyjkę. Owszem mogą mi się podlizywać, ale twierdzą, nie czują bariery językowej. Zresztą uważam, że wszyscy w Studium są świetni i wiem, że Anna do nas nie pasuje.

Proszę o jedno, niech Anna w końcu znowu zacznie się leczyć, bo nieleczona choroba degeneratywna zje jej mózg do reszty i straci umiejętności uczenia się. Schizofrenia to wredna, dziedziczna choroba.

Plotka

Tak się składa, że Anna z mojej podstawówki po dołączeniu do gangu Renaty i pobiciu mnie na lodowisku została ustawiona na lekach. Jej rodzice byli ludźmi na poziomie i sami się leczyli, więc miała dobre wzorce i jej bliscy podejmowali dobre decyzje. Zostałam przeproszona, ale powiedziałam, że po tym wszystkim nie potrafię się z nią przyjaźnić.

Pech chciał, że Anna nie zorientowała się, że Ryszard i Barbara, nieleczący się schizofrenicy, to rodzice Renaty, a nie moi. Zaczęła dla nich mnie śledzić i donosiła Romanowi. Wiele z plotek o mnie z tamtego okresu jest całkowicie nieprawdziwa i pochodzi od niej. Wpadała do mojego domu niezaproszona, całkowicie pewna – bo tak jej powiedzieli Ryszard i Barbara – że uciekłam od nich, „prawdziwych rodziców” – i mieszkam u osoby chorej psychicznie. Mieszkałam oczywiście u moich najprawdziwszych rodziców, a z Barbarą i Ryszardem nigdy nie miałam nic wspólnego. Bardzo pechowo dla Anny moje związki z Barbarą czy Ryszardem to coś, co pochodzi wprost z urojeń tej wrednej schizofrenicznej rodziny z piekła rodem. Nie mam z nimi nic wspólnego, a Anna zniszczyła mi życie jeszcze bardziej niż w podstawówce czy liceum. Wierząc Ryszardowi, Barbarze oraz Romanowi zachowywała się tak, jakby pomimo leków cierpiała na ostrą psychozę, bo się od nich uzależniła.

Bardzo proszę, aby ta pani zamknęła w końcu ryja na mój temat, bo mam jej dosyć. Wszystko, co usłyszała od tych ludzi to jest kłamstwo i pochodzi z ich urojeń lub jest celowym kłamstwem, bo schizofrenicy naprawdę nie mają żadnych hamulców moralnych.

Anna była dostatecznie głupia i niszczycielska, gdy brała leki. ale Ryszard postanowił ją „wyzwolić” od leków. Ryszard jest schizofrenikiem nieprzemakalnym na wiedzę, prezentującym krańcowy katolicki zabobon i fanatyzm. Morduje ludzi innych wyznań i ateistów. Mnie się obrywa za bycie kolorową, chociaż w jego urojeniach mój tata był Żydem, a nie Arabem, jak mój dziadek. Wkurza go to, że jestem tak zdolna i utalentowana. Uważa, że jako „niższa rasa” powinnam mu służyć, stąd też wzięło się jego sabotowanie moich studiów, kariery sportowej i każdej innej. Bo mam być kuchtą. I kurwą.

Kurwę to zrobił z Anny Ryszard. Terrorem zmusił ją do porzucenia leków i to właśnie było powodem, dlaczego wyleciała ze studiów, wszyscy mieli dosyć jej braku postępów w nauce, zawalania egzaminów oraz zaszczuwania kolejnych osób.

Ja też mam jej dosyć. Jest największym szkodnikiem w fandomie. Niestety jest efektowna i jak wszystkie nieleczące się schizofreniczki wchodzi ludziom do łóżka, aby ich urabiać i szczuć na swoje ofiary.

Mam dosyć bycia ofiarą Anny. Niech się pizda w końcu leczy, nic co mówi nie jest prawdą.

I ma się odpierdolić od mojego mieszkania. Gdy tylko będę miała chwilę, wezmę ze spółdzielni zaświadczenie o zamieszkaniu. Zobaczymy sobie, kto ma prawo do tego mieszkania. Naprawdę kurwa Anna ma się odpierdolić od mojej matki, to jest moje mieszkanie.

To Anna próbuje mi w swojej psychozie ukraść mi mieszkanie. A nie ja jej.

Każda osoba, która ją popiera i „ratuje”, stanęła po bardzo złej stronie pentagramu. Ratunek dla tej pani to ponowne ustawienie jej na lekach, chociaż teraz powinna przejść dłuższą hospitalizację, bo psychoterapeuta ma co robić po jej wszystkich wyczynach oraz praniu mózgu, jakie jej rodzice Renaty zaserwowali.

Studia

Oczywiście wszystko, co piszę powinno podlegać weryfikacji, w tym przypadku przez moich kolegów z Anglistyki, ale jestem zmuszona pisać wszystko, co pamiętam o schizofreniczce Annie. Według tego, co wiem, ona – w odróżnieniu od Renaty – posiada Maturę, ale Nycz – jak to czasem robią księża – zachęcił ją, aby przestała brać leki. Nycz sam mi powiedział o tym, że ją zniechęcił do brania leków. Tak więc jest jego ofiarą nie moją.

W efekcie pipa wyleciała ze studiów, bo nie potrafiła zdawać egzaminów. przyszła nawet do mnie ze schizofrenicznym żądaniem, abym za nią zdawała egzaminy, bo „biskup chce, aby jej pomagać”. Nie wiem, jak jej zdaniem to powinno wyglądać. Miałabym zakładać perukę i szczudła?

Anna chodziła do mojej podstawówki i była praktycznie prowodyrką pobicia mnie i skopania mnie na lodowisku przyszkolnym. Po tem wyczynie dzieci zostały, szczególnie Anna ustawione na lekach. Nigdy nie byłam w żadnym klubie łyżwiarskim. Byłam pływaczką. Według tego, co widziałam Anna nawet nie nauczyła się jeździć na łyżwach. Wystarczyło, że raz się przewróciła i się obraziła na łyżwy. Odmówiła dalszej nauki. Jedyna moja wina mogła polegać na tym, że wyśmiałam jej postawę kogoś, kto nie chce włożyć nawet odrobiny wysiłku w naukę.

Moja rodzina z dużym zainteresowaniem zawsze oglądała łyżwiarstwo figurowe, bo to piękny sport. Chciałam się nauczyć jeździć na łyżwach, więc poprosiłam wuefistów, aby zorganizowali w zimie lodowisko wylane na boisku szkolnym. Było w okresie, kiedy trenowałam pływanie i skoki z wieży, więc byłam w bardzo dobre formie fizycznej. Nauczyłam się jeździć w trzy dni. Ale opłaciłam to licznymi sińcami.

W życiu nikt mi niczego nie podawał na tacy. Na wszystko sama zapracowałam. I mam czwórkę na dyplomie Anglistyki, chociaż byłam w czasie studiach zaszczuwana przez gang schizofreników oraz kler. Ryszard nawet posunął się do tego, ze wypisywał mnie z list studentów, udając moje ojca, bo „studia nie dla mnie” czy też „bo tobie nie nie wolno studiować”. Mam tego niebezpiecznego schizofrenika już też dosyć. Nie był przyjacielem mojego ojca, mój ojciec, Marian Wieczorek, tylko go znał.

A dla Anny mam jedną radę – niech zacznie znowu brać leki i przestanie mnie udawać. Moi faceci nie byli jej facetami, nie jest kurwa mać skrzywdzoną wokalistką, tak samo jak Roman czy ktoś inny z tego grona nie jest moim mężem. Jeśli Anna chce być tłumaczką czy pisarką, to niech zacznie w końcu to robić, a nie oczekiwać, że będę jej „murzynem”, a ona będzie wysyłać pliki z moim tłumaczeniem i przedstawiać jako swoje. Bo takie wysuwała żądania. Z jej powodu i zaszczucia przez jej gang enablerów wycofałam się z tłumaczeń, bo mnie psychicznie zniszczyli. Zamierzam już zawsze trzymać się z dala od środowiska, gdzie mogę spotkać Annę. Tak samo zamierzam trzymać się z daleka od Renaty i Romana. Uciekłam od różnych spraw nie dlatego, ze „źle znosiłam ciążę”, bo w żadnej ciąży nigdy nie byłam. Gang mi nie pozwolił na założenie rodziny.

Anna jest naprawdę wariatką, którą Studium sobie zapamiętało, chociaż wiele osób nie było świadomych, że Roman jest tak samo, lub jeszcze w większym stopniu, chory. I także niebezpieczny dla mnie. Policja ma zdjęcie mojego oka po tym, gdy w pracy trafiła w nie pięść Romana. A nie był to jedyny czy pierwszy fizyczny atak tego wariata na mnie. Już raz prawie mnie zabił. Jest to człowiek, którego nie chcę oglądać.

Zdjęcie mojego dyplomu z czwórką i zaświadczenie o stanie cywilnym jest do znalezienia na blogu. Dyplomu z Psychologii nie mam, bo ukradziono mi rękopis pracy magisterskiej, a potem zaszczuto, aż do wystąpienia amnezji i kościelny gang schizofreników do tej pory pilnuje, aby mi się nie polepszyło. Mój profesor psycholog uznał mnie za geniusza i dorzucał mi tyle przedmiotów, że robiłam dwa lata w ciągu jednego roku. Akurat psychologia jest dla mnie bardzo łatwa.

Jestem geniuszem i nie zmieni tego fakt, że Ryszard, podając fałszywie z mojego ojca, wypisywał mnie z list studentów, bo miałam niby rezygnować. Nigdy mnie nie wyrzucono ze studiów, tylko Ryszard koniecznie chciał mnie i moje życie dostosować do treści urojeń swojej córki i żony.

I wszystko będę już wyciągać na blogu. Bo nie mam obowiązku dać się zaszczuć. Mam prawo się bronić.

A żaden ksiądz nie ma prawa zniechęcać nikogo do brania leków psychiatrycznych, bo nie jest lekarzem i nie prawa udzielania porad medycznych. Schizofrenik bez leków jest ofiarą kleru, który wykorzystuje go i szczuje nie kogo tylko chce. Winny takich praktyk muszą ponieść konsekwencje. Anna musi znowu zacząć brak leki, chociaż ma tłum mężczyzn przy sobie zachwyconych tym, że tak łatwo ją wciągnąć do łóżka. Nie dziwię się, że zależy im na zachowaniu status quo.

Tłumaczka

Opisałam już wizyty schizofreników oraz ich fanów u siebie w pracy. Wspomniałam też o niekończących się próbach podkopania zaufania, mojego i innych ludzi, do tego co potrafię. Uświadomiłam sobie skąd się to wzięło.

Tym razem nie chodziło o schizofreniczkę Renatę, ale o siostrę Romana, schizofreniczkę Annę. W sumie jej działania były dla mnie jeszcze bardziej katastrofalne niż działania Renaty. Anna z całych sił próbuje mnie udawać.

Jak to schizofreniczki przeżywa ze jednocześnie ze mną moje romanse, oskarżając mnie o niszczenie jej życia. Twierdzi, że każdy razem to ona jest „prawdziwą ukochaną| mojego faceta. Wielu moich byłych było przez nią opisywanych jako jej „mężowie”. Niestety tak uwidoczniają się jej urojenia, których podstawą jest wcale nie tak tłumiona zawiść, która się z tej schizofreniczki wylewa.

Schizofrenia Anny nie ogranicza się do urojeń na temat moich facetów. Niestety jej zazdrość dotyczy też tego, co robię zawodowo. Furię Anny wywołało pojawienie się na rynku moich tłumaczeń. Zaczęła nachodzić mnie w pracy i razem z swoimi fanami robić mi awantury, w czasie których niszczyła mnie psychicznie i obrzucała obelgami.

Ludzie, którzy jaką wspierają, są przekonani, że „ukradłam jej tłumaczenie”. Jest to wierutna bzdura. Nie kontaktuję się z nią, tłumaczyłam sama, więc jeśli chodzi o to, że niby miałabym ukraść jej plik, to jest to niemożliwe. Jak najbardziej zawarłam umowę z wydawnictwem, dostałam egzemplarz powieści, więc ją przetłumaczyłam. Nie ukradłam też jej żadnego zlecenia. Jestem święcie przekonana, że szef wydawnictwa nigdy w życiu jej nie spotkał i że nie wykonała ani jednego gestu, który pomaga zdobyć zlecenie. Wszystkie zarzuty o to, że „zniszczyłam tłumaczkę” są wzięte wprost z jej urojeń. Jedyne co tutaj jest prawdziwe, to jej szlochy i skargi, ale to objaw choroby i zawiści. A nie mojego braku umiejętności, czy wredności. Tak się składa, że nie będę się kopać z koniem, bo mam kurwa dosyć. Wycofałam się z tłumaczeń, a jednak nigdzie nie widać żadnych tworów „geniuszu Anny”. Jedynie ona i jej sfora wykopali mnie z różnych miejsc i tłumaczeń. Ale nie będę za nią tłumaczyć, aby mogła to przedstawić jako swoje dzieło. Tak samo jak nie będę za Renatę pisać.

Tak się składa, że muszę za coś żyć, więc nie dam się wykopać z mojego głównego miejsca pracy. Gang schizofreniczki Anny musi się zadowolić tym, że ma pod swoją kontrolą polski fandom. Bawcie się dalej dobrze niszcząc ludzi wskazanych przez schizofreników.

Grzeczna prośba – odpierdolcie się ode mnie!!!

Byłam przez gang Anny atakowana także w czasie konwentów. Wmawiano mi, że nie znam angielskiego i że powinnam przestać tłumaczyć. Doprowadzono mnie do takiego stanu, że nie mogłam przetłumaczyć drugiej części cyklu, bo cierpiałam z powodu indukowanej psychozy (na całe szczęście takie rzeczy mijają), więc zrezygnowałam. Odrzucałam wszystkie próby kontaktu i byłam w tak złym stanie, że doprowadzono mnie wtedy nie tylko do amnezji, ale też właśnie do indukowanej psychozy.

Końmi nikt mnie teraz nie zaciągnie do fandomu. Wolę nie pisać, nie tłumaczyć i być sama. Za wiele razy traciłam mężczyzn przez tę zgraję schizofreników i ich pomocników. Mam też dosyć aspergerowców zakochanych w schizofrenikach z tego gangu. Aspergerowiec potrafi człowieka zabić, aby tylko postawić na swoim i udowodnić, że schizofrenik ma rację.

Prawda jest taka, że to Anna i jej znajomi zniszczyli tłumaczkę, a nie ja. Anna nie jest tłumaczką, nie studiowała Anglistyki. Jest urojenia powodują, że – wiedząc, że nic nie potrafi i nie funkcjonując na rynku tłumaczeń – oskarża mnie o to, że z mojego powodu nie tłumaczy. Niestety jej potrzeby schizofreniczne koncentrują się na chęci robienia wszystkiego, co ja robię. Jestem jej obsesją i jej chory mózg podsuwa jej powiązania, które tłumaczą, dlaczego świat się nie zgadza z jej urojeniami. Według jej schizofrenii odzyska swoje „umiejętności”, gdy mnie zniszczy i ja jej „oddam” tłumaczenie. Przerwałam tłumaczenie cyklu, ale oczywiście jej to nie zadowoliło. Jakoś wydawnictwo z nią się nie skontaktowało i nie została tłumaczką.

Taki schizofrenik może swoją ofiarę zabić, bo chory mózg podsuwa mu, że zabicie ofiary sprawi, że nie będzie już przeszkód, żeby świat uważał go za prawdziwego twórcę, w tym przypadku tłumaczkę.

Analogicznie mogę paść ofiarą Renaty, która już myśli, że moja śmierć jest rozwiązaniem jej problemu i że po mojej śmierci wszyscy już będą pewni, że jest „Yennefer” i autorką wszystkich moich tekstów i pomysłów.

Już wielokrotnie słyszałam, że mam umrzeć, bo to rozwiąże wszystkie problemy schizofreniczek i na świecie zapanuje miłość. One oraz jej pomagierzy żądali, abym sama się zabiła. Ofiara schizofreników zabija się, żeby przed nimi w końcu uciec, ale oczywiście nie rozwiązuje to problemów schizofreników, bo prawdziwym ich problemem jest ich własna choroba psychiczna.

To nieprawda, że „wszyscy mnie kochają” – schizofrenicy to Marsjanie nie z filmu „Mars Attacks”. Dwulicowi schizofrenicy mnie nienawidzą z całych sił i chcą mojej śmierci. Już mnie wielokrotnie przyjaciele wyciągali z dołka i odwodzili od decyzji o samobójstwie.

W takim stanie, w jakim ja się znajduję, ludzie zabijają się, bo dokonują na sobie eutanazji ` pokosu krańcowego cierpienia. Muszę to opisać, bo mnie zmuszono do tego i działam w ramach syndromu sztokholmskiego, ale też dobrze, aby pomagierzy schizofreników wiedzieli, co naprawdę zrobili. Oczywiście, że schizofrenicy spodziewali się zupełnie innych wyznań na blogu, o wiele bliższych ich urojeniom.

Mnie obiecano, że jeszcze będę szczęśliwa, więc jakoś się trzymam. Ale nie chcę nikogo z tych schizofreników oglądać na oczy i mam zamiar bardzo dokładnie selekcjonować ludzi, z którymi się kontaktuję.