Wszystkie wpisy, których autorem jest Gosia

Święte rodziny

W czasie studiów korzystałam do woli z różnych kursów, bo były dla mnie darmowe, a także z dobrze zaopatrzonych bibliotek naukowych. Jeden z podręczników, które wtedy przestudiowałam, traktował o przesłuchiwaniu ludzi i zbieraniu informacji. Od tamtej pory jakoś tak jest, że ludzie mówią mi różne rzeczy i to całkiem chętnie. Zdarza się czasem, że włączam tryb przesłuchiwania i nie odpuszczę dopóki nie dowiem się wszystkiego, co mnie interesuje.

Rozmawiałam w ten sposób z jedną z nękających mnie osób z Kościoła. Moje podejrzenie wywołał fakt, że nie tylko ja, ale też mój ojciec oraz całe grono innych osób, które poznałam lub o których usłyszałam, też miało problemy z katechetkami, które się obraziły i postanowiły tych młodych ludzi połączyć więzłem małżeńskim ze schizofrenikami, oczywiście wbrew ich protestom.

Okazało się, że katolickie katechetki oraz katecheci mają specjalne instrukcje, według których muszą współpracować z wybranymi „świętymi” rodzinami, co do których Kościół nie ma żadnych wątpliwości, że są wiernymi dziećmi Kościoła. (Ta, już widzę te ideały.) W przypadku jakiegoś dziecka podejrzewanego o ateizm (czyli w języku Kościoła demoralizację) katecheta wzywa na pomoc najwierniejsze osoby z parafii, które zaczynają się podejrzanym dzieckiem „opiekować” i wyznaczają im odpowiednio religijnego męża czy żonę. Dlatego usłyszałam od mojej katechetki, że doprowadzi do mojego ślubu z Romanem czy też Rafałem. A jak się zbuntuję to nie będę mieć dzieci, czy innego męża, bo mnie będą pilnować i nie dam rady przed nimi uciec.

Tak się składa, że najbardziej religijne osoby są z reguły najgłupsze. Mogą też być przestępcami lub schizofrenikami. Najczęściej to właśnie schizofrenicy mają jak najlepsze notowania w Kościele, bo lubią przechwalać się swoją urojoną świętością oraz kontaktami z Bogiem. Więc żadna z tych osób nigdy nie została ani nie zostanie moim małżonkiem. I tak jak jak mój tata, który uciekł Francji przed wyznaczoną przez kler na „żonę” schizofreniczką, cieszę się, że nie poślubiłam schizofrenika. Chociaż mój tata miał tyle szczęścia, że ukrywszy się w Polsce, doczekał się dwóch piękny i utalentowanych córek, które przede wszystkim były zdrowe, a nie chore na schizofrenię. No bo umówmy się, tylko osoby chore psychicznie dają się namówić na takie akcje ludziom z Kościoła Rzymsko-Katolickiego.

I owszem mój tata nosił nazwisko Wieczorek, bo był zamieszkałym we Francji Polakiem. To nazwisko nie jest dowodem na moją schizofrenię. Mój tata naprawdę nie musiał mieć francuskiego nazwiska, jak przypuszczają durne schizofreniczki, kuzynki Romana i Rafała, żeby mieszkać we Francji. Jest to prawdziwe, tak samo jak inne rzeczy, które opowiadałam. Biorąc pod uwagę, co mnie miało spotkać, cieszę się, że nie mam męża czy dzieci. Jestem przynajmniej wolna i żywa, a dzieci, których nie mam (uwaga, dowcip), są zdrowe psychicznie. Nie muszę znosić żadnego pomiatającego mną imbecyla-schizofrenika, który wyszedł z mojego ciała. Wiem, co takie schizofreniczne dziecko potrafi zrobić matce, bo przeczytałam odpowiedni podręcznik.

Oraz nie muszę bijącego mnie bydlaka, którego nienawidzę szczerze oraz którego się boję, bo mnie wielokrotnie już uderzył, znosić i obsługiwać, także seksualnie, płaszczyć się przed nim i dziękować, że żyję. Bo takie pomysły na moją rolę w rodzinie miały te „święte” osoby.

Żaden katecheta czy katechetka nie było mądrzejsi od moich rodziców, nie byli pedagogami, czy też profilerami, ale nie przeszkadzało im to przyczepić mi łatki osoby „zagrożonej prostytucją”, którą trzeba „ratować”, przemocą wiążąc z takim weźmy na przykład Rafałem czy Romanem. Nie chcę nawet mówić, jakie epitety padały wobec moich rodziców. Oczywistym jest, że nigdy nie byłam z Romanem czy Rafałem związana, zawsze przed tymi imbecylami i gburami ze schizofrenią uciekałam. Nie odpowiadam za to, że wywlekali z moich znajomych informacje, gdzie będę i się w tych miejscach pojawiali, udając, że się ze mną umówili. Nie odpowiadam też za ich kłamstwa na mój temat i temat moich rodziców, czy krewnych.

Tak się składa, że nigdy nie potrzebowałam nigdy umoralniania i jestem o wiele bardziej etyczna niż niejeden hierarcha w Kościele, który zaszczuwa ludzi kłamstwami. Jeden z moich znajomych Amerykanów przeżyłby, bo popełnił samobójstwo, gdyby nie kłamstwa na temat mojego stanu cywilnego. Wizyta hierarchy w Stanach wiązała się też z psychologicznym i brutalnym atakiem na niewinnego człowieka. Do tej pory nie mogę uwierzyć, że dorosły człowiek, który śmie nauczać o prawdzie i grzechu, posunął się do zapewniania, że był na moim ślubie z Romanem i że mam amnezję, i że należy mnie „leczyć”, bo tego nie potwierdzam. Mam nadzieję, że moja apostazja oraz zaświadczenie o stanie cywilnym kończy wiarygodność tych ludzi wszędzie, gdzie sięgnie mój blog.

Usłyszałam już kiedyś, że Opus Dei uważa, że ma prawo mnie karać i sabotować wszystko w moim życiu, bo „obraziłam zakonnicę”, ale to musi się skończyć. Nie mam męża, a nawet gdybym miała, to naprawdę prośby o kontakt ze mną powinny kończyć się przesłaniem mejla do mnie, a nie informowaniem o takich prośbach schizofrenika, który udaje mojego męża i uniemożliwia mi kontakty z ludźmi, z którymi chciałabym współpracować.

Prymitywizm kleru to jedna sprawa, ale prymitywizm ludzi z klubów miłośników fantastyki, którzy uważają, że z pisarkami należy kontaktować się przez ich mężów jest czymś, co należy napiętnować. Mają pecha, że nikt z rodziny Romana czy Rafała nigdy się nie przyjaźnił ze mną, ani nigdy z żadnym z tych facetów nie byłam związana. To są naprawdę niebezpieczne zjeby oraz imbecyle nasłani na mnie przez kler. Między innymi naraziłam się tym, że od dzieciństwa jestem Wicca, to jest moja prawdziwa religia. I osoby wtajemniczone widzą to w niektórych elementach mojego pisarstwa. Stąd też były powtarzające się próby nawracania mnie oraz terror.

Moja przyjaciółka bardzo się kiedyś obraziła, gdy jeden z klubów próbował umówić się z nią na prelekcję za pomocą jej męża. Bo nie jest jego niewolnicą ani pracownikiem. Przy czym akurat to był jej mąż, a nie udający go schizofrenik. Klub i schizofrenicy mają bardzo duże kłopoty, bo informacje jednak dotarły do mnie jednak okrężną drogą, bo mój były ze Stanów zaczął wszystko weryfikować na moją prośbę.

Bardzo proszę osoby, które znają historię odcinania mnie od osób, które chciały ze mną współpracować, o kontakt z Policją. Moi znajomi z Policji bardzo się ucieszą, widząc kolejne donosy na tych schizofreników oraz imbecyli, którzy udają ludzi dla mnie ważnych. Niestety, schizofrenicy przechwytują kontakty swoich ofiar i zaczynają je reprezentować, opowiadając bzdury. Nic z tego, co o mnie powiedzieli, nie jest prawdą. Wcale nie wyjechałam do Stanów. Za to po brutalnym praniu mózgu (które dla zjebów z Opus Dei jest „psychoterapią”) straciłam pamięć.

I żadna ilość „opieki” – bardzo proszę, niech już się odpierdolą – ze strony Opus Dei i uniemożliwienie mi założenia rodziny nie sprawią, że te kurwy odziedziczą po mnie chociaż złotówkę. Jakby co, to znajdę osoby godniejsze od tych ludzi z półświatka.

Powtarzam, żadna tych tępych kurew nie jest moją „przybraną wnuczką”. Niech już nie planują żadnego skoku na mnie, moje mieszkanie, czy pieniądze. Te zawodowe oszustki mają się w końcu odpierdolić.

Stan cywilny

Mój stan cywilny powinien być sprawą prywatną, o którą co najwyżej się mnie pyta, ale od bardzo dawna dla pewnej grupy ludzi jest czymś bardzo ważnym. Czymś, czym się bardzo przejmują. A wszystko z powodu Opus Dei oraz mojej dawnej katechetki, która „obrażona” przeze mnie, postanowiła wezwać na pomóc „świętego” czyli schizofrenika Ryszarda. Owa zakonnica zaśmiewając się, oświadczyła mi, że „znalazła mi męża”. Nie miałam wtedy nawet dziewięciu lat i się wkurzyłam, bo zaręczanie dzieci jest nielegalne. Za to zakonnica radośnie oświadczyła mi, że do tego małżeństwa doprowadzi i uratuje mnie tylko zajście w ciąże w wieku piętnastu lat, bo inaczej za niego wyjdę, jej w tym głowa. Niestety nie miałam nikogo fajnego w tym momencie pod ręką. Stąd się wzięło zainteresowanie tej bzykniętej rodziny Romana moją osobą i przekonanie fanatyków, że mam dostosować do decyzji zakonnicy. Bo podobno ani księdzu, ani zakonnicy nie wolno się sprzeciwiać. Nigdy nie byłam z Romanem zaprzyjaźniona, ani się nigdy z nim nie spotykałam, ale i tak fanatycy przekonali przekonali wszystkich, że jestem z nim związana.

Ale i tak za tego schizofrenika nie wyjdę.

Rozmawiałam z Romanem i wiem, że jest to imbecyl i że oczekuje, że ktoś o mojej pozycji będzie mu gotował, sprzątał, a on zabierałby mi wszystkie pieniądze, wydzielałby je oraz bił i zmuszał do wielogodzinnych modlitw. Gdy byłam studentką, napadł na mnie na uczelni i próbował wywieść do jakiegoś sanktuarium na kilkudniowe modlitwy.

Byłam tak przerażona jego obecnością na uczelni oraz wyłudzeniem moich ubrań od mojej mamy, że próbowałam się ratować. Wyciągnęłam swoje zaświadczenie o stanie cywilnym i zaczęłam pokazywać na dowód, że z tym człowiekiem, który twierdził, że ożenił się ze mną, gdy miałam osiemnaście lat, nie mam nic wspólnego. Zbierałam podpisy na kopii zaświadczenia, gdzie widniałam jako panna, żeby mieć dowód, że ludzie wiedzą, że nie jestem żoną Romana.

Pewnie udałoby mi się przekonać ludzi do tego, gdyby nie fala kłamstw pochodzących od Opus Dei. Zaczęto opowiadać, że to zaświadczenie nie jest moje, bo mam podobno nazywać się z domu Nowak. Jest to oczywista bzdura. Moje nazwisko jest po tacie, nie wychodziłam nigdy za mąż, nie zmieniałam go i jak najbardziej moimi rodzicami są Helena oraz Marian. To jest perfidne kłamstwo, że Barbara jest moją matką. Zabawne jest, że przed ludźmi, którzy nie znają sprawy i nie wiedzą, że osoba znana w fandomie jako „Yennefer” jest córką Heleny oraz Mariana, udaje moją mamę, Helenę Wieczorek. Jest to przykre, bo moja mama nie żyje od bardzo dawna.

Miałam swój dowód w ręku, miałam w ręku także swoje zaświadczenie o stanie cywilnym. Wszystkie papiery były w porządku, a jednak Opus Dei postanowiło ze mnie zrobić Małgorzatę Nowak, chorą psychicznie żonę Romana, która zaszczuła Yennefer. Pojawiły się też opowieści, że nazwisko Wieczorek noszę po mężu i Roman ma być podobno Wieczorkiem, trzecim dzieckiem mojego ojca. I w taki sposób ten schizofreniczny gang poszczuł na mnie polski fandom, twierdząc, że zaszczułam prawdziwą Yennefer. Historia, co miałoby się z nią stać, jest dostosowana do tego, kto słucha. W jednej wersji miałam ją zaszczuć i zabić, w innej zaś miała wyjechać do Stanów. Znaczy się, wyjechałabym, ale schizofrenik ukradł mi paszport z amerykańską wizą dla narzeczonej i zanim obroniłam pracę magisterską z psychologii (bo studiowałam na dwóch wydziałach), zostałam tak poturbowana psychicznie, że straciłam pamięć, a moi oprawcy mogli dalej robić, co chcieli. Ale i tak nie wyjdę za Romana. I nic nie poradzę, że mam takie wykształcenie jakie mam, chociaż gang schizofreników z Opus Dei twierdzi, że moje kolejne studia to dowód na moje urojenia.

No cóż, to jest kolejna próba przeprowadzenia akcji informacyjnej, która jest niezbędna (wszyscy psychoterapeuci o tym wiedzą), żeby udało się mnie obronić przed schizofrenikiem i jego samego wsadzić w końcu do psychiatryka. Wszyscy muszą przestać podtrzymywać jego urojenia. Ja osobiście wolałabym uciec przed nim do Arizony i gdy próbuje wedrzeć się do domu, bo działa pod wpływem urojeń, że może tam mieszkać (gdzie ja jestem), po prostu go zastrzelić. Zasada stand your ground bardzo mi się podoba. W Polsce niestety prawo zobowiązuje mnie do uciekania przed zagrożeniem i nie wolno mi agresora, który wielokrotnie wchodził do mojego domu i groził mi wielokrotnie śmiercią, zabić. No, ale może jeszcze uda się go wywabić do Arizony.

Gówno mnie obchodzi, co ludzie o mnie myślą, ale nie jestem Nowak i nie da się mnie wydać za Romana. Wypraszam sobie takie insynuacje. Dodam tylko, że działania „życzliwych” zniszczyły mi całe życie i sprawiły, że jestem sama i nie mam dzieci. I nie urodzę już żadnego dziecka, bo musiano wyciąć mi macicę oraz już weszłam menopauzę. Wszystkich kurwom, które do tego doprowadziły, bardzo nie dziękuję. Szczególnie tym, które mnie zaszczuły w krytycznym momencie, kiedy walczyłam o ostatnią szansę zostania mamą i możliwość pobrania komórek jajowych.

I bardzo proszę nie nazywać mnie już Yennefer. Z różnych powodów, niektórych bardzo oczywistych, jest to dla mnie zbyt bolesne.

I mam tylko nadzieję, że nikt już nie będzie ułatwiać Barbarze przemocowego łączenia par oraz ich rozdzielania, co zresztą jest jednym z ulubionych zajęć schizofreników i podszyte jest ich urojeniami, a nie znajomością prześladowanych i nękanych osób.

A z fandomem, który został zainfekowany szaleństwem Romana oraz Opus Dei, już nic mnie nie łączy. Możecie sobie dalej przybijać piątkę, że się mnie pozbyliście. Ja za wami nie będę płakać.

Ubranie

Jak już chyba wszyscy wiedzą, Roman, który udaje w fandomie (i nie tylko w fandomie) mojego męża, bardzo się interesuje moim ubraniem. Nie miało to tylko formy kultu cargo, czyli wyłudzenia od mojej mamy moich ubrań, pod pozorem, że Bret po nie przysłał, w nadziei że za ubraniami ja sama podążę i się w nim zakocham. Gwoli wyjaśnienia – mama pozwoliła mu zabrać te ubrania, bo końcu już kiedyś mieszkałam z facetem, a ponieważ Bret miał swoje warszawskie mieszkanie już od dawna, to trochę było dziwne, że nie mieszkamy razem. Póżniej już po ukradzeniu moich ciuchów pod pozorem – jak wspomniałam – przeprowadzenia mnie do Breta, gdy mnie nie było w domu, Roman wdarł się do mieszkania i przy mojej przerażonej mamie wywalił mi wszystko z szafy, obejrzał każdą sztukę odzieży i uciekł, zostawiając bałagan na podłodze, bo mama wezwała tym razem Policję. Nie wiem do tej pory, czego szukał, ale możliwe że chciał kolejną partię ubrań przejąć. A ledwo kupiłam sobie coś do noszenia na codzień, bo po wcześniejszej kradzieży praktycznie nic już nie miałam.

Moja rodzina wie, że mam z tym zakochanym schizofrenikiem problemy od dzieciństwa. Żadna ilośc prania mózgu nie jest w stanie mnie przekonać, że mam za niego wyjść, albo że kiedyś byliśmy razem. Tak samo nie mam zamiaru wychodzić za Michała, co jest kolejnym idee fix kogoś z otoczenia Opus Dei. Nigdy nie byłam w Michale zakochana i stąd wynikały. moje problemy z seksem. Niepotrzebnie byłam oskarżana o oziębłość, tym bardziej, że Michał sterowany przez schizofreników, którzy podawali się moich byłych, którzy niby wszystko o mnie wiedzą, kazali mu rezygnować z gry wstępnej, a problem z penetracją rozwiązali mu, nakazując używanie prezerwatyw, które są pokryte lubrykantem. Związek ratował mój psychoterapeuta i nawet udało się osiągnąć obopólną satysfakcję, ale skończyło się to tak, że Michał został nakłoniony do brutalnego gwałtu, Na jego usprawiedliwienie mogę tylko dodać, że ten nieochrzczony ateista wpadł w łapska Opus Dei, które zrobiło mu takie pranie mózgu, że zachowywał się jak Patricia Hearst. Co znaczy, że robił straszne rzeczy (panna Hearst, dziedziczka fortuny Hearstów, dokonywała napadów na banki z grupą terrorystów i strzela do ludzi oraz posługiwała się imieniem – o ile dobrze pamiętam – Tanya, czego nikt nie mógł zrozumieć). Michał miał tak jak panna Hearst poczucie, że jest tylko pasażerem w swoim ciele, które wykonuje rzeczy poza jego kontrolą. Niestety, tak wygląda zaawansowany syndrom sztokholmski. Ja w takim stanie weszłam pod tramwaj, czego nie chciałam, na całe szczęście opamiętałam się na widok miny motorniczego i skoczyłam do tyłu, uciekając śmierci. W taki sposób terroryści z Opus Dei próbowali mnie po raz kolejny zabić. Zgłosiłam to Policji.

Ale bez względu na to, co się będzie działo, bez względu też na kłamstwa rozpowszechniane o mnie oraz o moich wielbicielach, nie wyjdę za Romana. Jego upór i odmowa leczenia, zniszczyły mi całe życie, bo zgromadził wokół siebie stadko enablerów, którzy spijali mu każde jego urojenie z ust. Za nim dąży reszta jego rodziny z kolejnymi pokoleniami idiotów, którzy uważają się za „świętych” (co jest częstym schizofrenicznym urojeniem i nie powinno na nikim robić wrażenia).

Jakiś czas potem Adam, którego znam od dziecka, postanowił mi zrobić prezenty, bo ma za co być mi wdzięczny. Kupił mi kilka sztuk ubrań w moim obecnym rozmiarze, który jest większy od tego, jaki nosiłam na studiach. Między innymi zmiana rozmiaru jest powodem, dlaczego nie robi na mnie wrażenia przekonywanie mnie, że mam się związać z Romanem, bo „już ma moje ubrania”. Mój dzisiejszy pomiar jest dwa numery większy niż to, co kupowałam już stale w czasie studiów, więc rzeczy, które ma, w niczym mi nie są potrzebne. Zresztą chyba już odkupiłam sobie wszystko, co kiedyś miałam i straciłam. Rozmiar moich starych ubrań oznacza, że nie trzeba mnie było mnie „leczyć” z pomocą terroru na „anoreksję” pod dyktando wariatów, bo wcale tak bardzo nie schudłam. Człowiek tak potraktowany naprawdę zaczyna się przejadać i nie może nad tym zapanować. I to też jest jeden z powodów, dlaczego nie wróciłam do sportu. Kilka razy próbowałam wrócić do formy fizycznej, ale zawsze następował kolejny atak karzącej mnie sekty. Moje utycia nigdy nie były związane z ciążami, ale były spowodowane traumą i syndromem sztokholmskim.

Roman – już to wcześniej opisałam, ale powtórzę – wyłudził klucze od mamy Adama, bo postanowił i te kupione przez niego w prezencie ubrania przejąć. Na całe szczęście zderzył się z dwiema sukami, które wcale nie powitały go jak domownika. Również dla nich był całkowicie obcą osobą. Roman uciekł, za to Adam stanął przed rozwiązaniem zagadki, dlaczego jego białe psy mają zakrwawione pyski. Mieszkanie było zamknięta, a psy nie miały żadnych ran. Dopiero dokładniejsze śledztwo ujawniło, kto wyłudził klucze i skończyło na pośpiesznej wymianie zamków w drzwiach.

Ostatnio Roman znowu próbował się do mnie dobijać parę razy, ale wiem, że nie należy mu otwierać, bo chce się wprowadzić. Nie mam najmniejszego zamiaru na to pozwolić. Mam tak duże poczucie zagrożenia i nerwicę, że będę musiała się przeprowadzić gdziekolwiek. W sumie Adam ma już moje ubrania (które – w odróżnieniu od Romana – kupił, a nie ukradł), więc może mnie przyjmie na chwilę pod swój dach, zanim znajdę coś innego, albo wyjadę już na zawsze z Polski.

Przypomnę jedną psychoterapeutyczną zasadę. W przypadku amnezji z reguły „opiekuje się” swoją ofiarą i próbuje ją reprezentować właśnie schizofrenik, który tę amnezję wywołał swoim działaniem i prześladowaniem. Dlatego słucha się ofiary, jej emocji i pozwala się jej decydować za siebie. Amnezja nie jest powodem pozwalającym na ubezwłasnowolnienie człowieka, bo człowiek jest całkowicie racjonalny, więc próby takiego ubezwłasnowolnienia osoby z amnezją są olbrzymim przestępstwem wobec wszystkiego, także praw człowieka, bo nikt nie ma prawa decydować z kogoś, z kim ma być, czy nawet tylko rozmawiać. Więc nie łączy się przemocą osoby z amnezją ze schizofrenikiem, nawet jeśli uważa się go za multimiliardera oraz anioła. Bo nie, nie robi się tak i już.

Decyzja, aby postąpić inaczej, jest łamaniem podstawowych zasad społecznych. I nie uwierzę, że osoby z Kościoła, które zaplątały się w tę sprawę, czy jakieś moje koleżanki, nie znają tak podstawowych zasad postępowania z ludźmi. Ci wszyscy ludzie po prostu postanowili zostać przestępcami. Podejrzewam, że kierowali się jakimiś swoimi urojonymi zasadami, których nie podziela reszta społeczeństwa. Ale tak się składa, że mają równać do większości. A większość już dawno postanowiła, że takie postępowanie to przestępstwo.

Postać literacka

Dla ateisty, czyli kogoś takiego jak ja, Chrystus to postać literacka. Więc na wrzaski ludzi z Opus Dei, które miały mnie zdyscyplinować, odpowiadam, że tak, jak najbardziej „chcę zabić Chrystusa”. Ale nie czyni to z mojego ojca Żyda. Ciekawe zresztą, że edukacja religijna katolików sprowadza się do zastraszania, terroryzowania oraz wywoływania syndromu sztokholmskiego. To oczywiste, że nie dam się moralnie zaszantażować tym, że jeśli nie robię tego, co chce schizofreniczka Barbara, to „zabijam Chrystusa”. A niech ginie!!! I tak już nie żyje, bo w pewnej książce już go dawno zabito.

A skąd się ci ludzie z Opus Dei wzięli? A zostali przywołani przez zakonnicę, którą wkurwiło to, że moi rodzice uczyli mnie czegoś innego niż ona. Absolutnie nie była w stanie zrozumieć, że to rodzice wychowują dzieci, a nie Opus Dei. Według tego co mi powiedziano – a rozmawiałam z przedstawicielami Opus Dei, czyli Barbarą i Ryszardem, długo chociaż wbrew własnej chęci – typową praktyką katechetów jest wzywanie na pomoc tak zwanych „świętych” z Opus Dei oraz „zaręczanie” takiego zbyt pyskatego dziecka ze schizofrenikiem z tej organizacji, żeby takiemu dziecku nie było zbyt dobrze w życiu. Stąd wziął się Roman, który mnie prześladuje mnie od dzieciństwa. Takie nielegalne zaręczanie dzieci ma na celu zapewnienie, że tylko światopogląd katolicki przeważa w Polsce. Jeśli takie osoby jak ja nie zgodzą na to, aby związać się ze schizofrenikiem, są tropione całe życie i organizacja upewnia się, że nie będą szczęśliwe, ani nie założą innej rodziny. Mają też nigdy nie osiągnąć sukcesu, a wszystkie ich dokonania takich osób są przypisywane innym ludziom.

Jest pewna zasada – to zawsze osoby zdrowe wykorzystują chore. Moja wredna katechetka była przeszczęśliwa i zaśmiewała się z tego, że udało jej się wywołać u Romana i jego równie schizofrenicznej rodziny obsesyjne zainteresowanie mną i moimi krewnymi, które trwa do tej pory. Niestety schizofrenicy albo doprowadzą do samobójczej śmierci swojej ofiary (trudno znieść powtarzające się pranie mózgu, oszczerstwa i szczucie środowisk na siebie), albo jakimś cudem uda się wsadzić schizofrenika do psychiatryka, chociaż najczęściej w takim przypadku ucieka się do innego kraju. Schizofrenicy z Opus Dei (aka „święci”) mają poparcie całego Kościoła i posłuszeństwo wobec nich jest wpisane w Katechizm, bo są tymi ludźmi, „do których®ich mówi Bóg”. Są krańcowo zdemoralizowani. Podobnie Kościół nadaje im prawo zostania „opiekunami” jakiś dzieci. Ich współpraca z katechetami jest czymś oczywistym dla Kościoła.

Odmawiam porzucenia ateizmu tylko dlatego, że zostałam zaszczuta oraz zaczęto mnie za plecami pomawiać o bycie członkinią Opus Dei. To nie ja jestem ulubienicą Opus Dei, tylko Krystyna, której Opus Dei za plecami nadało ksywkę „Yennefer”. Jest ulubienicą schizofreników, ja nie.

Nie będę czołgać się przed Opus Dei. Mam za dobre przygotowanie psychologiczne, żebym dała się złamać przez terror oraz indukowane stany lękowe. Nie boję się wmawianego mi Piekła. Do Piekła zgodnie z moim światopoglądem idą wszyscy enablerzy oraz handlerzy takich schizofreników jak Barbara i Roman. Chociaż wierzę tylko w Piekło na Ziemi i zamierzam tam zaprowadzić tam cały Kościół Rzymsko-Katolicki. Muszą zerwać z tradycją zaszczuwania najzdolniejszych dzieci z każdego pokolenia, tylko dlatego, że jakaś durna katechetka zaczęła dbać o swój „autorytet”. Przede wszystkim nie powinna była dawać lekcji seksu, które były deprawacją dzieci, bo przekazywała treści narzucone przez Opus Dei, które są niezgodne z jakimikolwiek programem nauczania religii, czy konsensusem naukowym. Wmawianie dzieciom, że nie wolno mieć satysfakcji z seksu, czy też wmawianie, że wolno współżyć tylko parę razy, aby spłodzić potomka, nie powinno mieć miejsca we współczesnym świecie. To oczywiste, że dzieci oraz dorośli protestowali przeciwko takim „naukom”.

Tragedią jest, że ludzie, którzy wtedy zainspirowali moją katechetkę, tak dobrze odnaleźli się w fandomie i swobodnie prowadzili dalej kampanię oszczerstw wobec mojej rodziny oraz mieli luksus swobodnego zaszczuwania z wynikiem śmiertelnym każdej osoby, która im się sprzeciwiła, bo mnie znała i wiedziała, jaka jest prawda. Są też zawodowymi gwałcicielami, nie tylko mordercami.

Imbecylizm

Jedną z cech imbecyli jest to, że nie zmieniają zdania. Po prostu są za głupi, żeby weryfikować przekonania. Ich mózgi raz zaprogramowane, już pozostają przy swoim przekonaniu. Przeżyłam to przy ojcu Michała, który wysłuchał schizofreniczki z mojej podstawówki i się tak przejął, że dopiero kilkadziesiąt lat później zmienił zdanie. Co dziwne, nie był wyjątkiem. Zadziwiające jest, że więcej jest takich osób i to nie tylko psychiatrów, ale też psychologów, co już zupełnie jest zadziwiające. Dla nich krótki disclaimer – ani Roman nie jest moim mężem, ani Anna czy Renata moją siostrą. Ryszard nie jest moim ojcem, a Barbara nie jest moją matką. Za to – dokładnie tak jak to robią schizofrenicy – podają się za osoby, którymi nie są. Nikt z nich nie jest ojcem mojego dziecka, bo nie mam dzieci. Nikt z nich też nie jest ani moją matką chrzestną, ani moim ojcem chrzestnym. To są wszystko dla mnie obce osoby. Nikt z nich też nie miał romansu z kimkolwiek z mojej rodziny.

Dla wątpiących w moje słowa, poniżej oba zaświadczenia – stan cywilny i apostazja. Można zobaczyć, jak nazywali się moi rodzice, a także gdzie mnie chrzczono. Nie był to Gdańsk, ani jakaś wieś. I nie jestem dewotką.

To moi prześladowcy są z Opus Dei, tylko się tego wstydzą, a nie ja.

Bardzo proszę mnie nie niepokoić, nawet z przeprosinami, bo źle to zniosę. Nie chcę oglądać pewnych osób, które – strasznie przejęte opowieściami klasycznych schizofreników – prześladowały mnie na zlecenie wariatów z Opus Dei. Nigdy nie chciałam być zakonnicą, od dziecka jestem poganką, bo spotkałam wariatów, którzy do tej pory się tak mną „opiekują”, że mi to już bokiem wyszło.

Screenshot

Kurwy

Świat metalu zna pojęcie kurew, z którymi walczy i przed którymi broni muzyków. Z reguły niszczą żony muzyków i same podają się za ich prawdziwe ukochane. Z samego opisu widać, że mamy do czynienia ze schizofreniczkami. Ale w tym aspekcie obowiązuje równouprawnienie i Roman jest też kurwą, która twierdzi, że jest moim mężem.

Nigdy z nim nie byłam, mam zaświadczenie o stanie cywilnym na blogu, nikt z moich bliskich nie potwierdza jakiejkolwiek obecności tego świra w moim życiu. Za to urobił wiele osób, które mnie wcale tak dobrze nie znają. Inspirowane przez niego osoby zniszczyły mi całe życie.

Niestety jego brata i jego siostry są równie chorzy psychicznie. Przy czym jego siostry też są klasycznymi kurwami. Nie tylko sobie przypisują związki z gwiazdami, ale też autorstwo różnych tekstów.

Schizofrenicy, którzy zaczynają akcje przeciwko artystom, bo cierpią na urojenia, że jakieś kompozycje czy teksty są ich autorstwa, to nie pierwszyzna w tej branży. Zdąża się to bardzo często. Moi znajomi muzycy mieli kiedyś w Stanach bardzo nieprzyjemny proces o plagiat. Na całe szczęście byłam świadkiem (i nie tylko ja), jak postawał utwór, a także poradziłam im, żeby poprosili amerykańską policję o dossier dla sądu na temat tej osoby, która ich skarżyła (i owszem, znalazły się skargi na niebezpiecznego schizofrenika), a także zarządali oceny zdrowia psychicznego osoby, które ich skarżyła, dokonanej przez biegłego sądowego. Był to bardzo krótki proces, który skończył się zwycięstwem muzyków.

Mam na karku od dzieciństwa schizofreników, którzy próbują sobie przypisywać moje dokonania oraz teksty i już mnie to nudzi. Nie zamierzam odpowiadać na żądania, abym podzieliła się tym, co wyłącznie do mnie należy. Każda osoba, która ich wspiera, to mój osobisty wróg. Naprawdę nie są te osoby moimi przyjaciółkami, czy przyjacielami, nie dzieliły się ze mną swoimi pomysłami, nie omawiałyśmy ich razem. Opowiadałam różne rzeczy tylko Piotrowi. Z Renatą czy Anną się nie kontaktuję. Wszelkie ich opowieści o naszej przyjaźni są przez nich urojone, tak samo jak mój związek z Romanem, czy zgwałcenie mnie przez Breta, czy Adama. Są to osoby, które zawsze były dla mnie na tyle niemiłe, że ich zawsze omijałam i zawsze będę omijać. Nie było szansy, żebym kiedykolwiek usłyszała o jakimś ich pomyśle, który im miałabym „ukraść”, bo się z nimi nie kontaktuję. To są imbecyle pozbawieni kreatywności, którzy jeśli skończyli jakąś średnią szkołę, to tylko dzięki gigantycznemu wysiłkowi korepetytorów, którzy z nimi pracowali od pierwszej klasy podstawówki. Ale na studiach trzeba już samemu pracować i wykładowcy nie dają się już tak łatwo oszukać, jak nauczyciele w średniej szkole. Nie było też szansy, żeby mnie zmusili, abym za nich pisała egzaminy, czy się uczyła. Bo te schizofreniczki miały też takie pomysły.

To się, kurwa, musi skończyć. Każda osoba, która wspiera ich urojenia, wyrządza im krzywdę. Ich wszelkie urojenia i różne „rewelacje” na mój temat trzeba traktować, jak pierdnięcie i pomijać milczeniem, a nie dawać im się wciągnąć w jakieś intrygi i zaszczuwanie mnie.

Bardzo nie dziękuję ich enablerom, którzy uparli się razem z nimi doprowadzić do zgodności ich urojeń i świata rzeczywistego. No cóż, ludzie chorzy psychicznie z reguły do tego dążą, ale ci zdrowi, szczególnie z zawodów medycznych, powinni być mądrzejsi.

Zapij się

Intelektualiści mają z pewnością nieprawdziwy obraz Kościoła Rzymsko-Katolickiego. Z powodu swojego wykształcenia zakładają, że odpowiednie teksty są albo metaforami albo legendami. Plebs, którego wola rządzi Kościołem, uważa inaczej.

I tak moja katechetka uważała za odpowiednie przedstawianie mitu o Abrahamie, który chciał zamordować swojego syna (bo głos w głowie mu kazał tak zrobić) za coś odpowiedniego dla dzieci, co miało je nauczyć posłuszeństwa wobec woli Boga. Ja miałam i mam inne poglądy. Sprzeciwiam się ubóstwianiu schizofreników takich jak Barbara i jej rodzina. To z powodu ich wyroku Kościół w osobach Nycza oraz tej zakonnicy uznał, że ma prawo żądać, abym wstąpiła do klasztoru, bo ona i jej córka Barbary tak zarządziła.

Miałam zamknąć mordę i słuchać „woli Boga”, którą wyraziły usta schizofreniczki. Jeśli nie chciałam posłuchać, to mogłam się zapić na śmierć. Ponieważ, jak się dowiedziałam jako ośmiolatka, zalecanym sposobem na samobójstwo, które w oczach Kościoła nie jest samobójstwem, tylko przypadkiem, jest zachlanie się na śmierć.

Skandalem jest to, że schizofreniczka podająca się za doskonałą psychoterapeutkę wykończyła w ten sposób, czyli podsuwając to jako akceptowalne rozwiązanie, jednego z moich wielbicieli, oprócz wielu innych też osób. Do kompletu Nycz – z tego, co usłyszałam – wykończył go psychicznie, okłamując, że był na moim i Romana weselu i ochrzcił nasze dzieci. Mam nadzieję, że to nie jest prawda i tylko któryś ze schizofreników tak go okłamał. Facet przeszedł takie załamanie, że dał sobie wmówić, że jeśli się zabije, to ja sobie „przypomnę”, że mam „męża” Romana. Posłusznie zachlał się na śmierć, do kompletu połykając proszki przeciwwymiotne, żeby poszło łatwiej. Jest to coś, czego tym schizofrenikom i tulącym ich do piersi ludziom nie wybaczę. Niech się sami zapiją.

Mam dosyć tej schizofrenicznej rodziny, która okłamuje wszystkich i podaje się za ludzi, którymi nie są. Nikt z nich ani nie jest moim przyjacielem, czy przyjaciółką. Nikt z nich też nie jest ani moim byłym, ani obecnym. Z nikim z nich nie jestem spokrewniona. Mają w końcu iść do psychiatryka. Zbyt wiele osób już zakatowali, zbyt wielkich zniszczeń już dokonali w ludzkich życiach. Nawet jeśli Roman zostanie ostatnim facetem na Ziemi, to za niego nie wyjdę, tylko zaplanuję morderstwo. Niech więc przestanie mordować i okłamywać wszystkich moich wielbicieli.

Skandalem jest, że ta banda schizofrenicznych troglodytów dla wielu osób to albo „święci” albo modelowi obywatele czy też „prawdziwi” autorzy Wiedźmina czy też moich opowiadań czy innych tekstów.

Gratuluję ludziom, którzy ich wspierają, tępoty oraz złośliwości. Bo prawdziwą złośliwość okazali mianując tych zjebów moimi strażnikami w fandomie i ręcząc za nich w mojej pracy. Tak się mną „zaopiekowali”, że znowu zabili ludzi i zniszczyli mi życie, wypełniając je cierpieniem, jakie towarzyszy wychodzeniu z amnezji i syndromu sztokholmskiego.

Mam nadzieję, że żadnej kurwy z tej rodziny już nigdy nie zobaczę. Ich enablerów też nie chcę oglądać. Rozmawiać będę tylko z metalami, ale nie pozerami, jak pewien mój kolega anglista zakochany w kurwie z Opus Dei i tylko jej słuchający. Miał obowiązek weryfikować.

Potwory

Schizofrenicy z mojej podstawówki, którzy – po tym, jak ukradli mi notesy z telefonami – fałszywie podali się za moich przyjaciół i odcięli mnie od ludzi, z którymi chciałabym rozmawiać i zamiast mnie prowadzą jakąś politykę i opowiadają bzdury na mój temat, są prawdziwymi potworami. Nie mieli prawa przejmować moich kontaktów. Z kolei ludzie, z którymi rozmawiali powinni też być ostrożniejsi i inteligentniejsi.

Z trudem przychodzi mi panowanie nad złością na ludzi, którzy ich biorą na poważnie. Owszem, takie schizofreniczne potwory (na które powinien zapolować Wiedźmin) z reguły doskonale konspirują i ukrywają swoje prawdziwe oblicze przed przyjaciółmi swojej ofiary. Do tego posługują się terrorem oraz oszczerstwem, aby zmusić ludzi do robienia tego, co oni chcą. Nie obchodzi ich, jakie są rzeczywiste pragnienia ich ofiar. Z natury to zombie, z którymi nie warto rozmawiać. Wiem, bo próbowałam i próbowali biegli psychoterapeuci. Za duże mają wsparcie wśród ludzi, którzy podtrzymują ich urojenia. Ja już nie będę próbować kiedykolwiek z nimi rozmawiać, chociaż przeczytałam wszystko, co tylko się da na temat schizofrenii. Za dużo próby pomocy im mnie kosztowały.

Nie utrzymuję z nimi kontaktów i nie mają prawa mówić w moim imieniu.

Kolejnym potworem jest Nycz, który dezinformował wiele osób w fandomie i odpowiada za zniszczenie życia Michałowi i jego ojcu. Rodzice Adama też padli jego ofiarą i jego prób zniszczenia heavy metalu. Nie dziwcie się, Opus Dei ma za cel nawracanie ludzi i walkę z heavy metalem, tak deklarują ich „święci”, czyli między innymi Barbara. Czyli nic dziwnego, że wariatka Anna jest przedstawiana jako „skrzywdzona wokalistka Burzum”. Jest to też bardzo zabawne, bo Burzum nigdy nie miało i nie będzie mieć wokalistki. Z tym, że muzycy mogą oczywiście snuć plany stworzenia innego zespołu (pod inna nazwą), ale to ich trzeba pytać, a nie Opus Dei czy „świętych” wariatek.(1)

Również, wbrew temu, co chce Nycz, nie potwierdzę „nawrócenia” z dzieciństwa.

Renata postanowiła tak jak matka i ojciec mieć w Kościele status „świętej” schizofreniczki. Po obejrzeniu filmu o tym, jak Opus Dei porwało żydowskiego chłopca i go ochrzciło, postanowiła „nawrócić” mnie, chociaż w życiu nigdy nie byłam żydowskim dzieckiem, ale do tej pory tak o mnie myśli. Jako ktoś należący do rasy panów żądała razem ze swoimi krewnymi, żebym odrabiała za nich prace domowe. Uważali też, że mają prawo mnie sprzedawać i się bawić w alfonsów. Bo niby „to lubię.” Do tej pory Renata uważa że ma prawo robić sobie ze mnie swoją niewolnicę, w czym miał pomóc jej sfałszowany list do Dyrektora Opus Dei.

Całą tę rodzinę wspiera Opus Dei, szczególnie Nycz, który jest zachwycony, że po Barbarze ma kolejną „pewną” kandydatkę na ołtarze. Bardzo mu w tym przeszkodzi moja apostazja oraz fakt, że moi rodzice byli rzymskimi katolikami.

Obrzydliwy jest zwyczaj Kościoła Rzymsko-Katolickiego, który nakazuje zawodowym katolikom „opiekować” się schizofrenikami i robić z nich swoich „świętych”, torpedując ich leczenie. Wiele osób zostało zaszczutych za to, że nie chciały i nie mogły potwierdzić słów owych psychicznie chorych „świętych”. Mnie to też spotkało włącznie z egzorcyzmem, którego sobie nie życzyłam.

Nikt z tej rodziny się ze mną nie przyjaźni. Wzbudza moje krańcowe obrzydzenie, że wbrew moim ostrzeżeniom okazały się te osoby nagle i bezprawnie decyzyjne w sprawach mnie dotyczących. Nikt z nich nie jest ani psychologiem, ani psychiatrą. Za to owszem, Nycz okłamał ojca Michała i sprowadził też na niego problemy, kłamiąc na temat tych schizofreników. Na całe szczęście biegły psycholog u niego też rozpoznał syndrom sztokholmski, bo ten lekarz mówił rzeczy sprzeczne i pozbawione logiki. Inaczej poszedłby do więzienia. Podobnie Michał – także poszedłby do więzienia za gwałt, zaszczucie mnie i współpracę z Nyczem oraz Opus Dei. Przy czym Michał jest nieochrzczony, bo przyjaciółka jego mamy została przez Opus Dei potraktowana podobnie jak ja. I została zmuszona przez wariatów do samobójstwa.

I owszem, Ryszard bardzo często przedstawia się jako Nycz, ale i sam Nycz ma bardzo dużo za uszami. Jest wrednym manipulatorem i kłamcą. Należy jego wszystkie uwagi na mój temat zgłaszać Policji. Bo on tutaj jest „handlerem” tych schizofreników (bo on korzysta z ich usług i pomagają mu w karierze), a nie ich ofiarą jak cała reszta osób, które brutalnie okłamał i pewnie nadal okłamuje.

Nie potwierdzę nigdy „świętości” czy też urojeń Barbary oraz jej córki Renaty. Niech mnie już przestaną zbiry z Opus Dei i Watykanu nękać. Mam nadzieję, że moja apostazja wystarczy.

Mam nadzieję też, że schizofrenik Roman naprawdę nie będzie chciał apostatki, bo tak mi zapowiedział. Mam również nadzieję, że moja formalna apostazja z Kościoła Rzymsko-Katolickiego kończy urojenia na mój temat. Chociaż obawiam się, że nigdy się nie skończą, bo schizofrenicy sami z siebie nigdy nie porzucają pogoni za swoją ofiarą.

Ale, jak sądzę, przynajmniej nikt nie będzie mnie napadał z egzorcyzmami, tylko dlatego, że schizofrenik – człowiek zupełnie mi obcy – wyraził na nie zgodę.

Bo kurwa nigdy nie potwierdzę ich urojeń, ale nie robi ze mnie „opętanej”.

Nikt nie ma prawa mnie tak traktować. I mam na myśli także profesjonalistów lekarzy i psychoterapeutów. Jeśli nie potraficie rozpoznać schizofrenii u moich prześladowców, to pierdolnijcie się w łeb i oddajcie dyplomy, bo na nie nie zasługujecie.

⛧⛧⛧

(1) Znam plany (zablokowane przez Opus Dei oraz wariatów z mojej podstawówki) związane z pewnym norweskim zespołem, ale wszyscy członkowie tego zespołu mają norweskie obywatelstwo i żadna Anna w nim nie występuje, ani nie brała udziału w pisaniu materiału na płytę.

Autorefleksja

Niestety schizofrenicy z mojej podstawówki osiągnęli ten wiek, kiedy z całym prawdopodobieństwem stracili już umiejętność autorefleksji, czyli nie uda się ich nigdy namówić po dobroci na leczenie. Niestety schizofrenia to choroba degeneracyjna i całe rejony mózgu z biegiem lat się degenerują. Tracą możliwości kognitywne i tak jak Ryszard nie potrafią w pamięci dodać prostych cyfr jak 10 i 15. Skrajną obrazą dla mnie było, gdy musiałam udowadniać ojcu Michała oraz psychologowi, że potrafię dodawać w pamięci.

Nie jestem schizofreniczką prześladującą biedne „nieszczęśliwe ofiary” czyli Renatę i Annę. To one są schizofreniczkami oskarżającymi swoje ofiary (czyli między innymi mnie) o choroby psychiczne. Jak to zwykle robią schizofrenicy cała ta rodzinna grupa oraz ich pomagierzy przechwycili moje kontakty i zaczęli mnie reprezentować. Odcinając w ten sposób z ludźmi, z którymi chciałabym współpracować. Kij im w oko. Nie zamierzam się poddać i tylko dlatego, że nakłamali na temat natury naszych relacji, zacząć z nimi rozmawiać. Mogą sobie również zatrzymać dla siebie znajomości z amerykańskimi i brytyjskimi fanami oraz twórcami. Ich żądania, że nie skontaktują mnie z nimi, chyba że zacznę ich (czyli moich znajomych schizofreników) podawać jako współautorów czy autorów moich pomysłów, są dla mnie niewykonalne, ponieważ idą za nimi żądania, żebym potwierdziła ich wszystkie urojenia. W tym też została „chorą psychicznie żoną Romana”, która z uporem nie chce sobie „przypomnieć ich ślubu”. Kurwa, żadnego ślubu nie było, o czym zaświadcza pamięć wszystkich moich krewnych oraz zaświadczenie o stanie cywilnym (do znalezienia na blogu). Wolę być nikim, niż się ugiąć przed żądaniami ludzi chorych psychicznie, którzy zniszczyli mi całe życie.

Psychiatrzy i psycholodzy, którzy im pomagali mnie zniszczyć w przekonaniu, że Renata jest niszczoną przeze mnie „Yennefer”, jak najgorzej świadczą o poziomie polskiego szkolnictwa w zakresie zdrowia psychicznego. Popełnili tak książkowe błędy w diagnostyce i postępowaniu, że wszyscy powinni mieć odebrane prawo wykonywania zawodu. Nie kontaktuję się z nikim z tego piekielnego rodzeństwa schizofreników. Nie chodzę za nikim z nich z nożem. Jest wręcz przeciwnie – to ja jestem ich ofiarą, którą prześladują całe życie. To ja byłam przez nich bita i duszona tylko dlatego, że nie chciałam potwierdzić ich urojeń. To ja słyszałam od schizofrenika, że chce się do mnie wprowadzić, zabić mnie i dobrać się „skarbów księcia” zamurowanych według jego urojeń w ścianie nośnej. Nie mam paranoi. Naprawdę mam problemy ze schizofrenikami, które zaczęły się już w moim dzieciństwie. Schizofrenicy niestety prześladują swoje ofiary, aż je zaszczują na śmierć. I to właśnie się dzieje. W momencie, gdy dostają pomoc wszystkich z fandomu, nie ma innego wyjścia, niż uciec przed nimi do innego kraju. Tylko taką ucieczkę też mi zablokowali. Ale może jeszcze się uda. Będę musiała próbować, bo schizofrenicy nigdy się nie poddadzą. Chcę żyć i mieć chociaż spokojną i szczęśliwą starość. Bo wcześniejsze życie mi całe zniszczyli i wypełnili cierpieniem.

Wolę nic nie napisać i nigdy nie wydać niż podawać fałszywie tych schizofreników jako autorów moich tekstów, a takie żądania padały. Bardzo mi przykro, że do tego doszło, ale będę musiała zakończyć próby pisarskie, czy jakiekolwiek uczestnictwo w ruchu fanów. Mam nadzieję za to, że odezwą się moi znajomi muzycy i będę mogła wrócić do pewnego projektu muzycznego, który został przerwany przez ataki i kłamstwa oraz intrygi tej schizofrenicznej hordy z polskiego fandomu. Mam nadzieję, że wszyscy zdechną i nigdy już nie będę musiała ich oglądać. Tak samo jak Andrzeja, któremu wiele razy tłumaczyłam już jaka jest prawda i więcej nie będę. Skurwysyn nie miał prawa wybierać za mnie z kim mam się związać. Zniszczył mi życie nie tylko zawodowe, ale też prywatne, swoimi decyzjami i wygnaniem z fandomu moich prawdziwych przyjaciół.

Chuj mu w oko.

Mam jednak nadzieję, że uda się mnie i jakieś jeszcze drobne okruchy z mojego życia uratować wbrew wyrokom tego skurwysyna, który sobie wymyślił, że ludzie mają łapać ze mną kontakt wyłącznie za pośrednictwem Romana. Trzeba wyrwać zęby jadowe temu gangowi i położyć kres intrygom schizofreników z mojej podstawówki.

Roman ma się w końcu leczyć, chociaż osiągnął wiek, w którym rzadko kiedy schizofrenik dobrowolnie rozpoczyna leczenie. Za zniszczony mózg może podziękować swoim durnym enablerom. Jest coraz bardziej agresywny i zamierzam bardzo dokładnie omijać rewiry, gdzie grasuje.

Rozmawiałam o tym z Andrzejem już na początku lat dziewięćdziesiątych, więc powinien znać moje zdanie. Nadal go nie zmieniłam. Teraz to dla odmiany Andrzej powinien zostać poddany kontroli społecznej i odizolowany od ludzi. Tylko ciekawe, kto przejmie jego kontakty. Nie rozmawiajcie z nim, bardzo proszę.

Kult cargo

Wiadomą rzeczą jest, że wariaci tacy jak Roman gromadzą sobie pseudo dowody, żeby podeprzeć swoje twierdzenia o tym, że ich urojenia są prawdą. Roman ukradł mi wiele rzeczy w tym celu, ale jego mistrzowskim numerem było przyjście do mnie do domu pod moją nieobecność i przedstawienie się mojej mamie jako mój nowy „narzeczony”.

Moja mama nie wiedziała, że to wariat, więc pozwoliła Romanowi zabrać z domu, co tylko chciał. W ten sposób ukradł mi wszystkie moje piękne ciuchy, które kupowałam, żeby dobrze wyglądać na randkach Bretem oraz mój paszport z wbitą amerykańską wizą dla narzeczonej.

Niestety nie mieszkałam z Bretem w jego warszawskim mieszkaniu, chociaż wcześniej pomieszkiwałam z Michałem u jego rodziców, więc może uznała, że Bret nie był dla mnie tak ważny. A może uwierzyła w urojenia siostry Romana, która się przedstawiała jako „narzeczona” moich wszystkich facetów po kolei. Ale jaka nie byłaby prawda, nie miała prawa bez konsultacji ze mną komukolwiek pozwalać na zabranie moich rzeczy.

To, co robi Roman, nazywam kultem cargo. Podejrzewam, że kieruje się pragnieniem, żebym pojawiła się w jego życiu. Próbuje to zrealizować, po kolei kradnąc mi najpiękniejsze rzeczy. W jego urojeniach pojawię się pewnie magicznie, tęskniąc za swoimi ubraniami i zamieszkam u niego. Zamiast tego odkupuję sobie wszystko, o czym sobie przypominam. Moi znajomi wymieni mi, co oni pamiętają, że nosiłam w tamtym okresie. Z tego, co usłyszałam, podobno miał także urojenia, że się wprowadziłam do Adama i dlatego właśnie chciał się do niego włamać, wyłudziwszy wcześniej klucze od mamy Adama, żeby zabrać moje rzeczy. Których tam zresztą nie było.

Na całe szczęście schizofrenik Roman nadal nie orientuje się, gdzie mieszkam, bo gdy mnie prześladował w pracy i śledził, postanowiłam go wyprowadzić w pole i zamiast wrócić do domu, pojechałam do Ikei do Janek. Znaczy się, nie poszłam bezpośrednio do sklepu, ale ruszyłam pomiędzy bloki. Udało mi się go zgubić. Do tej pory pewnie uważa, że mieszkam poza miastem. Bardzo proszę, nie mówcie Romanowi, gdzie mieszkam naprawdę.